Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 22 marca 2020

Druga szansa: Rozdział III


Jeszcze się rozkręcam, ale już niedługo "wprowadzające" rozdziały miną i akcja nabierze nieco rozpędu. Aczkolwiek wydaje mi się, że to opowiadanie będzie nieco inne niż zazwyczaj (ale może tak mi się tylko wydaje: sami później ocenicie).
Miłego czytania!


- Nie wiem po co tu za mną przyjechałeś, Kacper naprawdę. Wszystkie dokumenty z tego miesiąca są już u Anki, nie powiem ci nic nowego czego już nie powiedziałam.- Odezwała się Hania zaraz po wyjściu z zaparkowanego auta (albo grata jak nazywała jej starą pandę Paula), które obok zgrabnego nowiusieńkiego modelu Lancii Delta jej towarzysza prezentowało się jak Arab koło osła. To spostrzeżenie znów nie nastroiło ją pozytywnie do „brata”: wręcz przeciwnie odmowa przesunięcia wypłaty wynagrodzenia aż kuła w oczy. Jakby zdając sobie sprawę z jej myśli Kacper odezwał się:
- To auto z leasingu, nie kupiłem go za gotówkę. Naprawdę teraz kiepsko u mnie z płynnością. Wiem, że uważasz że sypie ci piasek w oczy ale to nie tak. Mi też zależy na tym ośrodku.
- Gdyby tak było to poświęciłbyś mu się całym sobą.
- Wiesz na czym polega twój problem?- Spytał ją retorycznie gdy po zamknięciu aut zaczęli kierować się do wejścia.- Traktujesz mnie jak swojego wroga, jakbym chciał odebrać ci to miejsce.
-A tak nie jest?- Odważyła się spytać. Kacper uśmiechnął się do niej lekko.
- Jasne, że nie. Ale jeśli porywasz się na coś z motyką na słońce i zaharowujesz prawie do zmęczenia a to nie przynosi żadnych rezultatów…naprawdę sądzisz że Oaza jest tego warta? Że cokolwiek jest temu warte? Tylko to chcę ci uświadomić.
- Obiecałam mamie, że ośrodek będzie prosperował i dotrzymam słowa. Inna sprawa że też tego chcę. Ja…kocham to miejsce. I to się nigdy nie zmieni. To nie jest tylko mój dom czy tylko miejsce pracy albo utrzymania. To jest miejsce na myśl którego się uśmiecham. I owszem, przez które już niedługo będę miała siwe włosy na głowie, ale mimo wszystko…- Hania uśmiechnęła się leciutko do własnych głupkowatych myśli-…mimo wszystko tak jak matka nie ma ochoty wstawać nocą kilkanaście razy do płaczącego dziecka, a mimo to robi to bez słowa skargi, tak samo ja chcę trwać przy tym hotelu. Wiem, pewnie teraz masz mnie do reszty za wariatkę i ta- z dużym prawdopodobieństwem nią jestem-, ale nie potrafię tego zmienić. Tej hotel jest częścią mnie. Nie tylko dlatego, że to owoc pracy mojej matki. 
- Nie wiesz co teraz o tobie myślę.- Odparł jej cicho Kacper nie pierwszy raz zdając sobie sprawę z oryginalności towarzyszącej mu kobiety. Kobiety, która z czasem bardzo zaczęła go pociągać. Sam nie wiedział właściwie dlaczego: nawet jego ostatnia dziewczyna Andżelika była dużo ładniejsza i seksowniejsza od Hani. Tyle, że ona…nie wiedział jak nazwać tę aurę którą czuło się przebywając z Hanką nawet jeśli tylko się wtedy kłócili (a może przede wszystkim wtedy?). Albo ten ogień w oczach z którym broniła swoich racji. Czy tę pasję wyzierającą z każdej części jej ciała gdy mówiła o tym pieprzonych hotelu…i tak do cholery, chciał żeby z równą pasją mówiła o nim. Musiał w końcu przyznać to przed samym sobą. Ale nie miał pojęcia jak ją do siebie przekonać skoro widziała w nim wroga. Jako nastolatkowie też nie mogli się specjalnie dogadać: do dziś pamiętał, że wołał na nią „orzełek” nie dlatego, że była taka bystra, ale z powodu haczykowatego nosa, który- o ironio- teraz wydawał mu się być jedną z najbardziej intrygujących części jej twarzy. By być sprawiedliwym musiał przyznać, że czasami zachowywał się wobec niej jak dupek. Ale to co irytowało go w niej jako chłopca, zaczęło przyciągać w mężczyźnie. I to mocno. Na przykład te jej gumowe usta, jak je kiedyś określał. Może i szpeciły twarz dziewczynki, ale na twarzy dorosłej kobiety po prostu kusiły do pocałunków…i nie tylko. Szkoda tylko, że on nie robił aktualnie  na niej żadnego wrażenia.
- I chyba nie chcę wiedzieć.- Gdy wybuchła śmiechem fizycznie musiał walczyć ze sobą by oderwać wzrok od jej roześmianych ust. Przez to nawet nie spostrzegł, że samodzielnie otworzyła wejściowe drzwi nie czekając na jego pomoc a on wyszedł na dupka nawet tego nie proponując. Super. – Dobra, chodźmy już bo umieram z głodu. A im szybciej to załatwimy, tym szybciej się ciebie pozbędę.- Dodała gdy znaleźli się już w środku. Na szczęście było tu mniej upalnie niż na zewnątrz.
 - Możemy zjeść najpierw: ja też bym coś przekąsił.
- I wisiał mi na karku przez resztę wieczoru? Spadaj. Ale teraz zaczekaj tutaj: pójdę do Pauli po raport sprzedaży z tego miesi…- Urwała kobieta w pół słowa, gdy zobaczyła przy recepcji hotelowych gości. A przynajmniej tak wydawało się Kacprowi. Bo w rzeczywistości wrażenie na Hannie zrobił tylko jeden z nich nawet jeśli reszta kraju również widziała w pozostałych gwiazdy. Jeden, który teraz pewnie odwzajemniał jej spojrzenie bez jakichkolwiek emocji. Przez chwilę bez słowa patrzyli sobie w oczy…po czym Hanka jak gdyby budząc się z letargu potrząsnęła głową.- Dobra, teraz kwateruje nowych gości: przyniosę ci go później.
- Czy ja dobrze widzę?- Żachnął się Kacper.- Czołowy napastnik w reprezentacji piłki nożnej Polski Adam Fokarczyk, wielokrotnie odznaczany siatkarz Hubert Skrzynecki, kołowy Miłosz Rębecki, lewy rozgrywający Dominik Andrzejewski i jego nowy następca jako odkrycie tego sezonu: Włodzimierz Ignaczak w polskim szczypiorze?! Tutaj? Jak ich zwabiłaś?
 - Mówiłam ci o wrażanym marketingu. Idziemy z duchem czasu, więc trochę unowocześniłam podejście mamy co do zapraszanych gości.- Nieco nagięła prawdę Hania, bo przecież choć nie kłamała wizyta sportowców była niekłamaną przysługą losu wcale nie związaną z reklamą. Byleby tylko nie niedźwiedzią, myślała jakoś dochodząc do ciebie. Ale nie miała pojęcia, że wśród sportowców zjawi się tu Hubert. I czego do licha tutaj szukała ta kanalia?! I przede wszystkim: dlaczego to ją obchodziło?
Tylko spokojnie, nakazywała sobie w myślach gdy Kacper zaczął podchodzić do gości, a jej pozostawało zrobić to samo. Przecież to nie koniec świata. W końcu może i Hubert pamiętał ją albo wydawało mu się że ją skądś kojarzy, ale to było sześć lat temu do diaska. I z pewnością nie odczuwał żadnych emocji dotyczących ich krótkotrwałego…no właśnie: czego? Romansu? Przygody? Przecież zarówno „przed” jak z pewnością i „po” miał ich na pęczki. Czymże więc były spędzone tutaj z nią parę lat temu wakacje?
- Witam największych sportowców w naszym kraju.- Zaczął Kacper z grubej rury jak to miał w zwyczaju bezpardonowo nawiązując relację techniką na tzw. „starych przyjaciół” jak w myślach nazywała ją Hania. Dziwiło ją, że to zawsze działało i pomagało zjednywać mu ludzi. I tym razem po kilku zdaniach zgrabnych komplementów i wymianie sportowych faktów cała szóstka konwersowała jak najlepsi przyjaciele. No może piątka. Choć starała się obserwować całą rozmowę z dyskretnego dystansu, kątem oka zdołała zauważyć, że Hubert nie wydawał się być „oczarowany” jej towarzyszem. Po chwili wywnioskowała jednak, że przyczyna była całkiem inna niż sądziła gdy Jakubiak zwrócił się bezpośrednio do niego:- Słyszałem z gazet o odnowie twojej kontuzji, która nie pozwoliła ci zagrać w finałowym meczu o złoto w zeszłym roku, stary: mega mi przykro. Ale jestem pewny, że za cztery miesiące znowu będziesz naszą tajną bronią na eliminacjach do Mistrzostw Europy. Doszedłeś już do siebie, nie? No bo nikt nie atakuje tak jak ty. A serwy? To ty pobiłeś rekord Polski w 2016 w prędkości, prawda? Ile to było? Sto piętnaście kilometrów na godzinę?
- Sto dwadzieścia pięć.- Sprostował Hubert nawet nie starając się dodać nic więcej. Trudno, najwyżej wyjdzie na gbura. Nic jednak nie mógł poradzić na fakt, że od razu z miejsca zaczął darzyć tego faceta antypatią. Na szczęście „z pomocą” przyszli mu jak zawsze nieodżałowani koledzy. A raczej Domiś.
- Musisz wybaczyć naszemu kumplowi stary, ale wczoraj przesadził z alkoholem. I nadal męczy go kac.
- Daj spokój, nie mam się o co gniewać. W takim razie już was nie zatrzymuję chłopaki: pewnie będzie jeszcze okazja żeby pogadać: koniecznie muszę wziąć wasze autografy. Mam nadzieję, że dobrze się będzie tu bawić. Paula, zaprowadź gości do pokoi.
- Jasne, Kacper.- Oznajmiła słodko Paula wstając z krzesła i podając klucze do wskazanych pokoi które na szczęście znajdowały się obok siebie przy okazji informując o niezbędnych faktach takich jak pory posiłków, możliwe rozrywki czy pobliskie atrakcje. Dziewczyna wydała się Hubertowi idealną do swojej roli: kompetentna, wygadana, zgrabnie i przede wszystkim kulturalnie gasząca nieco zbyt wybredne komentarze Dominika czy prośby Adasia by mówić mu po imieniu albo per „kotku”. Wkurzyła go tylko pod sam koniec.
- Rozumiem, że Kacper jest szefem hotelu?- Spytał ją wówczas Miłosz.
- Tak, ta dwójka to nasze szefostwo. Gdyby państwo czegoś potrzebowali, proszę nacisnąć guzik obok włącznika. W ten sposób łączymy się z recepcją.
- A gdzie retro telefony?- Hubert sam zdziwił się, gdy usłyszał swój głos. Na dodatek kumple spojrzeli na niego jak na kosmitę.- No…bo…kiedyś były tu telefony stacjonarne, takie w których nie wciskało się guzików, ale kręciło palcem. Trochę nieco staroświecko nawet jak na parę lat wstecz, sami musicie przyznać.- Bronił się raczej marnie, bo teraz cała czwórka patrzyła na niego nie jak na kosmitę ale jak na palanta. Nawet recepcjonistka pomimo pogodnego szerokiego uśmiechu posyłała mu pobłażające spojrzenie jakby był jakimś nadętym sportowcem o wybujałym ego.
- Hania, to znaczy szefowa zdecydowała się trochę tu unowocześnić. Panowie właściwie jako pierwsi mogą dostąpić zaszczytu spania w odnowionych pokojach. Pewnie do warszawskiego Mariotu czy Hiltonu się nie umywają, ale za to widoki mamy dużo piękniejsze.
- Z pewnością- Próbował się ratować. –Szefowa z pewnością podjęła dobrą decyzję. W końcu nie mogłaby się mylić.- Nie wiedział po co w ogóle się odzywa skoro zdawał się pogrążać każdym słowem. Dlatego na zakończenie okrasił swoją twarz uśmiechem. Kobieta tego nie kupiła. Nawet jej się nie dziwił.
- A teraz jeszcze raz życzę miłego pobytu.
 Gdy Paulina zaczęła się od nich oddalać Miłosz włożył kluczyk do pierwszych drzwi gestem zachęcając kolegów do wejścia do środka. Dopiero wtedy gdy cała piątka wtłoczyła się do środka, Włodek zaatakował Huberta:
- No to się popisałeś: najpierw wyszedłeś na gbura przy Kacprze, skrytykowałeś pokój jeszcze nie przekraczając jego progów, a na koniec jeszcze dopiekłeś jego żonie.
- Sory, wiem że głupio to wyszło. Ale nie miałem pojęcia, że…- Zaczął nie wiedząc co chce powiedzieć kumplom. No bo dobra: Hanka chajtnęła się z jakimś mega przystojnym i gładkim w słówkach frajerem, ale co go to do diabła obchodziło? Przecież jeszcze tego ranka nie pamiętał, że ona w ogóle istnieje!- Po prostu sory, okej?
- Spoko, jeden francuski pocałunek rozwiąże sprawę, misiu pysiu.- Cmoknął na niego Dominik.
- Spadaj. – Roześmiał się Hubert.- Idź do Włodka.
- Dobra, to zgodnie z życzeniem spadamy rozgościć się w pokoju obok.- Zakomunikował Dominik.-  A ten bałwan Adam który chrapie jak czołg niech zajmie ostatni wolny pokój.
- Hej, serio mam spać sam? Może przynajmniej w nocy się do was dołączę…- Żartowali w drodze do swoich pokoi co chwila pokrzykując i śmiejąc się. Dopiero po dobrej chwili Hubert został z Miłoszem sam. A raczej jego natrętnym wzrokiem. Obiecał sobie, że go wytrzyma, ale po dobrej minucie skapitulował:
- Okej, jutro przeproszę tą całą Paulinę wręczając suty napiwek, zadowolony? Tylko nie waż się mówić, że gwiazdorzę albo wracam do  dawnych nawyków. 
- Skąd, nawet mi to nie przeszło przez myśl.
- Doprawdy? Więc dlaczego masz minę jakbyś chciał mnie o coś zapytać?
- Bo tak jest. Bardzo zastanawia mnie fakt, że wiedziałeś o znajdujących się tutaj..., jak ty się właściwie wyraziłeś? Retro telefonach? – Słysząc pytanie Hubert na moment przymknął oczy. Cóż, miał szczęście że kumpel nie zadał go przy reszcie, wtedy wstyd byłby większy.
- Dobra, złapałeś mnie na kłamstwie. Nie pierwszym zresztą. Byłem tu kiedyś.
- Więc dlaczego skłamałeś w samochodzie gdy o to pytaliśmy?
- A bo ja wiem?- Hubert wzruszył ramionami.- Byłem tu jakieś pięć czy sześć lat temu. To było wtedy gdy moim menagerem był jeszcze Staszek Wańko. I po tej  całej aferze z Klarą Zawadzką gdy trener chciał mnie wylać z drużyny. To tutaj mnie przywlókł by skandal nieco przybladł. I bym przemyślał swoje zachowanie. Do dziś mi wstyd gdy pomyślę sobie jakim głupkiem się okazałem. Wtedy naprawdę nieźle się stoczyłem: mówiłem ci o tym nędznym okresie w moim życiu. Może to dlatego gdy spytałeś czy tam byłem odruchowo zaprzeczyłem. Bo nawet wspominając ten okres jest mi wstyd, a pobyt tutaj się z tym wiąże.
- Stary większości z nas w pewnym okresie odbija szajba i uderza soda do głowy. Na dodatek byłeś młody a rodzice po rozwodzie pozostawili cię samemu sobie: ile miałeś dwadzieścia trzy lata?
- To mnie nie usprawiedliwia.
- Nie, ale jednak ma znaczenie. Posłuchaj, ty poczułeś się wielkim „celebrytą”, ja zaliczyłem epizot z alkoholem a Domiś wpadł w dragi. Adaś z kolei zdaje się mieć problemy z płcią piękną, więc ten etap jest przed nim. Tak samo jak przed Włodkiem, choć wydaje się być mega odpowiedzialny jak na swój wiek. Wiesz, że nawet wczoraj pilnował diety nie pochłaniając pizzy jak reszta? I wypił może jedno piwo. Ale to nie znaczy, że gdy presja nie stanie się zbyt duża to jej podoła. Jesteśmy tylko ludźmi do cholery. Sportowcami, owszem ale inni czasami zdają się tego nie zauważać. Za to każdą porażkę rozkładają  na czynniki pierwsze i będą wypominać latami.
- Uwielbiam te twoje coachingowe brednie.- Roześmiał się Hubert. Potem poczuł jak Miłosz klepie go po ramieniu.
- Do usług. A teraz bierzesz prysznic czy mogę kąpać się pierwszy?
- Leć. Ja sobie jeszcze chwilę poleżę.- Odparł mu. Po kilku minutach gdy został sam poddał się rozmyślaniom o „dawnej znajomej” jak ją w duchu określał.
Nie zmieniła się za bardzo. Wciąż miała ładną, choć teraz może nieco jaśniejszą cerę i włosy mniej więcej tej samej długości. Nawet czesała je w ten sam sposób: w kitkę. Przypomniał sobie, że w tym wydaniu zdawała mu się wyglądać najkorzystniej nawet w tym aspekcie wyróżniając się od innych znanych mu kobiet. Bo zwykle to właśnie rozpuszczając włosy płeć piękna wyglądała najkorzystniej, za to Hania lepiej prezentowała się we włosach związanych. I nie farbowała ich co wydawało mu się być dobrą decyzją. Zakrywanie tak oryginalnego odcienia, którego nie można było w żaden sposób naturalnie uzyskać ani jednoznacznie przyporządkować do palety ciemnych blondów czy jasnych brązów byłoby czymś karygodnym. Pamiętał nawet jak któregoś razu deliberowali nad tym razem przez pół spotkania… Za to oczy- Hubert zapomniał że były zielono-niebieskie,: ale też ich kolor nie był rzadko spotykany. Ale dziwił się sobie że nie pamiętał tego, jak było wyraziste, jak przeszywające. I jak skupione na rozmówcy wydawały się być gdy patrzyła komuś w oczy. Zdołał to powtórnie zaobserwować, gdy wpatrywała się w Miłosza konwersującego z jej…Kacprem (słowo mąż nawet w myślach nie mogło przejść mu przez gardło). Tak jakby w tej właśnie chwili był najbardziej interesującą rzeczą na jaką mogła patrzeć na tym świecie. Chyba też trochę schudła: z tego nie był zadowolony, bo wcześniej delikatnie zaokrąglona wydawała mu się być urocza. I najwyraźniej nie pozbyła się kompleksu gumowych ust, bo nawet dzisiaj nie zauważył u niej żadnej wyrazistej szminki: zamiast tego nałożyła coś co wręcz skrywało ich naturalny kolor tak, by zlewając się z resztą twarzy stały się mniej widoczne. Chyba jej jednak nie wyszło, bo Hubert patrząc na nią jak mu się zdawało na wyraz dyskretnie wciąż zdołał dostrzec ich krój i…pieprzyk z boku policzka niedaleko prawej małżowiny usznej gdy w geście zniecierpliwienia czekając na tego całego Kacpra przeniosła na moment swoje spojrzenie na ścianę. Rany, jak on go kiedyś uwielbiał. Potrafił wpatrywać się w niego i… co on do diabła wyprawiał?! Niczym rażony piorunem zerwał się gwałtownie z łóżka zdając sobie sprawę, że myśli o Hance Witwickiej. I na dodatek wspomina ich dawny epizod, który był niczym więcej niż krótkim romansem dwójki dzieciaków zakończonym jeszcze zanim na dobre się zaczął. Ale nie mógł ukrywać, że nie miał do niej żalu o to jak to się skończyło. Że nie miała na tyle odwagi by sama przyjść do niego i powiedzieć tego co chciała.
Teraz to nie miało jednak żadnego znaczenia.
Absolutnie żadnego.
Dlatego zamiast wspominać dawne czasy powinien pomyśleć o swojej przyszłości i tym co zrobi ze swoim życiem gdy do prasy wypłynie informacja, że z powodu odnowionej kontuzji nie ma czego już szukać w siatkarskiej kadrze.
6 LAT WCZEŚNIEJ
Siedział tu już czwarty dzień i umierał z nudów. Nie miał pojęcia jak ma spędzić kolejne by nie zwariować. A Staszek oczekiwał od niego że spędzi tutaj całe dwa miesiące. Nie. Ma. Takiej. Opcji. Po prostu nie ma. Czuł się jak w jakimś pieprzonych więzieniu- nie żeby kiedykolwiek tam był, ale z różnych źródeł kultury tak właśnie wyobrażał sobie to miejsce. Tyle, że w więzieniu przynajmniej mógłby liczyć na odwiedziny przyjaciół- tutaj manager stanowczo zakazał mu spotykania się  z tymi „degeneratami” jak ich określił. Klara też z pewnością nie miała pojęcia gdzie był, nie wiedział więc jak zakończyła się sprawa z jej mężem. I nie miał nawet możliwości by zrobić to telefonicznie- opcję połączeń wychodzących ten stary wyga sprytnie mu zablokował nawet o tym nie wspominając. Mógłby co prawda wycyganić telefon od kogoś z obsługi, ale na tym etapie wydawało mu się to być żenujące. I tak jego pobyt tutaj był dziwny; gdyby reszta dowiedziała się, że nie jest tu z własnej wyli wyszedłby na niegrzecznego chłopca, którego skarcił własny manager. A to było dla niego (i jego ego) nie do pomyślenia.
Tak więc podsumowując: miał 24 lata, złamaną nogę, był zamknięty na jakimś zadupiu, a jedyną osobą która zdawała się go odwiedzać była jakaś dorabiająca w hotelu nastolatka, którą już pierwszego dnia nierozważnie obraził uwagą o obrusikach. Chociaż nie, ze dwa razy zamiast niej posiłek przyniosła jakaś mało apetyczna kobieta. By jakoś przetrwać dni, spał do dziesiątej, następnie oglądał w telewizji programy których nawet nie słuchał, potem robił sobie przerwę na obiad, który zazwyczaj zjadał zimny jakąś godzinę później. Po obiedzie w zależności od tego czy jego nastrój można było określić jako „mega zirytowany” czy „tylko wkurzony” wybierał albo kolejną porcję telewizyjnego bełkotu, albo zgodnie za radą Obrończyni Dzierganych Obrusików podziwiał widoki za oknem. Gorzej być nie mogło. A raczej myślał tak, zanim dzisiejszego poranka postanowił iść do łazienki bez kuli. Noga napieprzała go teraz tak jak nie wiem co, choć gdy dostarczono mu śniadanie dzielnie nie zdradził się z faktem, że coś mu dolega. I tak trzy godziny później nie był w stanie myśleć o niczym innym tylko o bólu. Dlatego zmuszony ostatecznością zgodnie z wcześniejszą wskazówką wybrał jedynkę na telefonie stacjonarnym. Tak, właśnie: nie wpisał, wstukał, ale właśnie: „wybrał”, bo telefon wydawał się być tym samym modelem, który w latach 80tych XIX w. opatentował Graham Bell. Dobrze, że nie musiał jeszcze podnieść słuchawki i podać miłej pani z centrali imienia i nazwiska osoby z którą chce rozmawiać, myślał rozbawiony mimo swojego stanu Hubert.
Kilka minut później, do drzwi zapukała na oko pięćdziesięcioletnia kobieta, którą przelotnie poznał już wcześniej podczas zakwaterowania. Bliżej jej się przypatrując Hubert stwierdził jednak, że pierwsze wrażenie nie było całkiem trafne. Mogła mieć ona bowiem co najwyżej czterdzieści dwa lata; to ten konserwatywny strój i fryzura nadawały jej powagi i majestatu znacznie ją postarzając. A nie miała wcale brzydkich rysów, gdyby więc zamiast zaciskać swoje wargi przyoblekła na twarz uśmiech z pewnością wyglądała bardzo ładnie.
- Tu jest tabletka, którą zostawił pański przyjaciel w razie zaistnienia właśnie takiej okoliczności. – Oznajmiła bez żadnych wstępów kładąc mu na stoliczku obok łóżka dwie białe pastylki i szklankę wody.
- Bardzo dziękuję.- Odezwał się Hubert. Potem spytał:- Przepraszam, ale obiad nie został mi dostarczony o zwykłej porze. Czy to przeoczenie czy…?- Jej gdy kobieta przeniosła na niego wzrok poczuł się tak jakby miał pięć lat i został przyłapany na kradzieży cukierków. Przełknął mocno ślinę. Zazwyczaj umiał radzić sobie z kobietami, ale takimi w swoim wieku. Te starsze nie wiedzieć czemu już od pierwszego wrażenia za nim nie przepadały. Zwłaszcza ta: Staszek mówił mu z jakim trudem udało się go wcisnąć do tego pensjonatu. „ Nie przyjmujemy tu żadnych celebrytów”, grzmiała przez telefon.
- Nie, córka przyniesie obiad za godzinę. Zauważyła, że zjada pan obiady później dlatego zasugerowała kucharce, żeby pańską porcję przynosić później aby była jeszcze ciepła. Ale jeśli nie, mogę zarządzić przyniesienie tacy teraz.
- Nie, to prawda: zwykle jadam obiady później. Dziękuję.- Dodał raz jeszcze mile połechtany faktem, że miłośniczka szydełkowania jednak nie była wobec niego tak całkiem złośliwa. I całkiem słusznie wydedukowała coś czego nawet jej nie powiedział. No i okazała się jednak nie być dorywczą pracownicą, a córką właścicielki…Fakt, że zainteresował go ten szczegół najdobitniej uświadomił mu w jak wielkiej nudzie żyje od ostatnich kilkudziesięciu godzin skoro ta  informacja wydaje się mu być ciekawa.
Przez kilka następnych dni trwał w swoim „więzieniu” urozmaicanym tylko odwiedzinami miłośniczki obrusów w celu wydania mu posiłków albo odkurzenia i odświeżenia pokoju. Zwykle wtedy spędzał czas w łazience udając, że kąpiel w wannie z jedną nogą w gipsie którego nie można zamoczyć wcale nie jest tak bardzo trudna jak się wydaje. I może nawet być przyjemną. Potem dał sobie z tym spokój. Nawet dźwięk odkurzacza był przyjemną odmianą od słuchania wkoło tych samych piosenek z telewizyjnego radia. I obserwowanie dziewczyny która sprząta mu pokój. Zawsze to jakaś szansa na spotkanie drugiego człowieka, stwierdził pod koniec pierwszego tygodnia pobytu, decydując się przerwać swoją zwyczajową rutynę. I o coś poprosić.
- Wiesz, postanowiłem skorzystać z twojej sugestii odnośnie filmów. Mogłabyś przynieść mi kilka do pokoju w wolnej chwili?
- Jasne, jak skończę z łazienką coś przyniosę. Preferuje pan jakiś konkretny gatunek?- Jeśli dziewczyna była zdziwiona tym, że pierwszy raz z własnej inicjatywy się do niej odezwał, nie okazała tego. Przerwała tylko na moment ścieranie kurzy.
- Myślę, że wszystko będzie lepsze od oglądania polskich telenowel. I to wcale nie jest krytyka braku telewizji kablowej tutaj: po prostu stwierdzam fakt. – Dodał na wypadek gdyby upatrywała się w jego twierdzeniu ukrytej ironii. Na szczęście dziewczyna się uśmiechnęła.
- Rozumiem, zobaczę więc co będzie wolne.
- Dziękuję, ratujesz mi życie.- Odparł. Przez kilka następnych minut słychać było tylko odgłos ściereczki uderzającej o blat szafki. W końcu Hubert uznał, że nawet rozmowa o niczym będzie ciekawsza niż leżenie w milczeniu. Nawet z pracownikiem pensjonatu. Jej, upadł bardzo nisko: prosto z salonów na zadupie kraju. – Każde wakacje spędzasz pomagając rodzicom w prowadzeniu pensjonatu?
- Zazwyczaj. Ale od tego roku po skończonej szkole zaczęłam tu pracować regularnie.- Odpowiedziała mu nie przerywając pracy. Nie skorygowała też informacji o obojgu rodzicach, bo nie widziała takiej potrzeby.
- Czyli „karierę” masz już zaplanowaną jako kontynuatorka rodzinnego biznesu.- Na poły spytał, na poły oznajmił.
- Chyba tak.
- I nie czujesz się trochę zmuszona do kontynuowała tradycji? Nie chciałabyś robić czegoś innego?- Hania spojrzała na gościa jakby spytał czy wolałaby jedzenie lodów czy odcięcie prawej ręki.
- Skąd, uwielbiam to miejsce. I ludzi. Przez to nigdy nie jest tak samo: goście za każdym razem są inni: przynoszą kolejne pytania, opowieści, historię. Tak więc mam szczęście.
- Szczęście?- Zainteresował się Hubert, który do tej pory zadając swoje pytania nie był ciekaw ich odpowiedzi.
- Tak. Co innego mogłabym robić w przygranicznym górskim miasteczku, które głównie utrzymuje się z turystyki? Mamy tu masę hoteli, sklepów z pamiątkami i zakładów gastronomicznych. Raczej na inne zajęcie nie ma co liczyć. A jeśli już to takie stołki są już mocno obsadzone.
- Zawsze można wyjechać.- Wzruszył ramionami Hubert.
- Może pan mi nie uwierzy, ale mi jest tutaj bardzo dobrze. Zdążyłam zauważyć, że to nie pańskie klimaty, ale myślę że jeśli da się szansę klimatowi gór, dostrzeże się ich urok.
- Nie mam nic przeciwko górom. Często w nie jeżdżę.- Nie dodał tylko, że zazwyczaj mieszczą się one poza granicami kraju.- Teraz jednak w obecnym stanie…- Wskazał na swój gips-…nie bardzo mają dla mnie jakikolwiek urok.
- Mogę spytać co się panu stało?
- Wypadek samochodowy.- Wyjaśnił Hubert, choć prawdę powiedziawszy myślał, że skoro wszystkie plotkarskie gazety swego czasu opisały jego wyczyny za kierownicą z wieloma szczegółami, nie znajdzie się w Polsce osoba która tego nie wie. – I przestań mi już panować skoro przez następne tygodnie będziemy się codziennie widywać.- Zdecydował w swojej łaskawości.- Możesz mówić mi na „ty”. Jak masz na imię?
- Hania.
- Miło mi więc.- Mrugnął uśmiechając się do niej lekko. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech przez chwilę patrząc na niego bez słowa. Potem się roześmiała.
- A ty? Zdradzisz mi swoje imię?- Nie, teraz już był pewny że robiła go w balona. Nie mogła nie znać najpopularniejszego sportowca w kraju Huberta Skrzyneckiego, trochę przesadziła z tą farsą. Czy to była jakaś małomiasteczkowa odmiana podrywu na „nie znam cię”? W sumie laska nie była w jego typie, ale zawsze mógł sobie trochę poflirtować przyłączając się do jej gry. No i musiał przyznać, że miała bardzo zaraźliwy uśmiech.
- Ja? Ja jestem…Karol.
- Tak więc mi również miło cię poznać Karolu.- Znowu się uśmiechnęła. Wtedy uznał, że jest znacznie ładniejsza niż początkowo myślał. I żywym dowodem na to, że uśmiech naprawdę  jest ozdobą kobiety.
OBECNIE
Następnego ranka, po dyskusji z Kacprem i załatwieniu innych niezbędnych czynności, zajadając się wczorajszymi ziemniaczanymi plackami pani Renaty, Hania próbowała udawać przed samą sobą że wszystko jest w porządku. Że przyjazd Huberta Skrzyneckiego wcale nie zrobił na niej żadnego wrażenia, nie zburzył spokoju ani nie obudził bolesnej pustki, której nigdy nie udało jej się zapełnić. I że nie dlatego wczorajszego wieczoru podczas kolacji nie obsługiwała bufetu tak jak zazwyczaj zamieniając się z Paulą (woląc sprzątać pokoje i robić pranie niż podawać jedzenie), bo bała się konfrontacji z nim.
Ale prawda była zupełnie inna.
Nie miała pojęcia po co przyjechał tu po tylu latach: chełpić się tym kim się stał a kim ona nigdy nie będzie? Chwalić się swoimi sukcesami i popularnością? A może w swojej łaskawości pomyślał, że dalej jest tak niezaradna życiowo i boi się własnego cienia, więc przysłuży się swoim przyjazdem dokładając parę groszy do interesu? Niezależnie od powodu, nie świadczyło to o nim najlepiej. Ale w końcu czego się mogła po nim spodziewać?
Zabawny był fakt, że choć miał zupełnie inną fryzurę, zapuścił też nieco zarostu na twarzy najbardziej uderzył ją jego wzrost. Wydawał się bowiem wyższy niż lata temu, jakby nad nią górował. Ale może to było tylko wrażenie. Nie sądziła że fizycznie mógłby się „zwiększyć”. No, może jego sylwetka była bardziej wysportowana. Po latach ciężkich treningów efekty tej pracy były widoczne. W końcu był siatkarzem na Boga: to logiczne że był wysoki. Dokładnie dwa metry tak jak Paweł Zagumny jak lubił powtarzać. Hania w duchu śmiała się z sama z siebie. Że też pamiętała te wszystkie mało znaczące fakty a nie potrafiła przypomnieć sobie pinu do telefonu choć nie zmieniała go od dobrych dziesięciu lat.
Dojadając ostatni kawałek placka, wytarła czubki palców z tłuszczu serwetką. Potem szybko związała gumką włosy i zeszła na dół. Lubiła poranki: nagrodą za wczesne wstawanie był widok wschodów słońca który nigdy jej się chyba nie znudzi. Te rozpiętości barw jakby wyrastające spod wierzchołków gór…To było jak magia która miała tylko dla siebie. A przynajmniej tak myślała dopóki u podnóża schodów nie ujrzała jakiejś odwróconej tyłem wysokiej męskiej sylwetki. Początkowo przeraziła się nawet, że mógłby to być obiekt jej rozmyślań, ale szybko zdała sobie sprawę że to najprawdopodobniej jeden z jego kolegów przez oszklone drzwi do werandy przyglądający się widokom.
- Dzień dobry.- Uśmiechnął się do niej chwilę później usłyszawszy kroki.- Miło wiedzieć, że nie tylko ja wstaję razem z kurami.
- Dzień dobry. Tutaj to prawie grzech.- Odpowiedziała mu. Wciąż jednak nie była pewna z kim rozmawia. Nigdy nie naprawiła swojej fatalnej nieznajomości nawet największych sportowych gwiazd kraju.
- Właśnie się o tym przekonałem. Chciałem pobiegać, ale nie mogłem przegapić tego cudu. Pani Hanna, zgadza się? Wczoraj chyba nie mieliśmy przyjemności zamienić ani słowa całkowicie skupieni na pani mężu.  Miłosz Rębecki, bardzo mi miło.- Wyciągnął do niej dłoń.
- To mnie jest miło, że zdecydował się pan przyjechać do naszego ośrodka. I jeszcze raz witam.- Hania wyciągnęła swoją dłoń w podobnym geście. Już miała sprostować pomyłkę co do Kacpra, ale gość znowu zabrał głos uprzedzając ją:
- Muszę się pani przyznać, że przyjeżdżając tutaj mówiąc najoględniej nie sądziłem że trafię do tak czarownego miejsca. To dziwne, że nie jest nikomu szerzej znane.
- Też tak uważam, dlatego wkrótce zamierzam to zmienić. Mam nadzieję, że pan z kolegami będzie tego dobrą wizytówką. Ale jeszcze rok temu Oazą zarządzała moja mama. Dlatego miała inne podejście do zapraszanych gości: chciała by przebywali tu ludzie którzy naprawdę pragną wypoczynku i spacerów po górskich szlakach. Nie tacy którzy byli „sławni” czy majętni. Chciała po prostu by to miejsce było dla ludzi ceniących piękno. No i co tu kryć, była na bakier z marketingiem i nowoczesną reklamą. Więc jest tu pan po raz pierwszy?- Odważyła się spytać na koniec szybko tego żałując. Ale chciała wiedzieć czy to on był jednym z tych którzy odwiedzili Huberta jego ostatniego dnia pobytu. Było to jednak pytanie bez sensu, bo mógł przecież kłamać teraz tylko z niej kpiąc. Nie miała jak oszacować „ilości” wiedzy jaką posiadał o niej i swoim koledze. Dlatego musiała być ostrożna. Nawet jeśli wyglądał na sympatycznego faceta. No ale Hubert też tak wyglądał.
- Tak, w zasadzie wszyscy jesteśmy tu pierwszy raz. No, oprócz jednego z nas jak się wczoraj okazało.
- O...- Mrugnęła tylko nie wiedząc jak interpretować uśmiech Miłosza. Ale nie dodał nic więcej. Wyglądało więc na to, że nie wiedział nic o niej i Hubercie. W pierwszej chwili jej ulżyło. Potem uświadomiła sobie, że dobitnie świadczyło to o niepoważnych charakterze tej relacji skoro wiedziała o niej tylko dwójka zainteresowanych. Dlaczego wciąż ją to dziwiło? – W takim razie nie będę przeszkadzać w kontemplacji. Aha, i jeśli chce pan później pobiegać, polecam skręcić w lewo w ścieżkę prowadzącą do altanki. Za nią jest wąska dróżka prowadząca do dość spokojnego szlaku w sam raz do biegania czy spaceru.
- Świetnie, z pewnością z niej skorzystam.

środa, 18 marca 2020

Druga szansa: Rozdział II


Bolała go głowa.
A raczej pękała.
Każdy dźwięk praktycznie sprawiał mu fizyczny ból.
Ale co z tego: ci idioci którzy zwali się jego kolegami nic sobie nie robili z jego cierpienia dyskutując sobie w najlepsze pewnie zupełnie nieświadomi, że w tej chwili ćwiartuje ich w swoich myślach na małe kawałeczki. I po kiego licho się na to zgodziłem, pytał sam siebie w myślach. Dlaczego teraz jadę w wypasionym busie Miłosza w jakieś cholerne góry mimo, iż mógłbym sobie leżeć na kanapie w swoim mieszkaniu z butelką dobrej whisky? Bo jestem mało asertywną ciapą, odpowiedział sam sobie również w duchu. Zaraz jednak skrzywił się gdy głowa zaczęła znowu pulsować bo podskoczyli na jakimś wyboju. Ach, te polskie drogi…
-  Oj, ktoś tu chyba ma kaca, prawda Hubercik?- Spytał prowokująco Dominik szczerząc się od ucha do ucha. Gdyby miał na to siłę Hubert pewnie odpowiedziałby mu, że z tym uśmiechem i limem pod okiem wygląda jak kretyn, ale dał sobie spokój. Adam co prawda w porównaniu z nim wypadał jak zgrabna łania przy niedźwiedziu, ale przyłożenie to miał solidne. Ciekawe o co poszło tym razem: jeden twierdził że kolor miętowy to bardziej odcień zielony a drugi niebieski? Powody ich kłótni stały się sławne już w całych show biznesie.
- Daj mu spokój Domiś, widać że wczorajszy. Brałeś jakąś tabletkę?- Miłosz jak zwykle zachował się bardziej empatycznie. Hubert tylko delikatnie kiwnął głową, choć i to przypłacił kolejną falą tępego bólu.- W takim razie masz jeszcze jedną. Na najbliższej stacji rozłożymy ci siedzenie i się przekimasz.
- Hej, to niesprawiedliwe.- Obruszył się Władek.- Ja się nie wyspałem po wczorajszym. A dla mnie nie jesteś taki miły.
- Bo nie powstrzymałeś tych dwóch idiotów jak rozwalali mi stolik.
- Nie byłem pewny komu pomóc, więc stwierdziłem że ograniczę się do kibicowania.
- To nie MMA. I mówiłem serio bokserzy: gówno mnie obchodzi jak, ale macie mi odkupić taki sam stolik, jasne? Projektant wnętrz wynalazł mi go z jakiegoś angielskiego katalogu i naprawdę miałem do niego sentyment.- Zwrócił się do Adama i Dominika, którzy spojrzeli się tylko na siebie udając skruchę. Ich oczy jednak mówiły co innego: słowa Miłosza traktowali jak natrętną muchę. Dobrze wiedzieli, że tak jak i wcześniej gdy złość minie ich kumpel wybaczy im kolejne uszkodzenie. Inna sprawa, że te jego niby stylowe meble były do niczego. Kredens w domu babci Adama pamiętał jeszcze czasy wojenne a to gówno na trzech nogach u Miłosza rozwaliło się tylko pod ciężarem Dominika praktycznie w drobny mak. Jego zdaniem zrobił przysługę koledze, bo lepiej że stolik rozwalił się w takiej sytuacji niż na przykład wtedy gdy tamten podczas odwiedzin serwowałby rodzicom jakąś swoją słynną zupę. Wtedy jeszcze poparzyłaby biedaczków. Wiedział jednak, że Miłosz widział to inaczej. On zawsze musiał sobie poględzić niczym stara kwoka.- Słyszycie?
- Tak, mamusiu. Przepraszamy mamusiu.- Fałszywym falsetem Dominik próbował rozśmieszyć kolegę. Miłosz jednak pozostał nieugięty.- Och daj spokój, zwrócę ci kasę: kupisz sobie nowy.
- I bardziej solidny.- Odważył się wtrącić w końcu Adam wypowiadając na głos swoją wcześniejszą myśl.
- Powiedziałem, że chcę taki sam i kropka. I zdania nie zmienię: guzik mnie obchodzi skąd go wytrzaśniecie, bądźcie kreatywni. A teraz przesiadaj swoją wielką dupę Dominik. Twoja kolej na prowadzenie. Adaś już się zmęczył.
- A co musi nałożyć kolejną porcję żelu na włosy?
- Ktoś tu chyba mi zazdrości chłopaki. Bo w przeciwieństwie do tego owłosionego goryla ja mam włosy a nie szczecinę na całej facjacie.
- Hej, chcesz mieć pod okiem piękny fioletowy róż?
- Patrząc na twoje oko to chyba musiałbym poprosić o to Adama, nie? Poza tym jak róż może być fioletowy, daltonisto?!
Zabawa i cięte komentarze trwały w najlepsze i pewnie w innych okolicznościach Hubert by się do nich przyłączył, ale kilka minut później po postoju z ulgą położył się na siedzeniu i zamknął oczy. Chłopaki też przestali rozmawiać, za co był im wdzięczny. Wciąż żałował że dał się wyciągnąć na ten wyjazd, ale teraz w jego głowie pojawiła się myśl że być może dobrze się stało. W domu użalałby się tylko nad sobą i rozpamiętywam moment kontuzji, a to do niczego nie prowadziło. Ale nie mógł już patrzeć na swoje życie bez paniki i poczucia utraty gruntu pod nogami. Picie na umór było lepsze niż rozmyślanie o tym. Wszystko było zresztą od tego lepsze. Wszystko.
To była jego ostatnia rozsądna myśl, bo chwilę później zasnął. Czasami wybudzał się pozostając niejako w „półśnie”, ale koniec końców udało mu się pozbyć migreny. Wiedział jednak, że ten dzień może uznać za stracony bo będzie prawdziwą męczarnią.
- No Śpiąca Królewna się w porę obudziła. Bo już niedługo będziemy na miejscu.- Zauważył Włodek kilka godzin później.- Jak głowa?
- Lepiej, dzięki. Dobrze kojarzę, że to Tatry?
- Super stary, piątka z geografii. Zgadza się. Zwiedzimy sobie trochę polskie rejony. Ile można w końcu jeździć do Austrii, nie ? – Hubert uśmiechnął się na ten przytyk. Sam wybierał tamtejszy kurort regularnie dwa razy w ciągu roku. Ale uwielbiał narty i tamtejsze stoki.
- Jasne. Hotel znajduje się tuż w centrum?
- Nie, na jakiejś pipidówie. Miłosz się nie popisał.
- Bo chodzi o odpoczynek i spotkanie z naturą, a nie ładnymi turystkami i przeludnionymi szlakami.- Wtrącił się krytykowany.
- To Tatry, człowieku. Jak mają nie być przeludnione nawet tuż przed klasycznym sezonem wakacyjnym?
- Zobaczycie. Jeden kumpel polecał mi to miejsce. Będzie super, coś na kształt męskiego wypadku za miastem.- Próbował wzbudzić ich entuzjazm Miłosz. Sam jednak nie był do końca przekonany co do miejsca wybranego przez Adriana i zaczynał mieć wątpliwości. Ten kij od szczotki miał trochę inne standardy niż oni: co jeśli żeby go wkurzyć wynajął jakieś gospodarstwo agroturystyczne? Nie, przecież nie wykręciłby takiego numeru Hubertowi, zdecydował w końcu. W dodatku to był pensjonat, samodzielnie składał tam przecież rezerwacje. I sądząc po głosie telefon odebrała jakaś młoda kobieta a nie stara flądra która będzie ich uciszać o 22.00. Bez internetu sobie poradzą, aczkolwiek na razie zataił ten mały fakt przez resztą grupy.
- Jak nazywa się to miejsce?- Zainteresował się Włodek.
- Oaza natury…czy coś takiego. Nie pamiętam.- Odparł Miłosz.
- Oaza spokoju? Jedziemy do Doliny Rybiego Potoku?- Wtrącił się gwałtownie do rozmowy Hubert. Nie umknęło to uwadze innych, którzy spojrzeli na niego jakby właśnie oznajmił, że niebo jest zielone.
- Tak, właśnie tam. A co, znasz to miejsce? Byłeś tam?
- Nie.- Skłamał Hubert Skrzynecki nie wiadomo dlaczego przełykając ciężko ślinę. Ale teraz głupio było mu powiedzieć, że kiedyś tam był, bo irytujący kumple zaraz próbowali by wydusić z niego dlaczego wcześniej nie powiedział prawdy. A to przecież było zwykłe przejęzyczenie. Dlatego musiał brnąć w kłamstwo dalej:- Ale słyszałem o nim. To coś w rodzaju pensjonatu dla starszych ludzi.
- Nie no Miłosz…z tymi panienkami to mówiłeś poważnie?! Co ja tam będę babcie wyrywał?
- Przyda ci się taki post, Adam.- Uciszył go Dominik. – Ostatnio stałeś się za bardzo kochliwy. Nie dalej jak dwa tygodnie temu czytałem w gazecie o twoim kolejnym rozstaniu. A wczoraj przyprowadziłeś na wieczór jeszcze inną laskę. Bierz przykład z Władka: do tej pory jest ze swoją dziewczyną z liceum.
- Po prostu mi zazdrościsz…
Hubert cieszył się, że uwagę kolegów pochłonęło coś innego bo sam mógł w tym momencie przemyśleć całą tę sytuację. Cholera, co za pieprzony przypadek że jechali tam gdzie ponad 6 lat temu on…
No właśnie co? Spędzał czas po rekonwalescencji swojego pierwszego urazu jakim była złamana kość piszczelowa? Która jak na ironię teraz dawała mu się we znaki powodując przy okazji obciążenia innych partii ciała i ścięgien bo nie zrosła się tak jak powinna praktycznie kończąc jego sportową karierę? Było to też miejsce gdzie poznał…ją. To był jakiś żart losu, że Miłosz z wielu miejsc musiał wybrać akurat te. Przecież to nawet nie był pełnoprawny hotel, nigdzie też nie był reklamowany. A lekko nawiedzona właściciela miała twarde zasady jeśli chodzi o przyjmowanie jakichkolwiek gwiazd czy celebrytów. Do tej pory pamiętał, że do niego podchodziła jak do jeża i tylko dzięki sutej rekompensacie finansowej w ogóle go przyjęła. Tak, to był mało śmieszny żart losu, który sprowadził go znowu w to samo miejsce. Ale z drugiej strony: jakie jest prawdopodobieństwo, że ona dalej tam będzie, uspokajał sam siebie. Może i jej walnięta matka nadal prowadzi pensjonat, ale ona pewnie już dawna zbałamuciła kolejnego frajera tak jak i jego. O czym on zresztą myślał: jego wcale nie zbałamuciła. Po prostu stanowiła miłe urozmaicenie i uchroniła go przed nudą. A że nie spodziewałby się po tak niewinnej buźce tak nagannego zachowania? No cóż, jedynie to mogło go zszokować.
- Hubert na pewno z głową już dobrze? Zamilkłeś.- Wyrwał go z rozmyślań Miłosz.- Chcesz jeszcze jedną tabletkę?
- Nie. – Odparł tamten po raz pierwszy od zgody na ten wyjazd szczerze zaintrygowany.- Wręcz przeciwnie: nabrałem dziwnej ochoty na ten wyjazd.

***
Hania jak zwykle uwijała się jak w ukropie by zdążyć ze wszystkimi dzisiejszymi sprawami. Z tego powodu od rana kiedy to zjadła zwykłą bułkę z masłem posypaną cukrem- ot, dziwaczny posiłek jeszcze z czasów dzieciństwa- nie miała nic w ustach. A gdy była głodna stawała się bardzo zirytowana. Dlatego choć zwykle marudzenie swojej stałej pensjonariuszki pani Weroniki znosiła z uprzejmą kurtuazją, dziś miała ochotę powiedzieć staruszce że skoro dostała zimne śniadanie to może winny jest temu fakt, że długo śpi. Że przecież zna wyznaczone godziny posiłków i nie będą one w żaden sposób dla nikogo naginane; zwłaszcza że kucharka w czasie między posiłkami przejmuje funkcję recepcjonistki bądź sprząta pokoje po gościach. I naprawdę prawie powiedziała jej to w twarz. Co  nie świadczyło o niej najlepiej. Zwykle powstrzymywanie swojego temperamentu nie nastręczało jej problemów przy gościach. A czekało ją dzisiaj najgorsze. Wizyta Kacpra. No i rozmowa z facetem od którego kupiła meble z prośbą o rozłożenie terminu płatności i ich dostarczenie. No i na dodatek co i rusz musiała poganiać tych leniuchów od remontu żeby brali się za robotę nieco sprawniej. Dobrze, że za radą Irka podpisała z nimi umowę na wykonanie danego zlecenia, a nie czas jaki na to poświęcą choć początkowo taka opcja wydawała jej się znacznie korzystna. Kacprowi zresztą też. A to byłby katastrofalny błąd dla jej budżetu. 0:1 dla mnie, pomyślała zadowolona że choć tym razem to ona była górą a nie Kacper Jakubiak. I przy najbliższej okazji zamierzała mu to powiedzieć. Choć z drugiej strony: może rada Gośki nie była wcale taka zła? Może powinna udawać wobec niego przyjaciółkę? Może własna duma nie jest wcale tego warta skoro dzięki niej może w najgorszym wypadku zyskać trochę czasu dla pensjonatu? Myśl warta przemyślenia.
Wsiadając do samochodu wróciła na chwilę na ścieżkę podnosząc z niej jakiś zbłąkany papierek po czekoladce. Potem rozejrzała się dookoła, ale wszystko wydawało się być w najlepszym porządku. Bez obaw mogła opuścić hotel udając się na zakupy spożywcze u dostawcy. Z racji większej ilości gości szwedzki stół w ramach śniadania i kolacji znów mógł być uruchomiony. Pomyślała również o zaserwowaniu na podwieczorek deseru w postaci lodów. Zwłaszcza w tak upalny dzień jak ten.
Kilka godzin później, po zakupach, wizycie na poczcie i odroczeniu spłaty ostatniej części za meble, spotkanie z Kacprem nie wydawało jej się być już takie straszne. Zadowolona z siebie ruszyła więc do siedziby jego firmy. Już od progu przywitały ją krzyki świadczące o jakiejś awanturze dwóch mężczyzn z czego właściwie tylko jeden wrzeszczał. Nawet nie zdziwiło ją, że był nim Kacper straszący swojego pracownika zwolnieniem. Gdy ją zobaczył co prawda nieco spuścił parę i ton głosu o jakeś 4 tony, ale gniewny wyraz twarzy nadal pozostał. Potem mrugnął coś do swojego rozmówcy gestem dłoni odganiając go jak natrętną muchę gdy tamten rzucił słowa przeprosin. Jak można być takim palantem, myślała Hanna gdy do niej podchodził. Miała nadzieję, że zachowa swoje przemyślenia dla samej siebie i wrzeszczeć z kolei nie zacznie ona, bo zawsze była dość impulsywna. A miała szczerą ochotę powiedzieć parę słów prawdy o tak haniebnym traktowaniu pracowników. Nie ważne kto tutaj był winny: w taki sposób nie rozmawia się z nikim.
- Chcesz mi nawrzucać?- Przywitał ją Kacper całując w policzek. Teraz wściekły grymas został zastąpiony przez kpiący uśmiech gdy patrzył na Hanię.
- Nie, dlaczego?- Mrugnęła tylko starając się nie patrzeć mu w oczy. Po chwili usłyszała jego śmiech.
- Bez jaj, mina na twojej twarzy mówi sama za siebie. Poza tym zawsze gdzie twoim zdaniem widzisz uciśnionych, musisz im pomóc. Znam cię całe życie, pamiętaj. Mnie nie musisz kłamać. – Mówiąc to gestem dłoni dał jej znać, żeby kierowali się do jego gabinetu po drodze rzucając delikatny uśmiech swojej recepcjonistce Marcie. Ta odpowiedziała w ten sam sposób po chwili lekko kiwając głową Hani.
-  Twoje słowa sugerują, że ten mężczyzna wcale nie był uciśnionym.- Odezwała się do niego tuż po tym jak zamknęły się drzwi.
- Z twojej perspektywy rzeczywiście mogło to wyglądać inaczej. Chcesz kawy? Tak jak zwykle gorzka bez mleka?
- Nie, nie mam zbyt wiele czasu. Wolałabym od razu przejść do rozmowy na temat Oazy.
- Auć. Jaka rzeczowa. Jeśli już mam oberwać, to może zmienisz zdanie gdy wyjaśnię, że ten kierowca nie dostarczył swojego towaru na czas bo miał ważniejsze rzeczy niż przyjście do pracy na ósmą rano w poniedziałek usprawiedliwiając się błahą wymówką. Z tego tytułu muszę zapłacić teraz ponad 10 tysięcy kary. To co, przestaniesz teraz w końcu patrzeć na mnie tak oskarżycielskim wzrokiem i usiądziesz?- Gdy młoda kobieta wciąż nie ruszyła się z miejsca, Kacper ciężko westchnął. Potem dodał:- Hanka, nie jestem potworem ale jako przedsiębiorca nie mogę pozwalać sobie na takie samowolki. Może tobie udaje się pogodzić przyjaźń pracując z Paulą czy Anką, ale prawda jest taka że w którymś momencie ty też się na tym przejedziesz.
- I co? Wrzeszczeniem udało ci się zmienić jakoś tę sytuację? Dostawca przeniósł się w czasie i dostarczył towar na czas? A może z kapelusza nie wyskoczył królik tylko równowartość kary którą musisz zapłacić za niewywiązanie się z zadania?- Nie zdołała się powstrzymać Hania nie tylko nie przyjmując gałązki oliwnej, ale dolewając oliwy do ognia. Dobrotliwy uśmiech z twarzy Kacpra zniknął. Boże, jak ta dziewczyna umiała go nieraz wpienić. Chyba jak żadna inna.
- Nie, masz rację. Rzeczywiście: teraz żałuję, że nie poklepałem Jarka po głowie mówiąc nie szkodzi stary: co mi tam parę tysięcy. Najwyżej nie ureguluję paru zobowiązań wobec kontrahentów i pójdę z torbami. Dziękuję za dobrą radę.
- Sarkazm nie jest tutaj potrzebny.
- A ja myślę, że wręcz przeciwnie. Twoje aktualne zachowanie i podejście do całej sprawy idealnie obrazuje powody dla których nie nadajesz się na to by zarządzać hotelem.- Słysząc to, Hania aż się żachnęła. Tym bardziej gdy Kacper dodał:- Bez urazy, ale jesteś za miękka nawet jak na kobietę. Może z wiekiem trochę się pod tym względem poprawiłaś, ale nadal nikt nie czuje do ciebie respektu. No i nie potrafisz negocjować. To rzutuje na wielu aspektach w sposobie zarządzania Oazą.
- Ha, więc wreszcie dochodzimy do sedna i tego o co tak naprawdę chodzi szowinistyczna świnio: jestem kobietą  a więc nie nadaje się do zarządzania nawet samą sobą, prawda?!- Kacper parsknął śmiechem doskonale zdając sobie sprawę, że to rozzłości Hankę. I rzeczywiście: w dobrze znanym mu już geście założyła ręce na biodra rozkładając go już na łopatki. Nigdy nie mógł zrozumieć- i pewnie nigdy tego nie zrozumie- dlaczego złość tej dziewczyny zawsze niezmiernie go bawiła. Przecież jeszcze przed 5 minutami był tak wściekły na Jarka, że gotów był rozszarpać swojego pracownika i wywalić na zbity pysk. A teraz śmiał się tak, że z oczu pociekły mu łzy słuchając tyrady towarzyszącej mu kobiety. I nagle dwunastotysięczna kara nie wydawała się już być aż tak dużą sumą wartą świeczki.- No tak, ale zawsze przecież na samym końcu gdy brak ci rzeczowych argumentów i twardych dowodów sprowadzasz wszystko do faktu że ty masz członka a ja nie. Różnica polega na tym, że teraz wyleciałeś z tym już na początku rozmowy! I jeszcze się śmiejesz traktując mnie protekcjonalnie pewnie zaraz wypalając coś w stylu: „no widzisz, teraz wrzeszczysz i panikujesz jak typowa kobieta dając ponieść się emocjom”- Parodiując jego głos Hanka spowodowała wybuch kolejnej salwy śmiechu. Kacper aż otarł łzę z oczu.- No dalej, nie krępuj się. Nieważne, że sam chwilę temu darłeś się na swojego pracownika robiąc to samo. To przecież...
-…to była inna…
-…sytuacja.- Znów weszła mu w słowo trafnie odgadując co chciał powiedzieć. –Ależ oczywiście, że tak. Bo ja przecież mam cycki a więc to był przejaw kobiecej fanaberii; może mam nawet MPS…
-…Hania….
-…nie przerywaj mi i tak wiem co chcesz mi powiedzieć albo myślisz: „pewnie ma okres i po prostu musi zjeść parę tabliczek czekolady, wtedy cała jej wściekłość minie jak ręką odjął: zupełnie jak po ugryzieniu snickersa”. Ty za to jesteś mężczyzną więc z tego tytułu masz naturalne prawo do bycia złym czy wściekłym: w końcu w tobie hormony nie buzują. Kobieta jest zła tylko z powodu specyficznego czasu w miesiącu.
- Chciałem tylko powiedzieć.- Nieśmiało zaczął Kacper starając się odzyskać powagę gdy Hania w końcu przerwała swój monolog- Że chyba mówi się na to PMS. O MPSie nie słyszałem.
- Jesteś wstrętny. – Mrugnęła tylko Hanna biorąc do ręki swoją torebkę, którą położyła na krześle. Zrozumiała, że teraz nic nie wskóra z Kacprem gdy jest w takim nastroju. Inna sprawa, że mimo potwierdzeń w wielu sytuacjach wciąż nie mogła uwierzyć w tupet Jakubiaka i otwarte propagowanie swoich patriarchalnych poglądów rodem ze średniowiecza. A raczej w to, że się z nimi wcale nie krył.
- A ty gdzie? Chyba mieliśmy rozmawiać o interesach.
- Nie mam na to teraz ochoty, poza tym i tak nie sądzę że doszlibyśmy do konsensusu.
- Hej, siostrzyczko: daj spokój…- Próbował ją zatrzymać Kacper zwinnie podnosząc się ze swojego miejsca i kładąc jej dłoń na ramieniu. Na ten gest Hanka drgnęła, odwracając się na pięcie praktycznie w miejscu niemal sycząc mu w twarz:
- Nie nazywaj mnie tak. Gdybyś rzeczywiście widział we mnie siostrę, nie utrudniałbyś mi wszystkiego.
- O ile mi wiadomo, starsi bracia droczą się z młodszymi siostrzyczkami, prawda?- Gdy zauważył że tylko pogorszył sytuację w geście poddania się wyciągnął obie dłonie przed siebie. Dlaczego oni zawsze tylko się kłócili?- Dobra, sory: już nie będę. To co, usiądziesz w końcu i przekażesz to co chciałaś powiedzieć?
6 LAT WCZEŚNIEJ
Kilka przyjaciółek świętowało właśnie zakończenie roku szkolnego w pizzerii, a raczej zdanie ostatniego z egzaminów zawodowych. Oczywiście na wyniki trzeba było jeszcze trochę poczekać, ale każda z nich była w dobrej myśli. Bo nawet jeśli coś się nie udało tak jak powinno, to było już za nimi. I to było najważniejsze. Teraz każda z dziewcząt czuła po trochu ekscytację odbierając to jako wejście w etap dorosłości; może i towarzyszył temu lekki strach, ale żaden dwudziestolatek tak naprawdę nie jest w stanie w pełni go odczuć. W tym wieku wszystko wydaje się być możliwe, każdy szczyt do zdobycia a marzenie do spełnienia. One też tak to odbierały. Jedyne czego teraz żałowały to, że nie ma z nimi Pauliny, która wyjechała na dwumiesięczny staż do Krakowa…a przynajmniej do czasu kiedy nie zadzwonił telefon Hani i trzeba było zejść na ziemię: to matka wzywała ją do szybkiego powrotu. Odrobinę zła, posłusznie pożegnała się z koleżankami proponując jednej z nich podwiezienie jako że mieszkały niedaleko siebie. Tak jak się jednak spodziewała, Sylwia wolała wrócić piechotą niż wcześniej kończyć imprezę. No cóż ona prawdę mówiąc też. Ale przecież zawsze po szkole pomagała w pensjonacie gdy tylko znajdowała czas. I lubiła to, naprawdę. Tyle, że dzisiaj wolałaby przejść się pizzą i poplotkować z koleżankami.
Może była też zbyt wielkim tchórzem: gdyby postawiła się matce i choć raz powiedziała to czego chce: ale nie, ona zawsze musiała płynąć z prądem tak jakby słowo „nie” w kontekście jej matki nie istniało. Inna sprawa, że wiedziała iż skoro ona czegoś nie wykona, to będzie to musiała zrobić jej matka. A ona i tak miała zbyt wiele obowiązków. Zwłaszcza gdy pani Iwona w wyniku postępującej choroby nowotworowej coraz rzadziej była na nogach. Zazwyczaj w sezonie letnim udawało się  Hani namówić którąś z przyjaciółek do pomocy, ale po skończonej szkole dorywcza praca za nieduże pieniądze nie była dla nikogo czymś wartym uwagi. No, może w centralnej części gór: nieco na wschód od ich miasteczka, gdzie kłęby turystów zostawiały sute napiwki; tutaj w otoczeniu staruszków bądź rodziców z dziećmi nie było co na to liczyć.
 Gdy dziewczyna zjawiła się na miejscu, parkując swojego starego fiata pandę, dwa miejsca dalej spostrzegła nowiusieńkie BMW, które w takim miejscu ja to robiło wrażenie. Wchodząc do hotelu od zaplecza, szybko dowiedziała się o przyjeździe nowego gościa o specjalnych wymaganiach któremu najpierw uszykowano pokój na partnerze, by ten po przyjeździe życzył sobie czegoś na górnych piętrach. Tak więc na szybko próbowano doprowadzić do użyteczności ostatni wolny pokój. Hania miała właśnie pomóc pracownicy, która się tym zajmowała. Najpierw jednak postanowiła wpaść do pani Iwony sprawdzając jak się czuje i czy czegoś jej nie potrzeba. Tak jak podejrzewała, choć Kacper nie miał w tym tygodniu zjazdu na studiach w stolicy, to i tak nie znalazł czasu by odwiedzić chorującą matkę albo pomóc jej w jakichś sprawach służbowych związanych z organizacją hotelu pewnie usprawiedliwiając się jakimiś błahymi wymówkami. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością wiedziała, że jedną z nich mogła być jakaś domówka u kumpla z okazji oblania ostatnich egzaminów. Ale słuchając o trudach studenckiego życia syna schorowanej kobiety nie mogła wykrzyczeć jej, że jej idealny synek wcale nie jest święty. Że nie dalej jak wczoraj słyszała jego rozmowę przez telefon gdy umawiał się na spotkanie z kumplem. Wobec tego wcale nie wypadła mu dodatkowa zmiana w dorywczej pracy. Zamiast tego uśmiechała się lekko i kiwała głową. Potem przygotowała starszej kobiecie herbatę z cytryną o którą tamta prosiła starając się nie myśleć o niewdzięcznym synu którego nie stać było na odwiedziny schorowanej matki.
Kwadrans później, zjawiając się z niezbędnymi środkami i ściereczkami, już w holu recepcji dostrzegła dwóch mężczyzn, z których jeden mógł być ojcem drugiego. Ten z kolei siedział na wózku inwalidzkim. Z racji faktu, że był odwrócony do niej tyłem, Hania początkowo myślała, że ma doczynienia z osobą niepełnosprawną. Fakt ten od razu wzbudził jej sympatię do nieznajomego: w takich sytuacjach wstydziła się własnego egoizmu; przecież jeszcze pół godziny wcześniej jej największym zmartwieniem było to, że musiała wcześniej wyjść ze spotkania z przyjaciółkami. A przecież ludzie dookoła mieli dużo większe zmartwienia wobec których jej wydawały się być nic nie znaczące.
Docierając na trzecie piętro i wchodząc do właściwego pokoju, od Asi właśnie szorującej podłogę, dostała instrukcję dokładnego wyszorowania wspólnej łazienki dla wszystkich gości na tym piętrze, która od teraz miała pozostać do dyspozycji nowego gościa. Ten chłopak ma alergię na kurz także wszystko powinno być dobrze wysprzątane a goście od dzisiaj będą korzystać z kabiny na drugim piętrze bądź parterze, dodała tonem głosu dając swój wyraz tego typu fanaberiom. Ale z drugiej strony, wychowując trójkę dzieci, z których jedno cierpiało na dziecięce porażenie mózgowe, pewnie coś takiego było dla Joanny właśnie takim wyolbrzymieniem. Hania posłusznie zabrała się do pracy starając się nie myśleć ani o Kacprze, ani o dobrze bawiących się przyjaciółkach w pizzerii. Kilka minut później na piętrze zjawili się widocznie nowi goście, bo dziewczyna ze swojego miejsca usłyszała jakieś poruszenie. Po kilku minutach, mimo zamkniętych drzwi do właśnie wynajętego pokoju, wyraźnie słyszała docierające stamtąd krzyki. Potem drzwi gwałtownie się otworzyły a męski głos zawołał: „Wrócę do ciebie po jutrze. Sprawuj się dobrze, bo jak nie to za siebie nie ręczę”.
Zdenerwowało ją zachowanie nieznajomego mężczyzny. Zakładając, że był ojcem chłopca na wózku nie mogła nie potępić tego w jaki sposób traktował swojego syna. Wtedy też, nie po raz pierwszy zresztą, pomyślała że może to i dobrze że ona sama nie zna swojego ojca. Bo jeśli miałby traktować ją tak jak ten brunet z pewnością wolała już być półsierotą.
Nieznajomego chłopca, który wcale nie okazał się być nastolatkiem a bardziej młodym mężczyzną, Hania zdążyła poznać osobiście już następnego dnia przynosząc mu śniadanie. Nie było to bardzo miłe spotkanie, bo zirytowała go najpierw swoim pukaniem (okazało się, że mężczyzna jeszcze spał mimo iż dochodziła dziewiąta), serwowanym śniadaniem (miał ochotę na sałatkę z gyrosa której szwedzki stół nie obejmował) oraz odpowiedzią na zadanie pytanie o kablówkę i połączenie internetowe (brak). Hania, jednak starała się jakoś pocieszyć nieznajomego gościa, bo wyglądał jakby pobyt tutaj zapowiadał dla niego istne tortury. Ponadto wciąż pamiętała o jego paraliżu oraz wyrodnym ojcu.
- Mam kilkanaście filmów nagranych na płytach: mogę panu coś tutaj przynieść. No i na dole jest dość dobrze wyposażona biblioteka, bo gdy w mieście zamknięto tę publiczną, większość książek udało się przenieść tutaj. Nie liczyłabym jednak na bardzo aktualne tytuły.
- Nieważne, i tak nie przepadam za czytaniem. Naprawdę nie ma tutaj internetu?- Spytał Hubert ponownie jakby w ciągu minuty sytuacja się mogła zmienić. Jednocześnie przeciągnął się napinając ramiona. Gdyby nie był tak zły i pochłonięty sobą zauważyłby, że ten ruch niejako zdekoncentrował młodą pracownicę, ale w obecnym stanie ducha nie to było mu w głowie. Zwłaszcza po ostatnim skandalu z jego udziałem. I pięknej aktorki, trzeba dodać.
- Przykro mi. Ale tak jak już mówiłam można tu robić wiele ciekawych rzeczy. Dookoła pensjonatu jest piękny park i ogród z altanką, w którym…
- Tak?- Przerwał jej Hubert kpiąco.- A wydaje ci się że ze złamaną nogą pierwsze na co mam ochotę to kuśtykanie o kulach po nierównym parku? Albo może wspinanie się po górach? Inna sprawa, że raczej nie chciałbym by wydało się w mediach, że tutaj jestem.
 - Wcale nie sugerowałam spacerów w pańskim stanie. Mówiąc o parku miałam na myśli piękne widoki dla których przyjeżdża się w ogóle w góry. Akurat w tym pokoju widok jest szczególnie imponujący na Mięguszowieckie Szczyty w ich całej okazałości. Chociaż…- Dodała niepewnie Hania nie wiedząc czy nie zostanie to źle odebrane-…początkowo widząc ten inwalidzki wózek pomyślałam, że pańskie kalectwo jest nieodwracalne. Także złamana noga wydaje się nie być jakimś końcem świata. Myślę, że z pomocą pracowników udałoby się pana bez problemu przetransportować na dół.
- Nie, dziękuję. A gdybym patrzył na życie tak jak ty to mógłbym nic nie robić albo najlepiej odciąć sobie wszystkie członki, bo w końcu: po pierwsze żyję a już samo to jest cudem, a po drugie odczuwam ból a ból przecież także pochodzi od Boga. Także relatywizm ma to do siebie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nie sądzisz?- Zakończył pytająco. Potem po raz pierwszy spojrzał na swoją rozmówczynię. Była chyba trochę starsza niż wskazywał na to dziewczęcy ton jej głosu, ale nie mógłby dać jej więcej niż osiemnaście-dziewiętnaście lat. A on wyskakiwał jej tu z jakimiś filozoficznymi gadkami jakby sam miał ich na karku przynajmniej pięćdziesiąt a nie dwadzieścia cztery. Takie mędrkowanie nie było zresztą nawet w jego stylu. Uświadomiwszy to sobie roześmiał się krótko po raz drugi nie zdając sobie sprawy że wyraz jego twarzy wywołał u niej rumieńce. Ona chyba też nie do końca zdawała sobie z tego sprawę.- Dobra, nie zatrzymuję cię już. Poprosiłbym później o jakąś dużą butelkę z wodą, dobra? Nie jestem w stanie sam zejść na dół i po nią pójść.
- Jasne. Przyniosę ją panu za chwilę. Aha, i jeśli będzie pan czegoś potrzebował proszę o wybranie z telefonu numeru jeden: wtedy połączy się pan z recepcją.
- Wow, to ten telefon stacjonarny jeszcze działa? Myślałem że to też należy do retro wystroju tak jak te dziergane na drutach wszędzie porozkładane małe obrusy.- Nawet jeśli do tej pory Hania miło gawędziła z nieznajomym kładąc jego niegrzeczne zachowanie na skutek zgorzknienia po domniemanym kalectwie czy kłótni z ojcem, kpina w głosie ubodła ją do żywego. Owszem, to że nie mieli internetu a ona sama nigdy nie wyściubiła nosa poza swoją małą mieścinę nie znaczyło, że nie wiedziała co to awangarda czy nie miała poczucia dobrego smaku. A nieco staroświecki wystrój pokoi miał urok nie tylko dla niej: wielu gości chwaliło klimat tego miejsca. Na pewno nie było więc kiczowate i godne strojenia sobie z nich żartów. A już na pewno nie te piękne hafty zrobione przez schorowaną panią Iwonę. I co z tego, że korzystali ze starszych modelów telefonów stacjonarnych? Skoro działały nikt nie widział potrzeby by je wymieniał.
- Te obrusy wykonała jedna z właścicielek tego miejsca własnoręcznie. Ale jeśli pan chce mogę je stąd zabrać.- Odpowiedziała mu sztywno.
- Nie, jest okej. Ja wcale nie miałem na myśli…a zresztą...- Hubert machnął ręką uświadomiwszy sobie, że właśnie zamierzał się tłumaczyć przed jakąś dorywczą pracownicą zatrudnioną tu pewnie na wakacje tak jakby ją obraził. A przecież mówił tylko prawdę: było tu mega staroświecko. Takie dywany sprzedawano pewnie sto lat temu: nie chciał nawet myśleć o tym ile kurzu mogą skrywać. Na dodatek nawet jeśli nie miałby racji to jakim prawem ta mała udawała wielce urażoną?! Czyżby do tej małomiasteczkowej mieściny nie dotarła już znana dawno zachodowi maksyma: „nasz klient nasz pan”? Albo: „klient ma zawsze racje”? Nie, najpewniej tylko zdawało mi się, że w tonie głosu dziewczyny dostrzega pogardę i złość.
- Gdyby trzeba było odnieść tacę i resztki ze śniadania, proszę dzwonić RETRO telefonem. Obiad będzie o pierwszej.- Słowo „retro” zostało w jej wypowiedzi szczególnie zaakcentowane. A niech to, ta laska naprawdę była na niego zła. Gdy bez dalszej zwłoki opuściła pokój, Hubert pozwolił sobie na głośny śmiech.
-Ale jazda. I ja mam spędzić w tej dziurze dwa miesiące? Jeszcze dzisiaj zwolnię tego dupka który mnie tu wpakował i zobaczymy jak będzie się przede mną czołgał.

OBECNIE
Dojechawszy do ośrodka, już na parkingu Hubert poczuł uczucie deja vu. Bo wszystko wyglądało dokładnie tak, jak to zapamiętał. To zabawne, bo do tej pory nie poświęcił temu miejscu ani jednej myśli a teraz doskonale umiał sobie przypomnieć, że hydrant do wody znajdujący się obok parkingu kiedyś był pomalowany na czerwono, a nie zielono. Chociaż nie, zapomniał że było tu tak pięknie: dookoła mnóstwo zieleni, mały park z drzewami i naturalnie wyżłobionymi ścieżkami, a z boku urocza dróżka prowadząca do małej altanki z huśtawą, którą doskonale pamiętał. Nawet stary budynek pensjonatu idealnie wpisywał się w nieco gotycki klimat miejsca co podkreślały wyłaniające się z oddali szczyty gór. Jak nic miejsce do obcowania w z przyrodą…albo demonami przeszłości, podpowiedział jakiś głosik w jego głowie. Zaraz jednak sam siebie zrugał: jakimi demonami do diabła?! Naprawdę, miejsce pobudzało nawet do gotyckich myśli.
- Ja cię, toż to prawdziwy pałac! Adasiu, normalnie Miłosz zaprosił nas do swojego królestwa!
- Zamknij się Dominik, ludzie na ciebie patrzą.- Zasyczał w odpowiedzi Miłosz. Tamten jednak tylko pochylił się lekko jakby w geście kurtuazji do nieznanej mu grupy staruszków siedzących na pobliskiej ławce z drugiej strony.
- Widziałeś? Tamta babunia puściła mi oko!
- Jezu, ale ty jesteś dzieciakiem Domiś.- Tym razem krytykiem okazał się być Władysław.
- Władziu, uważaj bo następny sezon też spędzisz na ławce rezerwowej.
- Zwłaszcza jak będziesz wpieprzał tyle kebabów ile zjadłeś w ciągu ostatnich trzech dni.
- Patrzcie jaki szczyl pyskaty: teraz nikt nie ma już szacunku do staruszków. Inaczej będziesz śpiewał ptaszku gdy będziesz chciał abym podszkolił twoją taktykę w obronie.
- Dobra, bierzcie te torby i walizki: ja mam ochotę na kąpiel. W tym upale pocę się jak świnia.- Adam postanowił pospieszyć kolegów czym oczywiście naraził się na kolejne docinki.
Chwilę później, całą piątką wchodzili do ładnie oświetlonego holu, na którego końcu czekała młoda recepcjonistka. Serce Huberta szybciej zabiło. Z tej odległości mógł dostrzec tylko lekko brązowe włosy nie mógł być więc pewny z całą stanowczością, ale…to mogła być ona. Starając się wmówić sobie, że to nie ma żadnego znaczenia dyskretnie rozejrzał się po odnowionym wnętrzu. Teraz naprawdę było tu ładnie. Choć tak jak wcześniej zachowano nieco starodawny styl, to tam gdzie trzeba dodano trochę nowoczesnych elementów. Szczególnie posłużyło to parkietowi.
- Dzień dobry, w czym mogę służyć?
Nie, to nie była Hanka. Głos tej dziewczyny był niższy i mniej melodyjny. Sam nie wiedział czy poczuł wtedy ulgę czy wręcz przeciwnie.
- Witam, my mieliśmy rezerwację na trzy pokoje.- Oznajmił Miłosz. Recepcjonistka od razu przeniosła na niego wzrok, bo do tej pory wpatrzona była w monitor i najwyraźniej przywitała ich zupełnie machinalnie. Teraz jednak zerkając na Miłosza jej wzrok się rozpromienił. To tak jakby łudzili się, że nikt tutaj nie ogląda sportu.
- Jasne, już prowadzę. Witamy w Oazie spokoju. Jest nam bardzo miło…
Ale Hubert jej już nie słuchał. Bo przez hol właśnie wchodziły inne dwie osoby. A on zanim jeszcze zobaczył ich twarze, już wiedział do kogo należy głos jednej z nich.
To była Hanka Witwicka.
Jego Hanka, która teraz szła ramię w ramie z jakimś wysokim kolesiem zażarcie o czymś dyskutując. Gdy jednak zdała sobie sprawę, że w holu są goście, jej głos stał się bardziej cichy.
A gdy zamilkła kompletnie, poczuł prawdziwą satysfakcję.
Bo powodem jej milczenia był on sam.