Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 22 maja 2016

Maskarada część XXV



 W końcu skończyłam ;-) Z racji niecierpliwych (tak, to głownie o tobie marzycielko :-)), wstawiam od razu bez poprawiania błędów, także jeśli jakieś są to mam nadzieję, że mi wybaczycie. Miłego czytania.


Słowo „wibrator” podziałało na mnie zupełnie tak jakby ktoś wymierzył w moje plecy pistolet. A konkretnie osoba która zadała mi to pytanie. Artur. Zanim się odwróciłam przez dobre kilka sekund zastanawiałam się o czym on do cholery mówi nie mając pojęcia o co chodzi. Prawdę mówiąc zdążyłam zapomnieć o historii z wibratorem. Potem przypomniawszy sobie o swojej zgubie zaczęłam prosić w myślach o to, żeby jednak okazało się, iż się przesłyszałam. Niestety moje złudzenia natychmiast się rozwiały gdy spojrzałam w roześmiane oczy Chojnackiego. Wtedy szerzej otworzyłam swoje wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Przypomniałam sobie jak odwiedziłam go po tamtym feralnym wieczorze o on zadawał mi dwuznaczne pytania. Wtedy sądziłam, że są całkiem niewinne, ale teraz wiedziałam że było inaczej. Bo doskonale znał prawdę. I bawił się moją konsternacją.
- No, więc jak? Nie brakuje ci różowej zguby?
- Ty świnio, a więc go znalazłeś! I nabijałeś się ze mnie gdy przyszłam go odzyskać!- Jedyną odpowiedzią był głośny wybuch śmiechu. Ja z kolei czułam, że robię się purpurowa na twarzy. Nie wiedziałam tylko czy bardziej ze złości, upokorzenia czy też zakłopotania. Najpewniej jednak z tych trzech powodów- Och!- Krzyknęłam a raczej parsknęłam schodząc z parkietu gdy jedna para prawie na mnie nie wpadła.
- Hm, swoją drogą to nie podejrzewałbym cię o coś takiego.- No tak, mogłam się spodziewać, że Chojnacki tak szybko nie zrezygnuje z nabijania się ze mnie i będzie za mną szedł.- W ogóle to musisz być z tym na czasie, bo model jest całkiem nowy. Chociaż ten różowy kolor dość oklepany, nie sądzisz? Zawsze się zastanawiałem czemu produkują coś takiego w żarówiastych kolorach. Nie lepsze byłyby pastele? Kobiety naprawdę lubią tak mocne odcienie? Przecież ten wściekły róż nijak się ma do prawdziwego koloru męskiego…
- Zamkniesz się wreszcie?!- Warknęłam zdając sobie sprawę, że moje milczenie wcale go nie zniechęca a wręcz przeciwnie. Nie przestawałam przy tym iść. Tyle, że nagle zdałam sobie sprawę, iż nie wiem gdzie powinnam się znaleźć. Bo przecież nie wrócę po swoją torebkę do loży w której jest Monika. Albo do której nie daj Boże wróciła Wiki. Spaliłabym się ze wstydu gdyby Artur zdradził przed nimi moją tajemnicę. A po jego zachowaniu wiedziałam, że byłby do tego zdolny. Dlatego podchodząc do wolnego kącika (wiedząc, że pójdzie za mną) spytałam go wtedy.- Czego chcesz?
- To znaczy?
- Nie udawaj Greka: chcesz się tylko ponabijać czy skompromitować przed dziewczynami?
- Skompromitować? Przecież fakt, że posiadasz wibrator chyba nie jest w dzisiejszych czasach bardzo naganny, nie sądzisz? No chyba, że to tylko jeden element twojej kolekcji. Zdradź mi: masz w swojej sypialni jeszcze parę takich ciekawych urządzeń? A może nawet sekretny seks pokój?
- Zamknij się wreszcie.- Syknęłam widząc, że na samo słowo „seks” kilku blisko stojących facetów spojrzało na mnie z zaciekawieniem. Czułam, że moja twarz sczerwieniała jeszcze bardziej o ile to w ogóle było możliwe. By dalej nie dawać przedstawienia dla nieznajomych facetów zbliżyłam się do Artura niemal warcząc mu do ucha:- Skończmy ten temat, okej?
- Jasne, tylko zdradź mi, bo w życiu bym cię o coś takiego nie podejrzewał…
- Kazałam ci się zamknąć.
- Ej, nie sadziłem że wciąż jesteś taką purytanką. Przecież chyba dwoje ludzi może swobodnie rozmawiać o seksie, prawda?
- Nie jestem żadną purytanką! I przestań wciąż używać tego słowa!
- Jakiego: seks?- Przymknęłam na moment oczy czując się idiotycznie. Przecież to oczywiste, że zachowując się dziecinnie tylko daję mu pole do popisu.
- Wiesz co? Powiedziałeś, że jesteśmy dorosłymi ludźmi a zachowujesz się jak dzieciak.- Odparłam mu, a potem chciałam odejść. On jednak złapał mnie za rękę. Wciąż był nieźle rozbawiony.
- Dobra, już nie będę. To co chcesz odzyskać zgubę czy nie?
- Artur…
- No co, tym razem to nie żadne nabijanie się z ciebie. Pytam poważnie. Ja chyba nie mogę tego używać.- Wbrew sobie parsknęłam śmiechem. Chyba było to spowodowane raczej histerią w głowie niż rzeczywistym rozbawieniem.
- Tak możesz mi go oddać…to znaczy przy najbliższej okazji. I dyskretnie.
- Więc teraz chyba odpada?
- Masz go przy sobie?!- Jedyną odpowiedzią był śmiech Chojnackiego.- Naprawdę jesteś nienormalny.- Gdy włożył rękę do kieszeni próbowałam go powstrzymać już myśląc że naprawdę zamierza wyjąć stamtąd mój wibrator. Ale okazało się, że zrobił to tylko specjalnie.- Jesteś złośliwym idiotą!
- Ty za to przepięknie się czerwienisz. Powiedz, Szymon nie ma nic przeciwko temu?
- Co?
- No, bo to raczej trochę dyskredytujące dla faceta gdy jego laska musi korzystać z tego typu wspomagaczy.
- Przecież on nie jest moim facetem! A tak w ogóle to nic co do tego!
-Serio? Monika mówiła, że się ze sobą spotykacie.
- Sama chyba najlepiej wiem z kim i czy w ogóle się spotykam, prawda?
- Hm, a więc wibrator był tylko substytutem faceta?
- Jezu, skończ wreszcie ten temat do diaska. Guzik ci do mojego wibratora i w ogóle do całego mojego życia erotycznego.
- No tak masz rację. Skończmy ten temat.- Wietrzyłam podpuchę: w końcu zaledwie kilka chwil wcześniej też udawał że skończył swoje kpiny a tak naprawdę to dopiero je zaczął. Ale chyba tym razem…
- Co ty do cholery robisz?!- Krzyknęłam a raczej pisnęłam gdy ze swojej kieszeni rzeczywiście wyjął mój mały różowy…wibrator! Spanikowana szybko ścisnęłam go jeszcze w jego dłoni tak by nikt go nie zobaczył. Miałam przy tym ochotę przywalić Arturowi za ten jego śmiech.- Jesteś nienormalny? Kto nosi w kieszeni wibrator?!
- Chciałem ci go po prostu oddać, czyż nie o to prosiłaś? I zakończyć całą sprawę zgodnie z życzeniem.
- Nie. Schowaj go z powrotem.
- Więc go nie chcesz?
- Tak, nie chcę go. Schowaj go.
- Serio?
- Artur nie przeginaj.
- To przecież tylko głupia zabawka która…
- Schowaj to albo kiedyś potrącę cię na pasach i udam że to był wypadek.
- Już dobrze.- Odpowiedział mi po dłuższej chwili.- Tylko zabierz te ręce.- Wciąż mu nie ufałam, ale nie miałam wyjścia. Na szczęście po raz pierwszy od kilku minut zrobił to o co go prosiłam, bo z powrotem włożył wibrator do kieszeni. Wtedy nie wytrzymałam i uderzyłam go w ramię, a potem jeszcze raz i kolejny…przy wtórze jego śmiechu. Uderzenia oczywiście nie były raczej mocne, ale do jednego solidnie się przyłożyłam. – Hej, nabijesz mi siniaków.
- I dobrze, przydadzą ci się. A jeśli jeszcze raz kiedykolwiek wspomnisz o tej historii to własnoręcznie cię ukatrupię.
- Chyba już to mówiłaś. Na pasach o ile pamiętam.- Powiedział jednocześnie unieruchamiając mi ręce gdy znów zamachnęłam się by walnąć go w ramię.- Może już koniec bokserko?
- Wcale nie.- Odpowiedziałam mu próbując wyszarpnąć ręce.- Puszczaj mnie już.
- Żebyś znów mnie uderzyła? Nie ma mowy.
- Zasłużyłeś.
- Sama zaczęłaś tę potyczkę.
- Wiki nie może równać się z tym jak nabijałeś się ze mnie teraz.
- Ja ośmielę się myśleć inaczej. Poza tym nie nabijałem się z ciebie przez cały czas.
- Akurat.- Prychnęłam.
- Mówię serio.- Przyznał całkiem poważnie, ale ja nadal mu nie wierzyłam. I jak się okazało słusznie, co potwierdziły jego dalsze słowa:- Prawdę mówiąc początkowo gdy znalazłem go u siebie to bardziej stawiałem na Monikę. No ale gdy następnego dnia mnie odwiedziłaś wyraźnie chcąc iść do mojego pokoju na górę zamiast posiedzieć w salonie czy kuchni…a już ta mina gdy oddałem ci twój breloczek a ty myślałaś że to twój erotyczny gadżet była po prostu bezcenna.
- Idiota!- W tej chwili do głowy nie przyszedł mi żaden godny Artura epitet, tak więc byłam zmuszona pozostać przy tym całkiem banalnym. Za to przynajmniej choć nie moje słowa to moje zachowanie dało upust mojej wściekłości gdy ponownie wróciłam do prób ukatrupienia Chojnackiego. W tej chwili naprawdę byłam w stanie to zrobić. Byłam na niego wściekła a jednocześnie tak potwornie zakłopotana jak chyba nigdy wcześniej. W moim przypadku była to mieszanka wybuchowa. Niestety on doskonale zdawał sobie z tego sprawę, bo wciąż trzymał moje dłonie na uwięzi, a gdy udało mi się jedną wyszarpać szybko ją unieruchomił przyciągając mnie bliżej do siebie. I tak wśród jego śmiechu i moich wymamrotanych wyzwisk szamotaliśmy się stojąc przed sobą niczym w parodii quasi uścisku. Tyle, że nagle….nagle to wszystko stało się inne. I coś się zmieniło.
Czasami słyszy się, że ktoś udzielając wywiadu w telewizji mówi o chwilach przełomowych. Alkoholik wyznaje, że dopiero gdy uderzył własne dziecko uprzytomnił sobie iż ma problem. Znany aktor przyznaje się do tego, że gdy zdradził żonę zrozumiał że tak naprawdę ją kochał. Córka która nie mogła znieść swojej matki po jej śmierci zdała sobie sprawę, że jej matka była najwspanialszą osobą w jej życiu. Dla mnie właśnie ta chwila zdawała się być przełomowa. Gdy wciśnięta w kąt dusznej sali klubowej siłowałam się z Arturem na spojrzenia próbując wyrwać z jego uścisku swoje dłonie, co on uznał najwyraźniej za bardzo zabawne. Może nie była aż tak melodramatyczna jak wcześniejsze przykłady (choć dla mnie zdecydowanie taka była), ale mimo wszystko wywróciła moje życie do góry nogami.
Co się wtedy stało?
Nie mam pojęcia.
Nie mam pojęcia dlaczego nagle złość jaką czułam, ta cała przepychanka między nami i moja frustracja zamieniły się w coś zupełnie innego. Coś co uświadomiło mi, że Artur jest facetem a ja kobietą i że dzieli nas zupełnie niewielka przestrzeń, a jego usta znajdują się całkiem blisko moich bo nasze twarze niemal się ze sobą stykały…a przynajmniej dzieliła nas bardzo mała przestrzeń.
I nagle przestałam się wyrywać. Nagle znieruchomiałam nie wiedząc co z tym fantem począć. Przecież to nie była moja pierwsza kłótnia z Arturem podczas której gwałtownie wymienialiśmy zdanie mocno gestykulując i pochylając się nad sobą by onieśmielić przeciwnika. On też chyba zrozumiał, że coś jest nie tak bo spoważniał wciąż patrząc mi prosto w oczy. Zwilżyłam odruchowo językiem wargi nie wiedząc dlaczego nagle stały się zupełnie suche. Tak samo zresztą jak moje gardło. I dlaczego moje spojrzenie z oczu Chojnackiego nagle zjechało na jego usta. A już na pewno nie rozumiałam czemu znajdujemy się tak blisko siebie. Czyżby pochylił się w moją stronę? A może tak tylko mi się wydawało? Albo to ja się do niego zbliżyłam całkiem nieświadomie? Lub może po prostu on zauważył to co się ze mną dzieje? W tej chwili jednak miałam to gdzieś. Zapomniałam kim jestem i kto stoi przede mną. W tym momencie byłam tylko kobietą spragnioną pocałunku przystojnego mężczyzny; kobietą która nagle zapragnęła kogoś zupełnie nie licząc się z konsekwencjami. A tym mężczyzną był Artur.
- O, tu jesteście!- Z uroku i popełnieniu prawdopodobnie najgorszego błędu w moim  życiu wyzwolił mnie roześmiany głos Moniki. Właśnie się do mnie zbliżała nie świadoma chaosu jaki panował w mojej głowie kontynuując:- A Wiki szuka was od dobrych dwudziestu minut…- Spuściłam głowę szybko odsuwając się od Chojnackiego nie wiedząc co ze sobą zrobić. Moje serce wciąż  biło zdecydowanie szybciej a oddech był bardzo nieregularny. A w moim brzuchu wnętrzności były związane w ścisły supeł. Boże, czy ja właśnie przed chwilą chciałam pocałować Artura? Spojrzałam teraz na niego, ale to był błąd. Bo jego spojrzenie uświadomiło mi, iż doskonale zdawał sobie sprawę z moich pragnień. Że to co przed chwilą się stało nie zaszło tylko w mojej głowie. O mój Boże, on wiedział. Wiedział, że byłam o krok od pocałowania go!- Hej, słuchasz mnie Ewela?
- Jasne.- Mrugnęłam coś w odpowiedzi ciesząc się, że przynajmniej Jastrzębska niczego nie zauważyła. Albo że nie zjawiła się kilka sekund później, bo wtedy z pewnością zastałaby swoją bratową i kuzyna całujących się w kącie klubu. To byłoby prawdziwą katastrofą.
- To co wracamy do Wiki? Artur, mógłbyś choć trochę z nią poflirtować. Niedawno rozstała się z chłopakiem.
- Wybacz, ale chyba nie. Poza tym powinniśmy się już zbierać. Rano muszę załatwić parę rzeczy.
- Nie, ja chcę jeszcze trochę pobalować. Zostaniemy jeszcze co Ewela?- Kiwnęłam tylko głową. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić jak wracam z Arturem jego autem.- Wynajmiemy jakąś taksówkę.
- Na pewno? Nie chciałbym byście wracały po nocy same. Po nocy włóczy się tutaj wielu nieciekawych typów.
 - Jej, to naprawdę słodkie. Czuję się tak jakbym znów miała 20 lat i była narażona na zakusy jakiegoś napalonego gościa który najpierw musi mnie upić. Kurczę, czemu żadnego tu teraz nie ma?
- Monia, mówię poważnie.- Zbeształ ją łagodnie.
- Ja też. Damy sobie radę. Az tak się nie wstawiłam, Ewelina prawie wcale. Damy sobie radę.
- Na pewno?
- Tak, na pewno. Możesz spadać.
- Dzięki. A więc na razie Monia.- Pożegnał się z nią na mnie nawet nie patrząc. To tyle jeśli chciałabym się łudzić, że niczego się nie domyślił. A mówiłam, że chwila gdy okazało się, że Artur znalazł mój wibrator była najbardziej żenującą sytuacją w moim życiu? Ha, po tym jak prawie pocałowałam kuzyna swojego zmarłego męża zdecydowanie nie uważałam jej za coś nadzwyczajnego.
- Aha i pozdrowię od ciebie Wiki!- Krzyknęła za odchodzącym właśnie Arturem rozbawiona Monika nie mając pojęcia o czarnej rozpaczy jaka właśnie była w mojej duszy. Bo dobrze wiedziałam co było powodem tak szybkiej dezercji Artura. I kto. Jezu, co on sobie teraz o mnie myślał? I jak w ogóle mogłam dostrzec w nim mężczyznę? Jak mogłam pragnąć go pocałować? Przecież znałam go tyle lat i nigdy mi się to nie zdarzyło…tyle czy na pewno? Czy był to tylko jednorazowy epizod spowodowany wypitym alkoholem i- jakkolwiek głupio to zabrzmi- czarem chwili? Miałam nadzieję, że tak. Co ja mówię: tak przecież było i już! Dlatego szybko zebrałam się do kupy zmuszając do uśmiechu i włączenia do rozmowy z Moniką. Nie miałam zamiaru nigdy więcej roztrząsać tego co się stało i jak najszybciej o tym zapomnieć. A jeśli Artur kiedykolwiek do tego wróci to po prostu go przeproszę.

***
Po powrocie z imprezy i przespaniu nocy epizod z Arturem wydawał mi się być całkiem surrealistyczny. Teraz w ogóle nie potrafiłam zrozumieć jak myśl o pocałunku z nim mogła przez jakąkolwiek chwilę kołatać mi w głowie. Przecież zawsze widziałam w nim kogoś z kim lubiłam się kłócić, wygłupiać czy pośmiać. No, pomijając okres w którym wydawało mi się że go nienawidzę. I ten gdy z kolei jemu wydawało się, że mnie kocha. Ale odczuwać pociąg? Nie, po prostu alkohol rzucił mi się na mózg. No i temat rozmowy. Nie wspominając o bliskości jaka się między nami wywiązała. Tak, zdecydowanie na moment mi odbiło. Zaczęłam nawet mieć cichą nadzieję, że być może Artur nawet niczego nie zauważył. A wyszedł wcześniej, bo…bo zdecydował że nie będzie mnie już dłużej zawstydzał rozmową o wibratorze. Tak, to było to. Z pewnością.
Słysząc dzwonek do drzwi jednak spanikowałam. Mój Boże, pomyślałam: a co jeśli to Artur?! Co ja mu do cholery mam powiedzieć?! Żałowałam że nie jestem tchórzem i po prostu nie udam, iż nie ma mnie w domu. Dlatego niechętnie podeszłam do drzwi. Widząc za nimi nieznajomego faceta w uniformie Poczty Polskiej odetchnęłam z ulgą prawie wybuchając śmiechem. A facet pewnie na długo zapamięta adresatkę, która szczerzyła się podpisując list jak głupia stojąc boso na klatce schodowej. Kręcąc z niedowierzaniem głową odłożyłam list na komodę znajdującą się w przedpokoju a potem by dłużej tego nie roztrząsać i dać odpocząć myślom weszłam pod prysznic. Uwielbiałam długie gorące kąpiele we wrzątku, po którym moja skóra była mocno zaczerwieniona, a dzisiejszego ranka tego właśnie było mi trzeba. Darowałam sobie mycie głowy, bo w niedzielny dzień i tak nie zamierzałam nigdzie wychodzić. Może wieczorem do kościoła, ale na pewno nie teraz. Zastanawiając się co przygotuję sobie na śniadanie podśpiewywałam sobie pod nosem a raczej mruczałam kawałki które akurat przyszły mi do głowy. Po kilku minutach niechętnie wyszłam z kąpieli. Wciąż mamrocząc pod nosem owinęłam się w ręcznik rozpuszczając włosy. Potem umyłam zęby i wyszłam z łazienki.
- Cześć. – Słysząc męski głos odruchowo pisnęłam. Przy okazji niemal zrzuciłam ręcznik którym owinęłam się dość luźno gratulując sobie  w duchu, że w ostatniej chwili udało mi się temu zapobiec. No i że nie wyszłam z łazienki zupełnie nago jak czasami miałam w zwyczaju. Bo przecież i tak mieszkałam sama, więc raczej nie miałam się kogo wstydzić.
- Co ty tu robisz?!- Spytałam oskarżycielsko Artura, który uśmiechał się do mnie zupełnie tak jak zawsze stojąc na korytarzu. A może i nie tak jak zawsze. No i jego wzrok zdecydowanie prześlizgiwał się po mojej sylwetce tak, że odruchowo sprawdziłam czy ręcznik który mam na sobie przykrywa to co powinien. Gdy upewniłam się, że tak jest rzuciłam mu potępiające spojrzenie.
- Drzwi były otwarte, więc po kilku próbach stania jak słup pod nimi zdecydowałem się wejść. Powinnaś była się zamykać. Zwłaszcza mieszkając sama i biorąc prysznic.
- Zazwyczaj to robię, ale chwilę temu przyszedł listonosz i zapomniałam.
- Zamiast mnie mógł tu wejść złodziej.
- Ale nie wszedł, więc nie ma problemu. – Westchnęłam ciężko nagle czując się bardzo głupio. Bo okazało się, że wcale nie miałam racji. To co wydarzyło się miedzy mną a Arturem wczorajszego wieczoru na zawsze zmieniło mój sposób jego postrzegania. Bo teraz nie potrafiłam patrzeć mu prosto w oczy, a gdy skierowałam go niżej przypomniałam sobie o naszym niedoszłym pocałunku. Nie wspominając nawet o tym, że w skąpym ręczniku czułam się prawie nago, a przez to bardzo niezręcznie. Jeszcze 24 godziny temu nie miałabym takich problemów. Chociaż inna sprawa, że nigdy wcześniej raczej Artur nie zaskakiwał mnie tuż po prysznicu. Cholera, dlaczego jak głupia dałam się wczoraj porwać czarowi chwili? I co to w ogóle znaczy: czar chwili?!- Skoro już i tak wszedłeś to poczekaj na mnie chwilę w kuchni lub na korytarzu. Muszę coś na siebie włożyć.
- W tym ręczniczku też ci bardzo do twarzy.- Nic na to nie odpowiedziałam, ale cała krew znalazła się właśnie na mojej buzi. Bo uwaga Chojnackiego zabrzmiała w moich uszach dość…flirciarsko, dwuznacznie. Wcześniej po prostu bym się roześmiała doskonale wiedząc, że to po prostu taki żart. Teraz jednak czułam się tak jakby takie stwierdzenie  z jego ust było nie na miejscu. Kolejny dowód na to, że on zachowywał się normalnie. Ja za to świrowałam.
W swoim pokoju wzięłam kilka głębokich oddechów zanim pospiesznie narzuciłam na siebie pierwszą lepszą bieliznę, a potem jakieś legginsy i luźną koszulkę. Zdecydowanie wolałam wyglądać teraz zupełnie aseksualnie. Nie chciałam by Artur powziął mniemanie, że moje wczorajsze zachowanie było wstępem do czegoś więcej. Po prostu w trakcie rozmowy rzucę coś żartem o tym jak mi odbiło niby to przypadkiem. No i się roześmieję. Tak, to powinno przekonać go, że wciąż widzę w nim tylko kogoś w rodzaju brata czy przyjaciela. Nawet jeśli od tej pory zaczęłam widzieć  w nim mężczyznę…Przymknęłam oczy naiwnie łudząc się, że wraz ze zniknięciem widoku zniknie ostatnia myśl która przyszła mi do głowy. Po kilku chwilach się jednak uspokoiłam. I co z tego, że dostrzegłam jaki Chojnacki jest przystojny? Co z tego że miałam ochotę go pocałować? Przecież nie ja pierwsza i nie ostatnia. Poza tym to jeszcze nie znaczyło, że miałam zamiar to zrobić lub nie daj Boże mu o tym powiedzieć. Na przykład też zauważyłam, że Szymek to fajny facet. I nawet się z nim pocałowałam a w poniedziałek w pracy żartowałam jak gdyby nigdy nic. Z Arturem praktycznie rzecz biorąc do niczego między nami nie doszło. Tak więc spokojnie się  z tym uporam. Muszę tylko przestać myśleć o tym co się stało, bo tylko się nakręcam.
- Właśnie Ewelina, spokojnie. Tylko spokojnie. Artur zachowuje się normalnie więc dlaczego ty nie miałabyś tego robić?- Powiedziałam do siebie cicho czując się jak wariatka. Potem prawie wybuchłam śmiechem gdy uświadomiłam sobie, że teraz wizja tego, iż Chojnacki znalazł mój wibrator w ogóle mnie nie peszy. To było całkiem zabawne.
- Wcześniej wyglądałaś lepiej.- Przywitał mnie gdy tylko znalazłam się w kuchni. I choć czułam, że znów palę buraka a serce zaczęło mi mocniej bić zupełnie jakby ta uwaga była czymś więcej niż zwykłym przekomarzaniem się udałam, że nic takiego się nie dzieje.
- Jasne, wczoraj jakoś nie miałeś ochoty sprawdzić jak wygląda Wiki w nieco skąpym odzieniu.- Wydawało mi się, że ta uwaga będzie dobrą ripostą i dowodem na to, że nic sobie nie zrobiłam z komentarza Artura. Tyle, że on znów wprawił mnie w zakłopotanie gdy odparł:
- Ty to nie Wiki.- Jezu, naprawdę nie potrafiłam już z nim normalnie rozmawiać. Przecież on był taki jak dawniej. Wcześniej wielokrotnie częstował mnie takimi testami udając lekki flirt, a ja zbywałam je żartem lub śmiechem. A teraz? Czułam, że jeśli chciałabym spróbować się zaśmiać to wyszedłby z tego żabi skrzek.
- Dobra, powiedz lepiej czemu zaszczyciłeś mnie swoją obecnością dzisiejszego ranka.
- Ranka? Dochodzi południe.
- Wczoraj dotarłam do mieszkania po trzeciej, więc się nie dziw że odsypiałam.
- To długo jeszcze imprezowałyście po moim wyjściu.
- Trochę.- Wzruszyłam ramionami podchodząc do szafki i nalewając sobie do kubka wody. Prawdę mówiąc nie byłam zbytnio spragniona, ale czułam że muszę coś ze sobą zrobić, bo inaczej będę zachowywać się przy Chojnackim tak jakbyśmy widzieli się pierwszy raz w życiu.- To coś się stało że tutaj jesteś?
- A musiało się stać?
- No cóż, raczej przez te kilka godzin nie zdążyłeś się za mną bardzo stęsknić, prawda?
- Zdziwiłabym się jak bardzo. W porządku?- Dodał gdy właśnie zakrztusiłam się łykiem wody. Potem wstał z krzesełka i podszedł do mnie delikatnie klepiąc po plecach.
- Tak.- Odpowiedziałam dobre kilka sekund później  odsuwając się od niego. Bo jego reakcja jeszcze bardziej mnie speszyła. Wiedziałam, że zachowuję się jak kompletna kretynka, ale nie mogłam nic na to poradzić. Po prostu chciałam by on sobie poszedł. I tyle.- Naprawdę w porządku. Możesz usiąść.
- Zachowujesz się dzisiaj bardzo dziwnie.- Jezu, serio?! Miałam ochotę na niego wrzasnąć. Jaja sobie robił czy co? A jak mam się niby zachowywać gdy wczoraj mało co go nie pocałowałam? Czułam, że udawanie iż nic się nie stało było błędem. Trudno, nawet jeśli miałabym spalić się ze wstydu to musiałam wiedzieć co on sobie o mnie myśli.
- Po prostu…- Zaczęłam w ostatniej chwili tchórząc. No bo jeśli on niczego wczoraj nie zauważył to za chwilę zrobię z siebie jeszcze większą kretynkę.
- Po prostu?
- No bo…jest mi głupio.
- Z powodu?
- Tego jak się wobec ciebie wczoraj zachowałam.
- To znaczy?
- Artur, nie nabijaj się już ze mnie. Doskonale wiesz o co mi chodzi.- Odpowiedziałam mu lekko zirytowana, bo po jego wzroku poznawałam że jednak miałam rację i on zdawał sobie sprawę z faktu, iż prawie go pocałowałam.
- Chyba tak.- Mrugnął tylko. Chyba?
- W każdym razie chciałam cię przeprosić. Wiem, że mogłeś odnieść mylne wrażenie, że będę ci się naprzykrzać, ale to było jednorazowe…jednorazowy wyskok. Po prostu za dużo wczoraj wypiłam i coś mi się uroiło. Ja nigdy…nigdy tego nie powtórzę. Słowo.
- W dwóch sprawach się pomyliłaś.
- Hm?
- Po pierwsze to, o ile pamiętam, wczoraj w klubie piłaś tylko sok.
- Tak, ale wcześniej w mieszkaniu Moniki wypiłyśmy szampana i dwa albo trzy wina.- Trochę nagięłam prawdę. Bo szampan był tylko jeden tak jak i wino. Poza tym wypiłam tylko mały kieliszek tego ostatniego, a butelka szampana na trzy osoby to nie na tyle dużo by się upić.
- Nie wyglądałaś na pijaną.- Zauważył Artur.
- Może i nie, ale uwierz mi, nie byłam samą.- Zaśmiałam się trochę sztucznie.- Poza tym to czemu to drążysz? Skoro mówię, że byłam pijana to tak było.- Zirytowałam się.
- W porządku, czemu się tak denerwujesz?- Chojnacki zachowywał się tak jakbym była małą myszką zapędzoną w kozi róg a on kotem który zamierza ją zjeść i doskonale wie że zdobyć mu się już nie wymknie. Denerwowało mnie to, że tak sobie ze mną igrał. Choć z drugiej strony powinno podtrzymywać na duchu: bo skoro nie zdawał sobie sprawy z tego jakie to dla mnie trudne, to widocznie nie miał o tym pojęcia. A to z kolei oznaczało, że moje wczorajsze zachowanie uznał za zabawne. Artur nigdy nie ranił i dręczył kogoś świadomie. Co nie zmieniało faktu, że teraz dręczył mnie nieświadomie.
- Po prostu mnie wkurzasz. I do tego sugerujesz, że kłamię.
- Wcale nie: stwierdziłem tylko, że w dwóch rzeczach się pomyliłaś.
- Okej, pierwszą był mój stan alkoholowego upojenia, a tą drugą?- Spytałam głównie po to by choć trochę zmienić temat.
- Druga…- Zaczął robiąc krok w moją stronę a ja z trudem powstrzymałam się by się nie cofnąć.- Druga dotyczy ostatniej części twojej wypowiedzi.- Raczej kiepsko było mi się teraz na czymkolwiek skupić, więc nie miałam pojęcia, iż nie powinnam dłużej drążyć tematu. Ale zamiast tego wrodzona ciekawość zwyciężyła:
- To znaczy?
- To znaczy polemizowałbym z tym, że to się nigdy nie powtórzy.- Mówiąc to zrobił w moją stronę kolejny krok. A ja nie mogłam uwierzyć w to co właśnie powiedział. Przecież on nie mógł mieć na myśli…
- O czym ty do cholery mówisz?
- O tym, że bardzo chciałbym cię pocałować.- Kolejny krok sprawił, że niemal zetknęliśmy się ciałami. A ja potrafiłam tylko na niego patrzeć jak cielę na malowane wrota. Niby wiedziałam, że muszę…że powinnam go odepchnąć, ale mój mózg zapomniał iż jest skorelowany z moimi kończynami. Dlatego stałam jak głupia szeroko otwierając oczy. Wtedy jednak okazało się, że fatum, przeznaczenie czy co tam jeszcze musi istnieć, bo rozległ się dzwonek do moich drzwi, który wybudził mnie z transu. Dzięki temu ponownie uniknęłam czegoś czego nie dałoby się odwrócić.
- Otworzę. – Bąknęłam pod nosem szybko uciekając na korytarz. Wciąż czułam się tak jakbym tkwiła w jakimś śnie. W każdym bądź razie chyba nigdy tak bardzo nie cieszyłam się z wizyty gości.- Michalina?!- Zdziwiłam się na widok mojej byłej podopiecznej z ośrodka domu dziecka.
- Dzień dobry.- Przywitała się cicho. Zupełnie tak jak nie ona wyglądała na zakłopotaną.- Mogłabym pani zająć chwilę?
- Oczywiście, zapraszam. Wejdź. Skąd znałaś mój adres?
- Sonia mi dała.
- Kontaktujecie się jeszcze ze sobą?- Spytałam, bo bardzo mnie ciekawiło jak układa się życie mojej ulubienicy.
- W zasadzie to już nie .- Odparła mi Miśka nieśmiało przekraczając prób korytarza. Gestem zachęciłam ją by weszła do środka.- Przepraszam, że tu przyszłam i wiem, że nie powinnam ale nie miałam pojęcia co zrobić a Sonia przekonała mnie że pani może mi pomóc i…- Wyrzuciła  z siebie jednym tchem przerywając nagle. Odwracając się za siebie zorientowałam się, że to z powodu Chojnackiego który wyszedł z kuchni.
- W porządku, to mój…przyjaciel.- Dodałam po chwili wahania, bo po ostatnich kilkunastu godzinach trudno było mi nazwać łączące nas relacje.- Właśnie wychodził.
- Co?
- Artur…- Z trudem powstrzymałam się by nie jęknąć.- Chcę porozmawiać z Miśką w cztery oczy.
- Nie, ja…ja przyszłam tylko na chwilę. Potrzebne mi są pieniądze, to znaczy pożyczka.
- Dlaczego?
- Po prostu…po prostu tak jest.
- Michalina, przykro mi nie mogę ci nic dać. To wbrew regulaminowi.
- Wiem, ale pani już nie pracuje w domu dziecka. I oddam to, przysięgam. Co do grosza, ale teraz nie mam innego wyjścia.
- Dobrze, w takim razie chodźmy do mojego pokoju. Opowiesz mi wszystko.
- Tu nie ma nic do opowiadania. Po prostu potrzebna mi kasa i tyle.
- Miśka, jeśli nie powiesz mi o co chodzi nie będę mogła ci pomóc…- Zaczęłam, ale zaraz tego pożałowałam widząc jak coś w oczach nastolatki gaśnie. I już wiedziałam, że popełniłam błąd.
- W porządku, przepraszam za najście.- Dziewczyna odwróciła się na pięcie z zamiarem wyjścia.
- Michalina, poczekaj!- Zawołałam za nią, ale ona tylko przyspieszyła kroku. Gdyby nie stojący w progu Artur który zagrodził jej wyjścia byłaby wybiegła z mojego domu.
- Przepuść mnie!- Krzyknęła tonem dawnej siebie.
- Ewelina chyba chciała z tobą porozmawiać.- Odpowiedział jej Chojnacki.
- W dupie mam czego ona chce. Daj mi przejść.
- Skoro już się tu pofatygowałaś to nie sądzisz, że warto byłoby chociaż coś wyjaśnić?
- Pan Fiołkowski wie, że tu jesteś?- Spytałam jej. Dziewczyna zawsze była blada, ale teraz zmieniła się w kartkę papieru. Ogarnęły mnie złe przeczucia.- Znów coś przeskrobałaś, co?
- Niczego nie zrobiłam! Niech pani każe mu mnie przepuścić!- Michalina była już nieźle rozjuszona, więc próbowała nawet odepchnąć Artura. Jednak dla niego próby niespełna osiemnastoletniej dziewczyny były niczym. Tym bardziej o jakieś czterdzieści centymetrów niższej i przynajmniej trzydzieści kilo lżejszej.- Puszczajcie mnie! Nie wrócę tam do cholery, nie wrócę!
- Gdzie nie chcesz wrócić?- Odezwałam się znowu.
- Pieprz się. Sonia mówiła, że jesteś inna, ale ty jesteś taka sama jak wszyscy. I on też!- Krzyczała ze złości, ale w jej głosie wyczułam jeszcze jakąś gorycz.
- Porozmawiajmy.
- To rozmawiaj sobie z nim!
- Okej, zawiążmy umowę: dam ci potrzebną kasę w zamian za pięć minut rozmowy okej? I to nie będzie żadna pożyczka, ale prezent.- Wtrącił się Chojnacki.
- Artur, co ty…- Usiłowałam zaprotestować, ale na nic się to zdało.
- To jak?
- Mam uwierzyć, że tak po prostu dasz mi kasę?- Prychnęła nastolatka.
- Tak. Akurat wracam z banku i mam ze sobą trochę gotówki.
- Pięć tysięcy?
- Tak.
- Artur, przestań już.
- Ewelina, to moja kasa i mogę nią rozporządzać jak chcę.
 - Ale Michalina uciekła z ośrodka. Ona nie może…
- Jestem już pełnoletnia.- Wtrąciła się dziewczyna.
- Jakoś nie jestem o tym przekonana.
- Mówię prawdę: dlatego wywalili mnie z ośrodka. I nie mam za co żyć.
- A co z programem dla wychowanków którzy opuszczają mury? Przecież musieli załatwić ci jakąś pracę, mieszkanie i…
-…zgodziłam się gadać tylko z nim.- Wskazała palcem na Artura.- Bo dasz mi tę kasę, prawda?
- Tak.
- Artur…
- Więc Michalina, tak? Chodźmy do pokoju Eweliny. Tam będziemy mieli spokój.
- Co ty wyprawiasz do czorta?- Syknęłam do niego.
- Naprawiam sytuację.- Odpowiedział mi cicho tak by Miśka tego nie słyszała. A potem zamknęli się w mojej sypialni. A ja wściekła czekałam na korytarzu. Oczywiście wiedziałam, że Artur tak po prostu nie da nastolatce pięciu tysięcy i coś kombinuje to jednak mimo wszystko wolałam wiedzieć co to takiego. Ale w końcu, gdy minął kwadrans od ich wejścia do pokoju zdenerwowanie trochę mi się zmniejszyło. Świadczył o tym mój żołądek, który głośno domagał się jedzenia. Tak więc postanowiłam poczekać na nich w kuchni zajadając jogurt. I jak się okazało miałam rację, bo wyszli dopiero po następnych dziesięciu minutach.
- I co? Dowiedziałeś się wszystkiego?- Zwróciłam się wówczas do Artura który właśnie wchodził do kuchni.
- Nie całkiem.
- To znaczy? I gdzie jest Miśka?
- Poszła.
- Jak to poszła?! Chyba nie…nie mów, że dałeś jej pieniądze?
- Przecież musiałem dotrzymać słowa, prawda?
- Żartujesz?!- Krzyknęłam próbując go wyminąć. Była jeszcze szansa na to, że dogonię Michalinę. Tyle, że Artur stanowczo złapał mnie za rękę.
- Daj spokój.
- Pogięło cię? Dałeś nastolatce taką sumę nie wiedząc na co i tak po prostu dałeś jej wyjść?! Nie wiesz jakie ona miała problemy, kuratora nad głową. Jezu. Chyba powinnam do niego zadzwonić.
- Nie rób tego.
- Dlatego?
- Bo jest w to zamieszany.
- Niby w co?
- Posłuchaj…ona powiedziała mi, że mieszkała u niego, bo kilka kroków dalej pracowała jako wolontariuszka.
- Zgadza się.- Potwierdziłam zdzwiona, że powiedziała to Arturowi. Czyżby więc zdradziła mu na co potrzebne są jej pieniądze? Gdy jednak o to spytałam Chojnacki pokręcił głową.
- Myślę, że na bieżącą egzystencję, ale pewny nie jestem. Ten cały kurator…czy on byłby zdolny w jakiś sposób ją skrzywdzić?
- Robert? Boże, skąd. To najuczciwszy i najbardziej zasadniczy kurator jakiego znam. No i jest świetny w tym co robi. On nigdy nie skrzywdziłby żadnego swojego podopiecznego.
- Może nie świadomie.
- Co ty sugerujesz?
- Nie wiem nic na pewno, ale zdaje się, że twoja podopieczna się zakochała.
- W Fiołkowskim? To niemożliwe.
- Ale tak jest.
- Powiedziała ci?
- Nie musiała. Od razu zauważyłem, że tak jest. Umiem poznać takie rzeczy.
- Nie, po prostu tak ci się wydawało. Ona go nie znosiła. Poza tym choć to niezaprzeczalnie przystojny facet, to jednak ze dwa razy od niej starszy.
- Wiek nic nie znaczy. Chociaż…być może nie mam racji: ale po prostu jej nienawiść wydawała mi się być na tyle niezasadna, że mogła wypływać tylko z jednego źródła…- Kontynuował Artur wyjaśniając mi czego dowiedział się o Michalinie. Okazało się bowiem, że dziewczyna samowolnie porzuciła wolontariat, a z domu dziecka nie została jeszcze wyrzucona, więc widocznie jeszcze nie ukończyła pełnoletności. Poza tym wyznała Chojnackiemu, że tę noc zamiast spędzić w domu dziecka spędziła na dworcu kolejowym co wprawiło mnie w prawdziwe przerażenie. Przecież to było jeszcze dziecko, na litość boską! Tyle, że gdy chciałam zadzwonić do ośrodka, Artur zdecydowanie mi to odradzał:- Ona wie co robi.
- To siedemnastoletnia dziewczynka!
- Nie, to prawie osiemnastoletnia kobieta, która wie co robi.
- I poznałeś to po kilkuminutowej rozmowie z nią?
- Tak.
- Wcale jej nie znasz. Boże, gdy dowiedzą się o tych pieniądzach będę skończona.
- To ja jej je dałem.
- A ja na to pozwoliłam do cholery!
- Uspokój się.
 - Jak mam się uspokoić skoro wprowadzasz tylko zamęt. Najpierw tamta rozmowa, teraz to…Mógłbyś już iść? Chyba pojadę do domu dziecka.
- Ewelina, sama mówiłaś, że poniesiesz negatywne konsekwencje.
- Więc według ciebie mam udawać, że wszystko jest w porządku? Nawet jeśli w tej chwili Miśka może kupować narkotyki by móc je rozprowadzać?
- Dlaczego uważasz ją za wcielenie wszelkiego zła?
- Wcale nie. Ale ona jest zepsuta i rozkapryszona.
 - Na mnie zrobiła wrażenie rozsądnej.
- Ha, na tobie wszyscy robią takie wrażenie.
- O co się tak wściekasz? Że wolała porozmawiać ze mną niż z tobą?
- Wcale nie.- Oburzyłam się. Aż tak małostkowa nie byłam.- Po prostu…och sama już nie wiem. Chciałam jej pomóc a wszystko spieprzyłam.
- Ona da sobie radę.
- Łatwo ci mówić. Ja z nią pracowałam przez kilkanaście miesięcy. I wcale nie odniosłam takiego wrażenia.
- Więc niedługo się przekonasz.- Przekonywał mnie dalej Chojnacki. A ja narzekałam jeszcze przez kilka minut. W końcu, gdy już wszystko na ten temat zostało powiedziane przypomniałam sobie co zaszło między mną a nim zanim zjawiła się Miśka. Momentalnie zamilkłam spuszczając wzrok. Było to głupie, bo on od razu to zauważył z łatwością domyślając się przyczyny.
- Chyba powinieneś już iść.
- Ewelina…chciałem z tobą jeszcze porozmawiać.
- Innym razem. Teraz nie mam na to ochoty i siły.
- Więc znów będziesz uciekać, hm? Tak jak wczoraj?
- O przepraszam bardzo, wczoraj to ty uciekłeś. A z resztą…nie ma o czym rozmawiać.
- Naprawdę tak myślisz?
- Tak. To co się między nami stało…a raczej prawie stało było błędem. Lepiej do tego nie wracać.
- Nigdy nie byłaś tchórzem.
- Więc możesz sobie przyjąć że nim jestem. Poza tym: jakim niby tchórzem? Przed niczym nie uciekam.
- Uciekasz przede mną.
- Wcale nie. Jeśli już to przed twoimi żartami.
- To co powiedziałem to wcale nie były żarty.
- Więc co?
- Słuchaj, spójrzmy prawdzie w oczy. Wczorajszy pocałunek sprawił, że…
-…nie było żadnego pocałunku!
-…okej, a więc: wczorajszy niedoszły pocałunek wszystko między nami zmienił, zgodzisz się?- Niechętnie skinęłam głową.- Ale nie stałoby się tak gdyby wcześniej łączyły nas tylko platoniczne relacje.
- Co masz na myśli?
- Tylko to, że być może…słuchaj, byłaś zazdrosna o Wiktorię.
- Słucham?
- Może nawet nie zdawałaś sobie z tego sprawy, ale tak właśnie było.
- Wcale nie.
- I wczoraj mnie pragnęłaś: nie możesz się tego wypierać.
- Byłam pijana!
- Ponad pół godziny temu nie byłaś.
- Ponad pół godziny temu mnie osaczyłeś! I o czym my w ogóle rozmawiamy?!
- O chemii. Tej która jest między nami.
- Bzdura. Już powtarzałam x razy, że to był błąd. A ty chyba masz dość innych koleżanek, żeby psuć nasze relacje, prawda? Przecież wchodząc  w to głębiej tylko ugrzęźlibyśmy w bagnie. Potem byłoby bardzo niezręcznie.
- Bagatelizujesz wszystko.
- A ty dorabiasz jakąś wielką filozofię. Dwoje podciętych ludzi odmiennej płci mało co się nie pocałowało i już. Po co to roztrząsać?
- Tak właśnie myślisz czy chciałabyś by tak było?
- Tak, tak właśnie myślę. A teraz skończmy ten temat raz na zawsze okej?
- Jak chcesz.- Odparł mi Artur tak poważnym tonem jakiego nigdy u niego nie widziałam. Potem bez słowa pożegnania wyszedł.

wtorek, 17 maja 2016

Maskarada część XXIV



Wiedziałam, że Monika jest uparta i czasami nie potrafi czegoś zrozumieć gdy się jej coś powtarza nawet po trzy razy. Dlatego teraz pomimo moich tłumaczeń wciąż nie docierało do niej, że nie spotykam się z Szymonem bo doszliśmy do wniosku, że łączy nas tylko przyjaźń. Dałam sobie więc z tym spokój: niech myśli co chce. Poza tym była z tego powodu bardzo zadowolona, a że Szymon gdy mu o tym opowiedziałam też przyjął to raczej pozytywnie, to nie zaprzątałam sobie tym głowy.
Do czasu kolejnego przykrego wydarzenia.
A raczej bardzo żenującego.
Po prostu gdy po raz kolejny w nocy miałam problem z zaśnięciem postanowiłam w końcu coś z tym zrobić. A że Monika ostatnio wspomniała żartem, iż w takich sytuacjach ma „randki z wibratorem”, ta myśl utkwiła mi w głowie. Żałowałam tylko że wówczas nie spytałam jej o szczegóły, bo teraz po czasie było mi bardzo głupio. Dlatego też zdałam się na internet. Niestety, przejaw technologii tylko powiększył moją ignorancję, bo było wiele rodzajów tych urządzeń oraz ich wielkości i właściwości. Zamówienie go przez internet raczej odpadało. Pozostała mi więc wizyta w specyficznym sklepie. Myśl o tym dosłownie mnie paraliżowała (a jeśli ktoś ze znajomych zobaczy że tam wchodzę?), dlatego też stanowiła wystarczający bodziec dezaktywujący. A przynajmniej na jakiś czas. Bo po kilku kolejnych tygodniach zdecydowałam się zebrać na odwagę.
Znalazłam sklep oddalony od miejsca mojej pracy i mieszkania o kilka kilometrów, który miał dobre opinie.
W trakcie przerwy w czasie pracy postanowiłam się tam udać i zakupić wibrator, a potem z niego korzystać. Proste? Tyle że niekoniecznie.
Nie wiem czego się spodziewałam wchodząc do seks shopu, ale na pewno nie wnętrza o pastelowej barwie ścian i obrazach wiszących na ścianie. Bo nie było tam żadnych bordowych narzut, żadnych perwersyjnych obrazów, żadnej erotycznej muzyki. Zaczęłam się nawet zastanawiać czy przypadkiem nie pomyliłam miejsca, ale zaraz zobaczyłam na półkach kajdanki i jakieś gorsety…Nie, jednak trafiłam w odpowiednie miejsce.
- Dzień dobry, w czym pani pomóc?- Pytanie młodszej ode mnie o kilka lat dziewczyny wytrąciło mnie z równowagi. Nie spodziewałam się że będę czuła się aż tak głupio.
- Dzień dobry. Ja…ja chciałam kupić wibrator.
- Rozumiem. Proszę za mną. Pokażę pani odpowiedni regał.
- Dziękuję.- Bąknęłam czując, że płoną mi policzki. Regał? Sądziłam, że do wyboru będę miała kilka a nie kilkadziesiąt urządzeń. Jak się w tym odnajdę?
- To tutaj.- Odezwała się po kilkudziesięciu sekundach ekspedientka. Gdy jej ponownie podziękowałam, chyba dostrzegła moje zmieszanie i zdezorientowanie, bo spytała:- Pomóc pani w wyborze?
- Tak. Ja…ja chciałabym coś…- Boże, jakimi przymiotnikami określa się wibratory?- Coś dla mnie, bo ja nigdy nie korzystałam z tego typu urządzeń.- Dokończyłam głupio.
- Dobrze, a więc zaczniemy od wielkości. O jakich gabarytach mówimy? Ceni pani wielkość? A może raczej stymulację? W swojej ofercie mamy również nowość, która pozwala na jednoczesną stymulację punktu G i…- Jezu, słuchając tego miałam ochotę zatkać uszy. Byłam tak zażenowana jak nigdy dotąd. Począwszy od tego, że dziewczyna kilka lat młodsza ode mnie tłumaczyła mi tajniki kobiecego ciała a skończywszy na tym, że okazałam się kompletną ignorantką. Ale skąd do cholery miałam wiedzieć, że istnieje coś takiego jak wibrator łechtaczkowy? Albo poziomy stymulacji od jednego do pięciu a czasami nawet i dziesięciu niczym w bębnie pralki? Czułam się tak jakbym nagle znalazła się w jakimś obcym kraju i kulturze.
Po półgodzinie, która mnie zdawała się dłużyć do przynajmniej kilku, w końcu z pomocą uczynnej sprzedawczyni ( poważnie uczynnej, bo musiała wiele mi wyjaśnić, znieść moje wzdrygniecie z powodu przybycia nowego klienta gdy wydawał mi się być bardzo podobny do kolegi ze studiów oraz nagłą zmianę decyzji co do sposobu płacenia; zdecydowałam się na gotówkę, bo zdałam sobie sprawę że jeśli zapłacę kartą będzie to odnotowane na moim wyciągu bankowym i gdy kiedyś ktoś przez przypadek się do niego dostanie to może skojarzyć adres i dowiedzieć się, że robiłam zakupy w sex shopie) udało mi się dokonać planowanego zakupu. Nawet byłam z niego zadowolona: wibrator był dość mały i miał wąski kształt, który przypominał szminkę, dlatego nie obawiałam się paradować z nim w torebce. No i nie musiałam chować go w jakimś szczególnym miejscu w mieszkaniu: wystarczy jakaś dolna szuflada biurka. Ot tak na wszelki wypadek gdyby przypadkiem Monika czy Celina się na niego natknęły.  
Zadowolona, opuściłam sklep uważnie obserwując czy nie widział mnie ktoś kogo bym znała, a potem wróciłam samochodem pod biuro architektoniczne. Strach przed tym co zrobiłam powoli znikał wraz z upływem godzin pracy (na przykład gdy tylko weszłam usłyszałam od Szymka wesołym głosem zadane pytanie: co aż tak bardzo pilnego zmusiło cię do  rezygnacji zjedzonego ze mną lunchu; sądziłam wtedy że coś wie i się ze mnie nabija tak byłam zdenerwowana. Poza tym bałam się, że jakimś cudem moja czarna skórzana torba stała się przeźroczysta i dlatego trzymałam ją blisko swojego ciała tak jakby miała tam skarb co było raczej bardziej podejrzane niż trzymanie jej normalnie.). Dlatego gdy tuż przed szesnastą (o tej godzinie zazwyczaj kończyłam pracę, bo czasami zostawałam i do osiemnastej) zadzwoniła do mnie Monika z pytaniem czy mam ochotę na wyjście do kina  po pracy zgodziłam się. Przestałam już się obawiać, że jakimś cudem wszyscy dookoła wiedzą co kupiłam. A nawet jeśli, pocieszałam się, to zakup wibratora nie jest przecież czymś zawstydzającym, prawda? Chociaż może jest…
Z racji faktu, że Monia jak zwykle niczego nie zaplanowała, akurat wtedy gdy przyszłyśmy do kina leciała jakaś amerykańska komedia o superdzieciaku. Raczej nie miałam chęci na kolejny megalomanistyczny popis sąsiadów zza oceanu, ale przynajmniej najadłam się popcornu. Poza tym komedia wcale nie była aż taka zła. Poza momentami w których dziewięcioletni chłopiec sypał patetycznymi hasłami niczym osiemdziesięcioletni myśliciel i eseista. No, ale ogólnie moje wrażenia były bardzo pozytywne.
W drodze powrotnej zdecydowałyśmy, że pojedziemy do mnie pogadać, ale wtedy do Moniki zadzwoniła pani Grażyna.
- Cholera, zapomniałam dostarczyć jej paczki. Zadeklarowałam się odebrać ją z poczty i zapomniałam. Chyba jestem kretynką. Ciotka chyba nigdy nie powierzy mi już niczego odpowiedzialnego.- Westchnęła uderzając się w czoło.- Wstąpimy jeszcze do Chojnackich, co?
- Spoko, mi to nie przeszkadza. Przy okazji może wpadniemy do Artura. Ostatnio gdy zaczął pracować jakoś rzadko go widuję.
- O kochana.- Zaczęła Monika włączając zapłon a potem silnik samochodu.- praca pracą, ale odkąd mój kuzyn może chodzić bez kul to zaczął nadrabiać zaległości towarzyskie.
- Masz na myśli dziewczyny?- Upewniłam się.
- Na raczej. Co weekend gdzieś wychodzi, choć pani Grażyna każe mu nie nadwyrężać nogi i martwi się tymi wieczornymi eskapadami.
- No cóż.- Skwitowałam to tylko. W końcu okazało się, że Piotruś nie jest synek Artura, więc moja niechęć do jego zachowania powinna zmaleć, ale o dziwo tak się nie stało. Po prostu jego ekscesy seksualne raczej mnie zniesmaczały niż były powodem do dumy. No ale skoro lubił różnorodność…
- E tam, niech korzysta chłopak. Tym bardziej, że niektóre laski są takie głupie by same tego chcieć. – Na to już nic nie odpowiedziałam. Bo czy Moni chodziło o to, że Chojnacki je wykorzystuje? Albo one jego? Albo może chodziło o to, że obydwie strony zgadzają się, że łączy ich nieformalny krótkotrwały związek? Wolałam tego nie dociekać.
Na miejscu okazało się, że pani Grażyna wcale nie była zła na Monikę: z tego co zdążyłam zauważyć chyba przyzwyczaiła się do jej roztrzepania. Podziękowała tylko za przysługę, a potem zaprosiła na herbatę. Monia jednak spytała o Artura. Wtedy pani Chojnacka zrobiła dziwną minę tak jakby nie chciała byśmy go odwiedziły.
- Ma gościa.- Oznajmiła, a ja domyśliłam się o jakiego gościa chodzi. A raczej o jego płeć.
- Aha, rozumiemy. W takim razie życz mu ciociu udanego podboju.- Zażartowała Monika.
- To wcale nie jest zabawne, Moniko. I to nie tak jak myślisz. Jest u niego Alicja.- Odpowiedziała jej pani Grażyna.
- Ta Alicja?- Wyraźna dezaprobata zarówno w oczach Jastrzębskiej jak i pani Chojnackiej była dla mnie doskonale widoczna.- A czego ona jeszcze od niego chce?
- Pewnie pieniędzy.- Pani Grażyna wzruszyła ramionami. Potem spojrzała na mnie bezradnie rozkładając ręce. Widocznie założyła, że wiem jak Alicja „wykorzystuje” jej syna co mnie ucieszyło. Bo wciąż nie mogłam zrozumieć dlaczego Artur od początku nie wyznał mi prawdy. Okej, mógł być na mnie zły. Ale przecież po ponad dwóch latach złość przecież mu chyba przeszła, prawda? A na pewno się zmniejszyła.
- Zaraz tam pójdę i nagadam jej do słuchu.- Zaperzyła się Monika. Jej ciotka jednak ją powstrzymała.
- To jest jego sprawa, Moniko. Nie możemy się w nią wtrącać. Wiesz ile razy próbowałam mu to tłumaczyć? Sądzisz, że tego chcę?
- Przepraszam- Wtrąciłam się- Ale Alicja to dobra dziewczyna. Po prostu popełniła jeden błąd, ale nie sądzę by wykorzystywała Artura. Raczej jest zmuszona do tego by przyjąć jego pomoc, co nie przychodzi jej łatwo.
- Nawet jeśli to prawda.- Odpowiedziała mi pani Grażyna.- To dlaczego za jej błąd musi płacić mój syn? Przecież Agata i Barbara wciąż sądzą, że zostawił tę dziewczynę w potrzebie a ja choć nie wiadomo ile zaprzeczam i tak nic nie mogę wskórać skoro Artur ich utrzymuje. Moje siostry są za uparte, zwłaszcza Agata. Rozumiem, że jej syn umarł, ale to nie znaczy że ma nienawidzić mojego i myśleć o nim same złe rzeczy tylko dlatego że żyje. Przecież to nie było żadne losowanie tak na górze: Mariusz kontra Artur. On po prostu zachorował. Ty Ewelino nie czujesz do niego żalu.- Nic na to nie odpowiedziałam, bo znów poczułam poczucie winy. Nie czujesz do niego żalu? Jeszcze parę miesięcy po śmierci Mariusza obwiniałam Chojnackiego o śmierć męża. A po jego wypadku przychodziły mi do głowy różne głupie myśli: na przykład dlaczego ktoś kto nigdy nie zrobił nic niebezpiecznego nie żyje, a ktoś kto żyje na krawędzi jak Artur potrafi wykaraskać się z groźnego wypadku. Ale tak jak to powiedziała pani Grażyna to nie było żadne boskie losowanie. Bóg nie wybiera na oślep osób, które mają umrzeć, ciężko zachorować, przeżyć traumę. Po prostu tak się dzieje i już. I trzeba to zaakceptować, bo czasami najprostsze wyjaśnienia się najlepsze.
- Mimo wszystko do niego pójdziemy, ciociu.- Znów rozległ się głos Moniki.- Obiecuję, że nie zrobię żadnego rabanu.- Pani Chojnacka nadal nie wyglądała na przekonaną, ale jej wzrok który na mnie skierowała mówił wszystko. Wierzyła, że gdyby Monia za bardzo się zapędziła to ja ją powstrzymam.
Gdy weszłyśmy na górę do pokoju Artura okazało się, że w pokoju znajduje się nie tylko Alicja, ale i mały Piotruś. Zdziwiłam się gdy na mój widok się uśmiechnął wyraźnie mnie pamiętając i śmiesznie próbował powiedzieć dzień dobry co brzmiało raczej jak: dzińdbji. W każdym razie było dość słodkie.
Poza tym od razu wyczułam, że Alicja doskonale wie co zapowiada obecność Moniki. Widocznie już wcześniej stoczyły ze sobą nie jedną scysję. Artur chyba też to wiedział, bo bezpardonowo spytał kuzynkę:
- Co ty tu robisz?
- Wpadłam cię odwiedzić, ale nie wiedziałam że masz towarzystwo.
- My już idziemy.- Odezwała się Alicja.
- Nie, jeszcze wszystkiego nie omówiliśmy.- Zaprotestował Artur.
- A co tu omawiać: daj jej swoją książeczkę czekową i każ wpisać kwotę której zażąda. Prosta sprawa.- Zabrzmiała złośliwa odpowiedź Moniki. Byłam tym szczerze zaskoczona.
- Monika, tu jest dziecko.- Szepnęłam do niej cicho.
- I co z tego? – Parsknęła.- Już czas najwyższy żeby ta pijawka odczepiła się od mojego kuzyna.
- Nie jestem żadną pijawką!- Odpowiedziała jej Alicja.
- Więc odczep się od Artura i poproś o pomoc prawdziwego ojca swojego dziecka albo znajdź innego frajera.
- Monika, jeśli dalej masz się tak zachowywać to lepiej wyjdź zanim się na ciebie zdenerwuję i cię wyrzucę.- Odezwał się Artur.
- Świetne i chyba tak zrobię. Zdecydowanie wolę towarzystwo twoich rodziców niż tej…pani. Chociaż ty spróbuj przemówić mu do rozsądku.- Dodała na koniec do mnie i wyszła. W pokoju zapadła cisza.
- Przepraszam za nią.- Przerwał ją znów Artur.- Monika jest czasami…
- doskonale wiem jaka ona jest, ale niestety w tym przypadku ma rację. Nie powinnam tu przychodzić i doskonale o tym wiem…
-…Alicja…
-…ale do cholery gdyby chodziło o mnie to wolałabym umrzeć z głodu niż prosić kogokolwiek o pomoc. Ale chodzi jeszcze o niego.- Gestem dłoni wskazała na Piotrusia. – To dla niego to wszystko robię, choć nie wiem czy jest jakiś sens…- Przy ostatnim słowie jej głos się załamał. Znów tak jak ostatnio podeszłam do niej oferując swoje chusteczki i współczucie, które przyjęła z bladym uśmiechem.- Wiem, że wpieprzam się w wasze życie. A ty Artur gdyby nie ja mógłbyś być szczęśliwy.- Powiedziała cicho. Nie rozumiałam dlaczego znów czułam się tak jakbym czegoś nie rozumiała, jakby coś przede mną ukrywali. I być może tak było, w końcu nie byłam wtajemniczona we wszystkie ich sprawy.
- Alicja, nie gadaj bzdur. I idź lepiej do łazienki, doprowadź się do porządku.
- Ale ja muszę powiedzieć, że…
- Alicja…- Głos Artura zabrzmiał dość stanowczo. Tamta tylko skinęła głową.
- Dobrze, jak chcesz…to znaczy: masz rację. Przypilnuj Piotrusia żeby nic nie zbroił, dobrze?
- Oczywiście.- Gdy zostałam sama z Arturem (Piotrusia nie liczyłam, w końcu jako dziecko niewiele rozumiał) spytałam go:
- Monika zawsze tak na nich reaguje?
- Tak. Zresztą słyszałaś ją. Uważa, że Ala wciąż mnie oszukuje. Nie przyjmuje do wiadomości, że ja znam prawdę.
- Posłucha Artur, to po części moja wina. Przez moje głupie słowa czujesz się zobowiązany, więc ja też chcę ponieść część kosztów.
- Co?
- No, chodzi mi o to, że pomogę Alicji i jej dziecku. Może nawet uda mi się znaleźć jej jakąś pracę w domu tak żeby mogła jednocześnie zajmować się dzieckiem?
- Nie, dziękuję. To nie jest twoja sprawa.
- Twoja też nie, ale mimo to się tym zajmujesz.
- Po prostu im pomagam.
- Więc ja też chcę.
- Ewelina powiedziałem, że nie.
- Więc spytam Alicji.
- A więc zrób to i zawstydź ją jeszcze bardziej.
- Ja wcale nie chcę tego robić.
- Ale tak się to skończy. Widziałaś jak zareagowała na słowa Moniki. Ja spokojnie radzę sobie ze wspieraniem im.
- Na pewno?
- Tak, na pewno.-Spieraliśmy się o to jeszcze przez jakiś czas, aż nie przerwał go dźwięk łupnięcia. Okazało się, że Piotruś pozostawiony sam sobie właśnie zrzucił mi z fotela torebkę. Niestety, z racji faktu, iż kilka minut wcześniej wyciągnęłam jej chusteczki aby dać je zapłakanej Alicji, była ona otwarta. Tak więc wszystkie moje drobiazgi się z niej wysypały począwszy od kluczach do mieszkania i samochodu poprzez kosmetyki takie jak błyszczyk i perfumy aż po notes i parę gablotek odnośnie nowej kampanii promocyjnej które Szymek dał mi do przejrzenia.
- Cholera.- Zaklęłam.
- Jeja, jeja.- Powtórzył za mną Piotruś. Artur się roześmiał.
- No, no no uczyć takiego słownictwa dwulatka?
- Zamknij się i lepiej pomóż mi sprzątać ten bałagan.- Prychnęłam kucając na podłodze. Nie mogłam się jednak gniewać widząc jaką radość sprawiło to chłopcu.- I co zrobiłeś łobuziaku?- Malec znów się roześmiał, a ja ostro kucnęłam by wydobyć spod fotela resztę moich rzeczy. Gdy wstałam Artur podał mi kawałek jakiejś wstążki, plastikowy widelec i mentosy jednocześnie pytając:
- Wiem, że kobieca torebka skrywa różne tajemnice, ale możesz mi powiedzieć po co ci ta wstążka?
- Dziękuję za pomoc.- Odpowiedziałam mu tylko niczego nie wyjaśniając. Po prawdę mówiąc w tej chwili nie pamiętałam po kiego licho była mi ta wstążka. – No dobra to już chyba wszystko co?- Spytałam retorycznie rozglądając się dookoła po dywanie.
- Chyba tak.
Dokładnie w tej chwili do pokoju z powrotem weszła Alicja, tym razem już zupełnie opanowana. Ucieszyła się widząc roześmianego Piotrusia widocznie zakładając, że zabawiałam go podczas jej nieobecności. Nie wyprowadziłam jej z błędu; poza tym w pewnym sensie była to prawda, bo moja torebka niewątpliwie dostarczyła maluchowi licznych wrażeń. Potem pożegnałam się z całą trójką i wyszłam. Nie chciałam im dłużej przeszkadzać.
Gdy zeszłam na dół humor Moniki znacznie się poprawił: zastałam ją jak zajadały się ciasteczkami z panią Grażyną. Przysiadłam się do nich, ale po kilku minutach stwierdziłam, że pora wracać. A przynajmniej nie ryzykować kolejnego spotkania Ali z Monią gdy tamta wyjdzie z pokoju Artura.
W drodze do domu musiałam jeszcze wysłuchiwać jej lamentów odnośnie moralności tej dziewczyny. Na szczęście oszczędziła mi tego w domu, bo po prostu zdecydowałyśmy się na oglądanie filmu.
Dopiero po jej odejściu i po prysznicu który wzięłam przypomniałam sobie o dzisiejszym zakupie. I tknęły mnie złe przeczucia. Szybko zaczęłam szperać po torebce w poszukiwaniu dzisiejszego nabytku z sex-shopu, ale chyba podświadomie wiedziałam, że go tam nie ma. Spanikowana wyrzuciłam wszystkie rzeczy z torby na podłogę tak jak kilka godzin wcześniej zrobił to Piotruś.
I już wiedziałam, że mojego wibratora na pewno tam nie ma.
Bo najprawdopodobniej leży gdzieś sobie pod łóżkiem Artura.
A on może go znaleźć.
Albo ktoś ze służby podczas sprzątania.
Cholera.
Po stokroć cholera.

***

Następnego dnia przyszłam do biura wściekła. Wciąż nie mogłam sobie darować tego pieprzonego wibratora. Co mnie do diabła naszło żeby kupić go akurat w ten dzień? I dlaczego jakiś dwulatek musiał mi wtedy wyjąć go z torby? A przede wszystkim: czemu takie głupie sprawy zawsze zdarzają się akurat mnie?!
Wiedziałam, że mam dwa wyjścia. Pierwsze: iść do Chojnackiego i spytać: a wiesz, ostatnio gdy wypadły mi rzeczy z torby był wśród nich mój wibrator. Może znalazłeś?
Drugie: liczyć na to, że Artur sam go znajdzie, nie będzie go rozbierał , pomyśli że to szminka i pamiętając o wczorajszej przygodzie z torbą po prostu mi go odda.
Taa…tyle że jakoś nie wierzyłam w to, żeby nie zorientował się co trzyma w dłoni. Bo może i wibrator przypominał szminkę to jednak tylko z daleka. Z bliska można było łatwo zidentyfikować co to za przedmiot. Jej, z każdą upływającą minutą przestałam widzieć w nim w ogóle jakiekolwiek podobieństwo do szminki. Boże, jaki wstyd. Jeśli Artur go znajdzie…Właśnie, znajdzie. Musi najpierw go znaleźć. Czemu założyłam najgorszą wersję? Może po prostu go nie znajdzie i problem zniknie? Wystarczy tylko że go odwiedzę w pokoju i gdy wyjdzie do łazienki szybko przeszukam dokładnie podłogę przesuwając łóżko i małą komodę- przeczuwałam że to właśnie tam najprawdopodobniej zaklinował się mój nabytek.
Jak pomyślałam tak, też zrobiłam. Tyle, że za bardzo nie miałam żadnej wymówki wizyty, tym bardziej po wczorajszych odwiedzinach. Ale zawsze mogę po prostu spytać Artura o to jak udało mu się załatwić sprawę Alicji i Piotrusia. Tak, to będzie dobry powód.
Tyle, że gdy dotarłam do domu Chojnackich jakaś sprzątaczka poinformowała mnie, że pani Chojnacka jest na zakupach, pan Chojnacki jeszcze w firmie, a Artur ćwiczy na siłowni. Podziękowałam więc i tam poszłam. Akurat robił jakieś ćwiczenia rozciągające, ale gdy mnie zobaczył przerwał. Gestem dłoni dałam mu znak by nie przerywał i kontynuował, ale on i tak tego nie zrobił. Wstał z jakiejś dziwnej maszyny i otarłszy pot z czoła do mnie podszedł.
- Hej, nie spodziewałem się ciebie. Przyszłaś do mamy?
- Nie do ciebie.- Wyraźnie się zdziwił.- Chciałam spytać o Alę.
- Ach, w porządku. Pozwolisz, że pójdziemy do kuchni bo trochę się zmachałem.
- Jasne. Nadal ćwiczysz?
- Muszę. Noga właściwie mi nie dokucza; tylko przy zmianie pogody. No ale lekarz zalecał mi nie przerywać kuracji. Poza tym nawet to polubiłem. Chyba nawet jestem w lepszej formie niż poprzednio…- Mówił w drodze do kuchni, a ja przytakiwałam bezmyślnie błądząc myślami w kierunku mojego zaginionego wibratora. Ucieszyłam się, bo Artur wyglądał tak jakby nie znalazł; w przeciwnym razie niemiłosiernie by ze mnie kpił. Miałam więc jeszcze szansę go odnaleźć…
Tyle, że gdy Artur wlał sobie wody, zaproponował mi coś do picia. Zgodziłam się, a on usiadł przy niewielkim stoliku zachęcając mnie bym zrobiła to samo. Tak więc siedzieliśmy sobie rozmawiając o niczym a mój wibrator wciąż leżał na górze. Jej, to będzie trudniejsze niż myślałam.
- Nie idziemy do twojego pokoju?- W końcu spytałam wprost.
- Tu ci niewygodnie?
- Nie po prostu…nie przeszkadzamy kucharce?
- A widzisz ją tu gdzieś?
- No nie.
- Pracuje do szesnastej. Dziś pani Maria wyszła wcześniej. Ale jeśli chcesz możemy iść na górę.
- Nie, to znaczy…to niekonieczne. Tu też jest wygodnie.- Poczułam się bardzo głupio tym bardziej, że Artur najwyraźniej poczuł się rozbawiony. Postanowiłam więc na razie nie naciskać.
- Okej. Więc jeśli chodzi o Alicję to…- Opowiadał mówiąc, że wreszcie postanowiła wnieść oskarżenie przeciw Zbyszkowi i przestać uciekać. Miała zamiar uzyskać sądowy nakaz zbliżania się do niej i dziecka oraz całkowite pozbawienie go praw do opieki nad synem. Artur mówił jak to szczegółowy załatwić, a ja wciąż mogłam myśleć tylko o tym cholernym wibratorze.- Hej, słuchasz mnie?
- Jej, przepraszam; zamyśliłam się.
- A co cię tak pochłania?
- Nic ważnego.- Skłamałam.- Wiesz, wpadłam tu właściwie tylko na chwilę. Umówiłam się z Moniką na osiemnastą. Dzięki za rozmowę i wyjaśnienia.
- Nie ma za co. W takim razie odprowadzę cię do wyjścia.
- Nie trzeba, znam drogę. Cześć.
- Ewelina?- Zatrzymał mnie jeszcze wypowiadając moje imię.
- Tak?- Odwróciłam się w jego kierunku.
- Znalazłem coś na podłodze w swoim pokoju. Chyba wypadło z twojej torebki.- Prawie czułam, że moja twarz robi się całkowicie biała. Tym bardziej gdy na twarzy Artura pojawił się delikatny uśmieszek. Sukinsyn, a więc znalazł ten piekielny wibrator i przez cały ten czas doskonale znał cel mojej wizyty i się ze mnie nabijał?! Jezu, jeszcze nigdy nie czułam się tak upokorzona. Ale on jeszcze nie skończył. Zaczął wyjmować coś z kieszeni a potem do mnie podszedł.- To twój?- Totalnie osłupiała spojrzałam na mały breloczek.
- Ttak.- Wyjąkałam z trudem odzyskując nad sobą panowanie. Czułam się tak jakby ktoś nagle zdjął mi z piersi ogromny ciężar. A więc chodziło tylko o ten mały breloczek który był przyczepiony do kluczyków mojego auta a który musiał się wczoraj od nich odczepić.- Dziękuję.
- Drobiazg.- Artur wzruszył ramionami. A ja zadowolona wyszłam.
Po kilku dniach doszłam do wniosku, że wibrator w pokoju musiała znaleźć jakaś sprzątaczka uznając, że to jakiś niepotrzebny gadżet Artura i wyrzucić. A jeśli nawet poznała co to jest, to z pewnością uznała iż to jedna z zabawek jakiejś z jego przyjaciółek i nie chcąc zawstydzać i jego i siebie również go wyrzuciła. No bo Chojnacki podczas następnego spotkania również zachowywał się wobec mnie zupełnie normalnie. A nawet jeśli nie znaleziono do tej pory tego wibratora to no cóż…z pewnością gdy to się stanie nikt nie skojarzy go z historią mojej torebki.

***
- Wszystkiego najlepszego staruszko!
- Sto lat!
- Spełnienia marzeń!
Gdy otworzyłam drzwi mieszkania Moniki zaatakowały mnie krzyki, kwiaty i tort. Spojrzałam w oczy swojej szwagierce, ciężarnej Celinie i Wiktorii, która pracowała ze mną na recepcji jako wolontariuszka. Była w moim wieku i bardzo ją lubiłam.
- Co to ma być?- Spytałam, choć i tak gdy Monia zadzwoniła do mnie każąc jak najszybciej przyjechać przeczuwałam, że pewnie chodzi o wyrwanie mnie z domu w weekendowy dzień. Ale nie miałam pojęcia, że szykuje dla mnie prawdziwe przyjęcie z powodu przeminięcia kolejnych dwunastu miesięcy mojego życia.
- Jak to co? Twoje urodziny. – Parsknęła Monia.- Trzydziecha.
- Były wczoraj.
- Ale był piątek, więc nie mogłyśmy tego należycie uczcić. Dziś jest sobota. To wejdziesz w końcu do środka czy będziesz tak stała przed drzwiami na klatce a my razem z tobą trzymając pudła i tort? Miej wzgląd na to, że Celina jest ciężarna i niedługo zbliża się jej termin.- Roześmiałam się jednocześnie robiąc pierwszy krok. Potem zamknęłam drzwi.
- Jasne, że tak.-Mrugnęłam.
- Proszę, weź te torby.
- Co to?
- Prezenty. Jej, czy ty nigdy nie obchodziłaś urodzin?- Monika wywróciła oczami- To takie podarunki które daje się jubilatowi lub jubilatce.
- Wiem co to prezenty. Po prostu się ich nie spodziewałam. Dziękuję.- Gdy udało nam się postawić wszystkie rzeczy i włożyć kwiaty do wazonu uścisnęłam je serdecznie.- Co was tak naszło?
- Każda okazja do świętowania jest dobra. A już szczególnie ten twój wiek. Od teraz moja droga wchodzisz już w średni wiek.
- Słucham?
- No tak: wiem co mówię; uwierz mi. Hej, Celina nie patrz tak na mnie. Obiektywnie musisz stwierdzić, że my jesteśmy już dość stare.
- Mów za siebie. Ja jestem pięć lat młodsza od ciebie.
- Jaka drobiazgowa.- Prychnęła Jastrzębska.
- W takim razie ja jestem tu jako jedyna jeszcze dość młoda i otaczam się paniami w średnim wieku.- Roześmiała się Wiktoria, która jeszcze miała dwadzieścia dziewięć lat.
- Już niedługo.- Żartobliwie pogroziłam jej palcem.
Tak więc choć początkowo zamierzałam poleniuchować w weekend, razem z trzema koleżankami zajęłyśmy się plotkowaniem i gadaniem o niczym. Opróżniłyśmy wino (dla Celi oczywiście soczek), a potem doszedł do tego szampan. Ponieważ byłam już lekko wstawiona, zdecydowanie odmówiłam. Poza tym od słodkiego tortu było mi trochę niedobrze.
Gdy zbliżał się wieczór, po Celinę przyjechał jej mąż Norbert, ale to nie był koniec świętowania. Monia dopiero się rozkręcała i stwierdziła, że nie możemy kończyć tak udanego wieczora szczególnie, że żadna z naszej trójki nie miała na jutro żadnych planów. Chwilę pobuszowała po stacjach radia, dołożyła przekąsek między kęsami przyśpiewując za aktualnie lecącymi kawałkami.  A że nie miała najlepszego głosu co chwila wybuchałam jak głupia.
Po jakiejś pół godzinie okazało się, że Wiki ma niezły głos, więc zabawiłyśmy się z kolei w karaoke. Potem zdecydowałam, że czas zjeść coś bardziej treściwego niż chipsy i ciasteczka, dlatego…zamówiłam pizzę. Najpierw chciałam zrobić kanapki, ale Monika narzekała że skoro jestem jubilatem to mam- cytuję- siedzieć na tyłku i pięknie pachnieć. No cóż tak więc siedziałam sobie i pachniałam…
Koło dwudziestej nasz posiłek dostarczył nam młody chłopak, któremu wręczyłam napiwek przy wtórze komentarzy Moniki, które spowodowały, że rozwoziciel pizzy się zarumienił. Jastrzębska była bardzo dumna z siebie, ale ja miałam ochotę ją zabić. Czasami zdecydowanie przeginała.
- Oj dobra, przecież raczej go już nie spotkasz. A pomyśl jak podwyższyłam mu samoocenę mówiąc, że zamówiłaś pizzę specjalnie licząc na to, iż to on ją dostarczy.- Wyjaśniła mi potem.
- Jesteś stuknięta.- Odparłam wówczas. Tak jak zwykle spłynęło to na niej jak po kaczce.
- Wiecie co? Z tego wszystkiego mam ochotę potańczyć. No i przy okazji spalić te puste kalorie. Co wy na to żeby gdzieś wyskoczyć?- Jak zwykle wpadła na genialny pomysł: uważała że imprezę powinnyśmy kontynuować w klubie. Specjalnie pewnie nie miałabym na to ochoty, ale alkohol, dobry humor i towarzystwo zrobiły swoje. Tak więc niczym rozchichotane nastolatki zaczęłyśmy wyciągać z jej szafy ubrania starając się wybrać coś dla każdej z nas. Prawdę mówiąc zdziwiłam się rozmiarem szafy Moniki. (a raczej jej dwóch szaf.). Co prawda kiedyś Mariusz wspominał mi, że dość beztrosko obchodziła się z pieniędzmi, ale w pewnym momencie postanowiła całkowicie się zmienić i tylko ubrania świadczyły o jej dawnym życiu. Widocznie dostrzegając moje zaskoczenie zaczęła mi opowiadać, że czasami zachowuje się jak chomik: nie potrafi wyrzucić żadnej rzeczy jeśli chodzi o garderobę.
- Wiem, że przecież mogą z tego skorzystać jakieś biedne dzieci jeśli wrzucę je do odpowiedniego pojemnika, ale jakoś nie mogę się na to zdobyć. Poza tym niektóre przypominają mi o utraconej młodości.
- Jezu, skończ już z tym. Mówiłam ci wielokrotnie że wyglądasz najwyżej na 35 lat.- Powiedziałam.
- Akurat. Może 38, a gdy mam lepszy dzień 37.
- Nie, Ewela ma rację.- Poparła mnie Wiktoria.- Naprawdę niezła z ciebie laska.
- Ta, o takich w moim wieku mówi się „seksowna mamuśka”. Tyle, że ja nie jestem mamuśką.
- Zobaczysz, że jeszcze będziesz.- Nie wiem dlaczego, ale jakimś cudem po prostu wiedziałam że Monice się uda. Może to przez jej charakter? Może przez to, że zazwyczaj osiągała swój cel? Albo po prostu dlatego, że ja tego chciałam bo kochałam ją jak siostrę?
- Mam nadzieję, że jesteś czarownicą. Chociaż zegar biologiczny tyka. Myślicie, że w ogóle po czterdziestce to będzie możliwe?- Odpowiedziała nieco melancholijnie. Wiedząc, że jeśli wpadnie w ten swój nastrój to skończy się na tym, że zapłakaną będziemy musiały pocieszać ją z Wiki, zdecydowałam się zmienić temat.
- To w końcu którą mam wziąć sukienkę? Miałaś mi coś wyszperać.
- Ależ wyszperałam.
- Nie założę tej czerwonej.
- Dlaczego?- Walczyłam z odruchem parsknięcia śmiechem. Sukienka była gorsetowa, ściśle dopasowana do ciała i kończyła się tuż za udami a ona się pyta dlaczego?- Po prostu do mnie nie pasuje.
- A zdziwiłabyś się jak bardzo. Masz niezłe proporcje sylwetki.
- Pięknie dziękuję.
- Chociaż przymierz.
- Może innym razem.
- Ewelina…
- Monia, nie włożę na siebie czegoś takiego. Już widzę co będą myśleć o mnie ci wszyscy bywalcy: pomyliła klub z latarnią czy chcę na siłę udawać nastolatkę?
- Jesteś po prostu zbyt sztywna. W takim razie zobacz tę czarną.- Wyjęła mi wiszącą na wieszaku również ściśle opinającą ciało kieckę z jeszcze większym dekoltem niż poprzednio.
- Coś ty się dzisiaj tak na mnie uwzięła? Tamta niebieska, którą wybrałam na początku była dobra.
- Wiktoria powiedz jej coś, bo ja nie mogę. Chce iść jak ciotka klotka to niech idzie.
- Hej, przypominam ci że to twoja sukienka.
- Ale na mnie wygląda i układa się inaczej, bo jestem wyższa. No i będzie na tobie wisieć, bo jesteś drobniejsza.
- Wolę żeby na mnie coś wisiało niż niewiele było.
- Naprawdę czasami mnie załamujesz. – Spierałyśmy się tak dobre kilkanaście minut aż w końcu doszłyśmy do kompromisu. Wybrałam szarą, lekko rozkloszowaną sukienkę, która miała niewielki dekolt i sięgała mi przed kolana. Wiktoria wybrała dla siebie małą koktajlówkę z odkrytymi ramionami, a Monika krótką wełnianą sukienkę, która dzięki jej wzrostowi oraz obcasom wyglądała na niej niezwykle kobieco. Ubrane przystąpiłyśmy do makijażu, a potem układania włosów. W zasadzie to tylko Wiktoria głównie to robiła, bo zażyczyła sobie loków. Ja postanowiłam po prostu rozpuścić swoje włosy nie zawracając sobie głowy prostowaniem ich czy też kręceniem. W pewnym momencie, obserwując ją i Monię pomyślałam, że chyba tak to powinno wyglądać kiedyś. Że zamiast pracować i studiować z trudem mając za co w wieku dwudziestu kilku lat powinnam się bawić. A nie kilka lat później być bogatą wdową. Przyszła mi do głowy straszna myśl: zawsze chciałam być kimś w życiu i nie musieć martwić się o pieniądze. A teraz to się spełniło. .
Uważaj czego pragniesz, jak mówi stare znane porzekadło.
Uważaj czego pragniesz.
- Hej, a ty co księżniczko? Masz taką minę jakbyś zaraz miała się rozpłakać.- Zwróciła się do mnie Monika przerywając na chwilę robienie loków Wiktorii.
- Nic, po prostu chyba muszę wziąć jakąś tabletkę na ból głowy. Niestety nie nawykłam do alkoholu tak jak ty.
- No cóż, to się da nadrobić. Skoro jesteś gotowa to zadzwoń po taksówkę, co? Myślę, że w sumie już trochę przetrzeźwiałam po tym szampanie, ale nigdy nic nie wiadomo. W każdym razie wolałabym w takim stanie nie prowadzić.
- Masz rację, już dzwonię. –Odparłam idąc do kuchni w której zostawiłam swoją komórkę. Wtedy jednak usłyszałam pukanie do drzwi. Krzyknęłam do Moniki informując ją o tym, ale ona odparła mi, żebym sprawdziła kto to i w razie co otworzyła drzwi, bo ona teraz nie może tego zrobić. Dlatego zgodnie z jej poleceniem wyszłam na korytarz a potem zerkając w judasza zauważyłam już kto stoi za drzwiami. To był Artur, który był bardzo zaskoczony moim widokiem. Po pierwsze raczej spodziewał się, że otworzy mu kuzynka; po drugie byłam ubrana nie tak zwyczajnie jak na co dzień.
- Hej, coś ty taka wystrojona?- Przywitał mnie.
- Taka mała rekompensata za kolejny miniony rok i zbliżanie się do starości.
- Chcesz powiedzieć, że dziś masz urodziny?
- Tak. I jak poinformowała mnie Monia właśnie wkraczam w wiek średni.- Zażartowałam.
- Co?
- Nieważne. Zawołać ją czy chcesz iść do pokoju?
- Nie, to znaczy za chwilę. Najpierw chociaż złożę ci życzenia.
- Nie musisz. Teraz byłyby wymuszone.
- Przez ciebie czuję się bardzo źle.
- Akurat.
- No dobrze, a więc wszystkiego najlepszego.
- Dziękuję. A teraz chodź już.
Gdy doszliśmy do pokoju okazało się, że Wiki miała już całą głowę pokrytą ślicznymi delikatnymi falami, a Monika właśnie odkłada suszarkę.
- O, Arturo. Witaj.- Z szerokim uśmiechem cmoknęła kuzyna w policzek.- Nie spodziewałam się ciebie.
- Bo wpadłem znienacka.- Odparł jej. Potem patrząc na Wiktorię odrobinę obniżył głos:- My się chyba jeszcze nie znamy, prawda? Artur Chojnacki.
- Miło mi.- Wiki automatycznie również wyciągnęła swoją dłoń gdy on zrobił to pierwszy. A potem…potem zamrugała oczami! Naprawdę to zrobiła! Naprawdę z nim flirtowała. Tłumiąc odruch przewrócenia oczami zwróciłam się do szwagierki:
- Dobra, to idę w końcu zadzwonić po tę taksówkę.
- Ale po co? Przecież już ją mamy.
 - Hm?- Mrugnął zdezorientowany Artur.
- Monia ma na myśli, że wybieramy się akurat na imprezę.- Wyjaśniłam.
- A ty z nami.- Dodała.
- Raczej nie, dopiero wyszedłem z biura. Padam z nóg. No i przyszedłem cię ochrzanić w imieniu mamy, a nie robić za kierowcę.
- To się dobrze składa: będziesz siedział przy stoliku i pilnował nam drinków. Poza tym Ewelina ma dzisiaj urodziny a ty nawet nie kupiłeś jej prezentu, więc w ten sposób możesz się zrehabilitować. No i o co chodziło z tym ochrzanieniem? Czemu ciocia jest na mnie zła?
- Chodzi o jakąś kwestię związaną z fundacją, tylko żartowałem. Po prostu chciała żebyś jutro w wolnej chwili do niej wpadła. Chodzi chyba o jakąś darowiznę dla fundacji.
- Okej, zrobię to. Ale ty jedziesz teraz z nami.
- Nie dzisiaj Monika. Naprawdę…
- Hej, nie bądź zrzędą. Ja mam dziesięć lat więcej niż ty. Co ja mam powiedzieć o swoim wigorze? Poza tym jak możesz odmawiać imprezy? Ty?!
- Wyobraź sobie, że ludzie się zmieniają. A co zaś się tyczy twojego wigoru…ty nigdy go nie tracisz.
- Dobra dobra: już ja cię znam. Komplement ci nie pomoże. Właśnie skończyłyśmy się szykować także możemy wchodzić.
- Ale…
- Nic nie słyszę.
Artur w końcu uległ perswazjom Moniki tak więc całą czwórką udaliśmy się do klubu. Widocznie znała swojego kuzyna lepiej niż ja, bo prawdę mówiąc nie sądziłam, iż Chojnacki zgodzi się z nami zostać. Myślałam, że po prostu odstawi nas pod określone miejsce i po prostu sobie odjedzie. Ale ku mojemu zdziwieniu zaoferował się postawić nam po drinku.
- Wow, fajny ten wasz kuzyn.- Odezwała się wtedy Wiki. Wyraźnie była zauroczona Arturkiem co wcale mi się nie podobało. No bo jakoś dziwnie byłoby zniechęcać: jeszcze zrobiłoby jej się przykro, a tego nie chciałam. A prawdę mówiąc jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić, że taki pies na baby jak on zakochałby się w kimś takim jak ona. Ani w ogóle w kimkolwiek.
- Znośny.- W odpowiedzi wyręczyła mnie Monia.- Tylko nie ostrz sobie na niego pazurków: on najpierw konsumuje, a potem wyrzuca. Kocham go, ale gdybym była jedna z jego lasek to chyba bym go zabiła.
- No cóż…lekki flirt jeszcze nikomu nie zaszkodził prawda? Przynajmniej będę miała z kim tańczyć.- Uśmiechnęła się.
Na szczęście gdy wrócił Artur z obiecanymi drinkami nie dał się przekonać Wiktorii do tańca.
- Przecież obiecałem pilnować wam drinki, prawda?- Wykorzystał wymówkę Moniki, a ona doskonale o tym wiedząc tylko go poparła.
- Tak. Choć już na parkiet Wiki. Tam spotkamy zdecydowanie lepszych tancerzy.
- Właśnie. Pewnie nikt ci nie mówił, ale mam dwie lewe nogi.- Słysząc to już nie mogłam się nie uśmiechnąć. Artur to zauważył i puścił mi oko co jeszcze bardziej mnie rozbawiło. Tak jakby z góry zakładał że mam go za świetnego tancerza…mimo że tak było.
- W takim razie dotrzymam ci towarzystwa.- Wiki najwyraźniej wpadła na nowy pomysł flirtu. A Artur jak śliwka w kompot.
- Świetnie.- Widocznie robił dobrą minę do złej gry, bo udało mu się wyglądać na zadowolonego. Z tego powodu trochę zrobiło mi się żal Wiktorii. No bo w tej sytuacji ona wychodziła na nieco nachalną niechcianą wielbicielkę. A przecież była fajną dziewczyną. Przynajmniej do tej pory ją za taką uważałam.- W takim razie posiedzimy sobie z Eweliną we trójkę.- Chwila, że co?- No bo nie idziesz tańczyć, prawda?- Zwrócił się do mnie nawet nie czekając na odpowiedź.
- Dlaczego?- Mimo oczywistej ignorancji się odezwałam.- Idę na parkiet razem z Monią.
- Ale wcześniej nic o tym nie mówiłaś.
- Bo rzeczywiście nie miałam ochoty. Ale ci lepsi tancerze na parkiecie o których wspomniała Monika mnie przekonali.- W reakcji na moją odpowiedź Wiktoria spojrzała na mnie z wdzięcznością, Artur ze spojrzeniem: „jeszcze za to odpowiesz”, a Monia rozbawionym z powodu faktu, iż doskonale znała myśli tamtych dwóch pozostałych.
- No to ruszamy.- Podeszła do mnie szybko łapiąc mnie za rękę żeby nie dać Arturowi szansy na reakcję. Wychodząc z loży chichotałyśmy jak małe dziewczynki po spłataniu psikusa.- O matko, gdy zobaczyłam jego minę…to to…- Jastrzębska nie dokończyła z powodu kolejnego ataku śmiechu. Dopiero na parkiecie udało nam choć trochę pohamować rozbawienie.
Jak na tę porę, czyli dziesiątą, w klubie nie było jeszcze namolnych pijaczków ani podstarzałych żigolaków polujących na co ładniejsze dziewczyny. Tańczyli tylko nieliczni i ci, który naprawdę to lubią. Dlatego moi trzej partnerzy byli całkiem fajni. Jeden był szczególnie słodki i chyba trochę młodszy ode mnie. Pochlebiło mi gdy w trakcie tańczenia mu to uświadomiłam a on zrobił bardzo zdziwioną minę. Poczułam się wtedy młodsza i bardziej atrakcyjna, zupełnie tak jak kilka lat temu z Mariuszem gdy w tym samym klubie Kamila sprowokowała między nami sprzeczkę…
Myśląc o tym na moment straciłam rytm, ale udałam potknięcie za które przeprosiłam swojego partnera. Bo o dziwo wcale nie straciłam dobrego humoru, wcale nie poczułam dominującego bólu, ale radość. Tak, wspomnienie o zmarłym mężu przyniosło mi radość czemu sama w tamtej chwili nie mogłam się nadziwić. Tuż po jego śmierci każda nawet najmniejsza wzmianka powodowała tępy ból, potem żal, następnie dominującą tęsknotę która z czasem zmieniła się w melancholię. A teraz te wspomnienia mnie cieszyły, powstrzymywały na duchu. Przypominały, że kiedyś byłam bardzo szczęśliwa i jeśli się trochę postaram to nadal mogę taka być. Dlatego z jeszcze szerszym uśmiechem na ustach wykonałam kolejny obrót głośno się śmiejąc co zagłuszyła dudniąca muzyka w sali.
Do stolika wróciłam nieźle zziajana, ale wciąż w świetnym humorze. I choć nie miałam ochoty na alkohol, to jednak upiłam łyk swojego drinka. Po zaspokojeniu pierwszego pragnienia postanowiłam iść do baru po sok.
- W takim razie ja ci przyniosę.- Ponownie zaofiarował się Artur. Aha, bo zapomniałam powiedzieć że w loży zastałam ich dwójkę, więc widocznie Wiki nie straciła nadziei. Naprawdę zrobiło mi się go troszkę żal. Ale nie na tyle by mu pomagać.
- Nie, sama się przejdę. Gdy teraz usiądę to nie wstanę a mam zamiar jeszcze wrócić na parkiet.
- Daj spokój, dziś są twoje urodziny.
- Właśnie, więc powinieneś spełniać moje życzenia.
- Kiedyś cię zabiję.- Mrugnął gdy koło niego przechodziłam. Parsknęłam śmiechem. Jezu, już dawno nie bawiłam się w takie dziecinady, że aż nie miałam pojęcia jak bardzo mi ich brakowało. Niestety Artur zdecydowanie znów próbował zepsuć mi zabawę, gdy po powrocie do stolika i wypiciu soku szarmancko zaproponował mi że z okazji moich urodzin ze mną zatańczy. Widząc, że chce uciec odpowiedziałam mu słodko:
- Przykro mi, chyba za bardzo się zmęczyłam. Ale weź Wiki, ona chętnie z tobą zatańczy.
- Przecież zanim poszłaś po sok mówiłaś, że zaraz wracasz na parkiet.- Niemal zgrzytał zębami ze złości cedząc słowa.
- Ale gdy usiadłam, teraz już nie chce mi się wstać. Idźcie razem, zrobicie mi przyjemność. A ja tu sobie na was popatrzę.- Wyczuwałam, że Artur teraz już wcale nie uważa tego za zabawne, ale ja wciąż miałam „głupkowaty humor” i nie mogłam tak po prostu zignorować doskonałej okazji na dopieczenie mu. Ale widziałam, że jest już na mnie zły.
- Okej, a więc chodźmy już Artur co?- Wiki była bardzo zadowolona. Znów posłała mi porozumiewawczy uśmiech jakbym robiła to dla niej a nie dla możliwości zirytowania Artura…
Szybko straciłam z oczu tańczącą parę, więc potem nie pozostało mi nic innego niż dopijanie soku. Potem nie miałam już nic do roboty, a bardzo chciało mi się tańczyć. Chyba jednak nie do końca przemyślałam to, że moja złośliwość pociąga za sobą negatywne skutki również dla mnie. Teraz nie pozostało mi nic innego jak czekać na ich powrót. Na szczęście Monia wróciła po jakichś dziesięciu minutach do loży również nieźle zziajana, a ja pogadałam z nią chwilę opowiadając o Arturze, którego prześladuje Wiki. W końcu poinformowałam ją, że chyba już wystarczająco go ukarałam więc wracam na parkiet i jakoś postaram się odciągnąć od niego Wiki.
Nie znalazłam ich tak szybko jak chciałam, ale w międzyczasie do tańca poprosił mnie świetnie tańczący mężczyzna, więc nie odmówiłam. Przynajmniej dzięki temu udało mi się wypatrzeć Chojnackiego. Uśmiechnęłam się widząc jak wciąż niechętnie tańczy z Wiktorią.
- Hej, jak się bawicie?- Spytałam gdy udało mi się pożegnać swojego dotychczasowego tanecznego partnera i dotrzeć do Artura z Wiki.
- Super.- Odkrzyknęła  mi bardzo zadowolona dziewczyna. Chojnacki nic mi nie powiedział. Postanowiłam skończyć jego mękę delikatnie pociągając Wiki w swoją stronę. Potem nachyliłam się nad nią mówiąc:
- Idź do łazienki poprawić makijaż. Trochę popłynęłaś.
- O Boże, serio?!
- Tak serio.- Skłamałam całkiem świadomie. Bo w sumie to Wiki wyglądała całkiem dobrze: może lekko się świeciła  z powodu zmęczenia, ale na pewno nie miała rozmazanego makijażu. Miałam nadzieję, że nie będzie na mnie zła.
- Kurczę, to już lecę. Pożegnaj ode mnie Artura na chwilę.
- Okej, nie ma problemu.- Wiktoria rzuciwszy szybką uwagę w kierunku Chojnackiego pomknęła do łazienki.
- Coś ty jej powiedziała?- Spytał mnie wtedy Artur, choć z wyraźną ulgą. Widziałam, że wciąż jest na mnie zły.
- Nic. Tylko, że jesteś niedoszłym psychopatą który zabija swoje ofiary podczas klubowych imprez i powinna się mieć na baczności.
- Bardzo zabawne.
- No cóż, myślałam że się ucieszyć, ale skoro tak to mogę ją zaraz zawołać i…
- Nie.- Przerwał mi tak stanowczo, że parsknęłam śmiechem. On chyba też już powoli zaczął pękać, bo znikł mu z twarzy ten naburmuszony wyraz. Uśmiechnęłam się do niego, a potem  odwróciłam z zamiarem dalszej zabawy. Ale poczułam na nadgarstku jakąś dłoń.- A ty gdzie?- Spytał mnie Chojnacki.
- Tańczyć.
- O nie, teraz to ty się ze mną pomęczysz jubilatko.- Powiedział a potem pociągnął mnie za rękę. Ponownie się uśmiechnęłam nie protestując, bo nie miałam nic przeciwko. Poza tym, że wietrzyłam jakąś zemstę. No ale z drugiej strony nie sądziłam by w odwecie chciał podeptać mi palce u stóp. Nawet jeśli był świetnym tancerzem. Piosenka (a raczej zremiksowana melodia z lat sześćdziesiątych) która teraz rozbrzmiewała była dość szybka, więc nie było możliwości porozmawiać. Dopiero później, gdy repertuar się zmienił na wolną piosenkę i mogłam trochę odsapnąć Artur rzucił w moją stronę:- Nie wiedziałem, że potrafisz być taka złośliwa.
- Niby kiedy?- Zrobiłam niewinną minkę.
- Zołza.- Usłyszałam, ale Chojnacki powiedział to z takim rozbawieniem że zabrzmiało to jak prawdziwy komplement.
- No dobra, Wiki trochę cię wymęczyła, ale to fajna dziewczyna.
- Fajna? Raczej cholernie namolna. W ogóle nie była w stanie wychwycić nawet najbardziej oczywistej subtelności.
- U, a więc byłeś dla niej miły? Jestem w szoku.
- Znów sobie grabisz.
- Tak serio to nie miałam pojęcia, że potrafi taka być. Właściwie to pracuje z Moniką i znam ją dość słabo. Ale jest bardzo wesoła i dobrze mi się z nią rozmawiało. Nie miałam pojęcia, że aż tak się na ciebie rzuci.
- Akurat. Doskonale to wiedziałaś.
- A niby skąd? Uważasz się za takiego którego urok jest nie do odparcia? Przykro mi cię rozczarować.- Jakby za karę wbrew wolnej melodii Artur mocno mną okręcił. Roześmiałam się. Lepsze to niż deptanie palców.
- Nie zgrywaj się już. 
- Ale to było bardzo zabawne. Ani trochę cię nie bawiło?
- Mówiono ci kiedyś, że coś w dużej dawce zawsze przynosi negatywne skutki uboczne?
- Chcesz powiedzieć, że ci to nie pochlebiło?- Jedyna odpowiedzią Artura był ponowny obrót mnie dookoła własnej osi. Potem przekomarzałam się z nim jeszcze chwilę, aż w końcu nagle znieruchomiał i podnosząc mnie zaczął przesuwać się w stronę tłumu.- Co ty robisz?
- Uciekam.
- To uciekaj sam, beze mnie.- Jęknęłam, bo domyśliłam się że najwyraźniej Wiktoria już wróciła. A Chojnacki przed nią uciekał. I było to nawet całkiem zabawne dopóki nie poczułam się jak worek kartofli. Otwarty worek kartofli.- Puszczaj mnie już. Sukienka mi się podwinęła do góry. Artur słyszysz? Świecę gołym tyłkiem. – Dopiero teraz na mnie spojrzał…a raczej na to o czym mówiłam. Korzystając z tego, że stoimy wyrwałam się z jego uścisku i poprawiła sukienkę. Tym razem to ja byłam na niego zła, a w jego oczach błąkał się uśmiech.
- Ładna bielizna.- Nic nie odpowiedziałam, ale spojrzałam na niego wilkiem. Wtedy się roześmiał. – To był komplement.
- Spokojnie, możesz się odkuć za Wiki. No i wcale nie było mi widać bielizny.
- Było.  Poza tym…jeszcze nawet nie zacząłem. Choć Wiki już poszła, możemy dalej tańczyć.
-  Ha, tańcz sobie sam.- No, teraz to ja byłam górą. A przynajmniej zanim nie usłyszałam:
- A może porozmawiamy o twojej własności?
- Niby jakiej?
- Nie chcesz odzyskać swojego wibratora?