Łączna liczba wyświetleń

piątek, 27 października 2017

Nowy początek: Rozdział XXVII

Dzisiaj miałam wolne popołudnie i chyba trochę popłynęłam. Ale przynajmniej odpokutuję ostatni brak czasu i krótki kawałek. ;) Miłego czytania.

Wiktoria patrzyła na Damiana Adamczyka jak zahipnotyzowana, jakby nie zdolna do odwrócenia wzroku. Wewnątrz siebie nie czuła nic oprócz przeraźliwego uczucia chłodu i dominującej pustki. Szybko jednak się otrząsnęła. Do tej pory sama myśl o spotkaniu z nim ją przerażała, dlatego próbowała się do niej przygotować oglądając jego liczne zdjęcia- czy to z przeszłości czy forów społecznościach-, co miało choć trochę nauczyć ją powstrzymywania własnych uczuć. I życia bez strachu.
Bo bała się go. Potwornie. Zaraz po tym wszystkim co jej zrobił wyprowadziła się z domu nie chcąc by ktokolwiek miał z nią kontakt, bojąc się, że pomimo faktu iż wyjechał za granicę to może wrócić. Nie zliczone ilości razy w koszmarach on wracał zastając ją samą w domu i krzywdząc ponownie. Był dla niej diabłem: kimś zdeprawowanym a nawet zaburzonym ze skłonnościami socjopatycznymi. To, że bezkarnie chodził po ulicach napawało ją zarazem przerażeniem i wyrzutami sumienia. Bo mogłaby temu zapobiec.
To dziwne, ale krew tak głośno krążyła jej w żyłach, że spanikowane słowa Zosi docierały do niej jakby z oddali: chyba kazała Jowicie ją stąd zabrać; dodatkowo zasłaniała Damiana samą sobą jak tarczą która miała ją przed nim chronić. Wiktoria chciała powiedzieć, że to zupełnie niepotrzebne, że to co się stało już dawno jej nie obchodzi, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Pozwoliła więc nieco bezwolnie wyprowadzić się do gabinetu. Otrząsnęła się dopiero w momencie, gdy ktoś podawał jej gorącą kawę. Rozejrzała się wtedy wkoło zdając sobie sprawę, że jest w prawie pustym bufecie, a obok niej siedzi Ksawery.
- Skąd się tu wziąłeś?- Spytała.
- Przyjechałem tu gdy Zosia…to znaczy mieliśmy się przecież spotkać, prawda?- Uśmiechnęła się gorzko świadoma tego przejęzyczenia. A więc miała rację: Piegusek celowo nie chciał by weszła do jej biura i spotkała się z Damianem. Pytanie tylko w jakim celu?
Już w chwili gdy zadała sobie w duchu to pytanie zimny pot oblał jej plecy. Bo nie zrobiła tego ze złośliwości o czymś świadczyła jej dzisiejsza postawa. Wcale nie knuła z Damianem. A jeśli tak nie było, to znaczy że robiła to po to by ją chronić. To z kolei oznaczało, że wiedziała. O wszystkim wiedziała. Spojrzała ze złością na Ksawerego: czy on też wiedział?
- Idź stąd.- Szepnęła cicho, bo wciąż miała kłopoty z wyduszeniem z siebie najmniejszego słówka.
- Słucham?
- Chcę zostać sama.
- Ale Zosia…
- Nie obchodzi mnie czego chciała ta twoja wieczna ukochana: chcę zostać sama, dotarło?- Powtórzyła patrząc mu prosto w oczy. I choć była w nich złość i agresja, czyli uczucia tak u niej normalne jak u innych oddychanie, to nie mógł pozbyć się wrażenia, że tym razem była w nich bezbronność. I poczuł do niej współczucie: pierwsze pozytywne uczucie jakie kiedykolwiek w nim wzbudziła. Nie miał pojęcia dlaczego Zosia kazała mu natychmiast zając się Wiktorią, ale najwyraźniej nie chodziło tu o jej kolejną złośliwość. Tym razem chodziło o jej ochronę.
Wiktoria bezbłędnie wyczytała to uczucie z jego oczu, co jeszcze bardziej ją rozwścieczyło. Tylko nie wiedziała czemu w gardle stanęła jej gula utrudniająca przełykanie a do oczu zaczęły napływać łzy. Czuła, że zaczyna się kompromitować: że zmienia się w tą przerażoną pozostawioną samej sobie nastolatkę, której nikt nie chciał pomóc, która chciała poddać się i po prostu nigdy nie obudzić. A nie zabiła się tylko z powodu własnego tchórzostwa. Piegusek chociaż na to miał odwagę, pomyślała patrząc na schowaną pod bransoletką bliznę. Zaraz jednak poczuła do siebie pogardę: nie, nie rozpadnie się znowu na miliony kawałków jak kiedyś. I nie pozwoli by ktokolwiek jej współczuł. A już zwłaszcza jakich hipsterski studenciak. Wiedziała, że teraz nie może zaufać swojemu głosowi, dlatego po prostu bez słowa wyszła. Ale na pewno nie po to by płakać. O nie: dawno temu obiecała sobie, że nigdy więcej nie będzie płakać z jego powodu. Nigdy nie wierzyła w te „niezwykle mądre i głębokie” hasła mówiące, że tylko ludzie silni mogą sobie pozwolić na płacz. Dla niej to była bzdura: łzy zawsze pozostaną emocjonalną słabostką ludzi słabych i złamanych przez los. A ona taka nie była. Już nie.
- Wiktoria, poczekaj.- Słyszała jeszcze za sobą Ksawerego, ale postanowiła go zignorować.- Wiktoria, proszę…Wiki…
No co jest Wiki?
Chodź, zabawimy się.
Nie bądź taka drętwa Wiki, pij to tylko koktajl.
- Nigdy więcej nie mów tak do mnie.- Syknęła odwracając się znienacka co zmusiło go do natychmiastowego zatrzymania się. Ale i tak prawie na nią wpadł dlatego by zachować równowagę i nie przewrócić i siebie, i jej przytrzymał ją za ramiona. Wiktoria wzdrygnęła się z trudem opanowując uczucie obrzydzenia. Nienawidziła gdy ktoś ją znienacka dotykał: nigdy nie udało jej się pozbyć tego irracjonalnego odruchu odsunięcia się nawet jeśli to było zwykłe klepnięcie w plecy czy po dłoni w geście pocieszenia. To dlatego lubiła zachowywać dystans, a w związkach to ona dominowała. To ona dotyka, decyduje kiedy to zrobi i w jaki sposób. Nigdy nie pozwalała przejąć kontroli żadnemu ze swoich partnerów. Bo w takich chwilach czuła, że to znowu był On: że to były jego ręce, jego obrzydliwy dotyk…Śmieszne, myślała, że sobie z tym poradziła, a jedno spotkanie wystarczyło by to wszystko wróciło: całe lata pracy okazały się daremne. Wciąż była przerażoną nastolatką.- W porządku?
- Odsuń się ode mnie.
- Ostatnio błagałaś mnie o coś innego.- Celowo przybrał beztroski ton mając nadzieję, że to pomoże odwrócić jej myśli od bolesnych spraw. Bo dwójka przechodzących obok nich ludzi już zaczęła przypatrywać się im z zainteresowaniem udając, że przystanęli by omówić jakieś dokumenty. Dlatego musiał działać szybko.- Chodź, pójdziemy gdzieś na obiad.
- Już jadłam.
- Ale ja nie.
- To twój problem.
- Musisz być zawsze taka samolubna?- Spojrzała na niego spod oka wciąż niepewna zmiany jego zachowania. Może jednak o niczym nie wiedział…? Nie mogła wykluczyć, że tak nie było ale z drugiej strony teraz nie chciała tu być. Nie, gdy w tym samym budynku był On. Już sama ta myśl powodowała w niej irracjonalną świadomość bycia zbrukaną.
- A co liczysz że podaruję ci prezent na święta i zostaniemy kumplami?
- Cuda się zdarzają. To idziemy?- Tym razem nie popełnił tego błędu i najpierw podał jej rękę. Wiktoria z namysłem- jakby wiele ją to kosztowało- podała mu swoją. Zrozumiał, że jest bardziej roztrzęsiona niż na to wygląda. Tylko nie rozumiał czemu zamiast wykorzystać to przeciwko niej chce ulżyć jej smutkowi. 
Nawet siedząc z nią w kawiarni droczył się z nią raczej z przekory niż po to by ją wkurzyć czy zezłościć i nieoczekiwanie zrozumiał, że ona robiła to samo. Owszem, złośliwość miała trwale wpisaną w swój charakter, ale prawdziwe drzazgi kierowała w czyjąś stronę tylko gdy czuła potrzebę ochrony.
- Czemu się uśmiechasz? Może nikt ci tego nigdy nie mówił, ale gdy tak robisz wyglądasz trochę jak psychopata.
- Słucham?
- No bo masz trochę taki wygląd ekshibicjonisty: no wiesz: długie włosy,  zamyślone spojrzenie, rozbiegane oczka.
- Nie można być jednocześnie zamyślonym i mieć rozbiegane oczka.
- No cóż, ty możesz.- Wbrew sobie poczuł irracjonalne rozbawienie.- O tak lepiej, wyglądasz wtedy całkiem, całkiem.
- To komplement? Bo nie wiem czy dziękować.
- Możesz mi podziękować w inny sposób.- Odparła nieco prowokacyjnie. Ksawery zrozumiał więc, że całkowicie doszła do siebie i przedłużanie spotkania nie ma sensu.
- No cóż, może gdy będę chciał wziąć w przyszłości kredyt znajomość z tobą mi się przyda i wtedy twoja sympatia też.
- A myślałam, że jesteś takim niewinnym barankiem, a nie przebiegłym strategiem.
- Jestem informatykiem: muszę myśleć w ten sposób.
- Żebym się tobą zajęła musiałbyś być nieco więcej wart.
- Jak dużo?
- Przynajmniej milion.
- Kto wie: może za pięć lat.
- Phi, chyba po ślubie z jakąś podstarzałą babą lubiącą takie młode samcze ciałka.
- Dziękuję ci za głęboką wiarę we mnie i moje możliwości.
- Zawsze do usług.- Zasalutowała mu udając, że nie dostrzega ukrytej ironii. Potem na moment przerwali rozmowę, gdy Iksiński zawołał kelnera i poprosił go o rachunek. Wtedy zdziwił się gdy Wiktoria spytała:
- Naprawdę tak myślisz? Że kiedyś będziesz mógł skorzystać ze znajomości ze mną jako dyrektorki oddziału kredytowego Krezus Banku?
- Prawdę mówiąc to nie sądzę bym aż tak się dorobił, ale…
- Nie.- Przerwała mu.- Chodziło mi raczej o to, że to będę ja. No wiesz, dawna ja. – Ksawery przełknął ślinę. Do tej pory Wiktoria nigdy nie zdradziła się ze swoim smutkiem i zagubieniem odnośnie nowej postaci. Ze złością, nienawiścią czy wrogością owszem, ale z bólem nie.
- Jasne, że tak.- Jej uśmiech na moment zbił go z tropu, bo po raz pierwszy był szczery. Kryła się w nim jakaś bezbronność i była w tej chwili tak bardzo podobna do Zosi, że miał wrażenie jakby stała się nią. Ale wiedział, że tak nie było. Poza tym nie mógł wykluczać, iż to jej kolejna sztuczka. Już raz oszukała go żerując na jego uczuciu do Zosi, nie mógł po raz kolejny popełnić tego samego błędu.- Zbieraj się, podwiozę cię do domu.
- Może wstąpisz jeszcze na kawę…albo coś innego? Na przykład herbatę.- Dodała żartobliwie co dowiodło, że miał rację. Nie powinien mylić Zosi z Wiktorią. I przerzucać współczucia i sympatii na tę drugą tylko dlatego, że wygląda jak ta pierwsza. A już przede wszystkim to nie powinien darzyć tym uczuciem żadnej z nich.
Bo żadna z nich nie była mu przeznaczona.

***
- To jakaś twoja pracownica? Trochę nawiedzona. Gapiła się na mnie jak sroka w gnat. Aż tak jej się spodobałem?- Odezwał się do Zosi Damian, gdy tylko udało jej się wyprowadzić Wiktorię zza drzwi.
- Jeśli już chcesz wiedzieć to raczej cię nienawidzi.
- Czemu? Przecież nawet jej nie znam.
- Nieważne.- Zosia potrząsnęła głową próbując zebrać myśli. I odwrócić uwagę Damiana. Jeszcze tego brakowało, że zacząłby gnębić prawdziwą Wiktorię nie zdając sobie sprawy, że to ona. Pozostało jej się tylko go pozbyć. Miała tylko nadzieję, że Jowicie szybko uda się sprowadzić pana Stefana. On będzie umiał postępować z synem. Nie było więc sensu by ponownie podjęła próbę wyrzucenia go za drzwi. Zamiast tego spytała więc:- Skrzywdziłeś kogoś jeszcze w ten sposób?
- To znaczy?
- Dobrze wiesz co to znaczy.
- Oj Wiki, Wiki. Wszystkie dziewczyny lubią być zdobywane.
- Ale nie gwałcone.
- Ty nazywasz to gwałtem, ja: drobną motywacją.- Zdała sobie sprawę, że rozmowa z nim to był głupi pomysł. Bo zrobiło jej się niedobrze od tego co mówił.-Wiesz co? Zróbmy tak: dasz mi dziś parę stówek, bo zdaję sobie sprawę że tak dużej gotówki nie trzymasz w szufladzie. Przelew możesz zrobić wieczorem: połowa kwoty dziś a połowa za tydzień. Może być?- Zaproponował po dłuższej chwili milczenia. Chyba nie czuł się wtedy zbyt pewnie.
- Mam lepszą propozycję: wyjedziesz do Australii odkrywając w sobie nieodpartą chęć do wypasania bydła albo wylecisz na pierwszą wyprawę naukową na Marsa i nigdy więcej nie wrócisz.- Damian roześmiał się. Teraz rozumiał dlaczego Wiktoria aż tak bardzo go kiedyś kręciła. Ta jej niewinność i nieśmiałość połączona z ciętym języczkiem…hm, nawet teraz czuł że z przyjemnością mógłby odświeżyć z nią znajomość. Żoną szybko się znudził, choć początkowo wydawało mu się, że może nie stanie się to aż tak szybko. Ale ona była zbyt nudna. No i bardzo go ograniczała: jej rodzice mieli kasy jak lodu, a ona ośmieliła się w zeszłym tygodniu odciąć go od ich wspólnego konta. Co z tego, że kasa pochodziła głownie od niej? Byli przecież małżeństwem do cholery a tam „co moje to i twoje”. A przecież to był główny powód tego, że się z nią ożenił.
- Bardzo chętnie. Ale tylko razem z tobą.- Wiktoria już miała coś odpowiedzieć, ale nie zrobiła tego przez pukanie do drzwi. Zirytował się. Czyżby naprawdę odważyła się wezwać ochronę?
- Co ty tu robisz?- Damian skrzywił się. Doskonale poznawał ten głos, ale postanowił udawać, że nic sobie z niego nie robi.
- Siema staruszku. Jak się trzymasz?- Stefan jak zwykle spojrzał na niego z mieszanką pogardy i litości. Damian nie przypominał sobie by patrzył na niego inaczej. No, może we wczesnym dzieciństwie, ale odkąd zaczął samodzielnie myśleć zawsze był dla ojca chodzącym rozczarowaniem. Zwłaszcza gdy w domu pojawiła się ta głupia kretynka z którą się ożenił i Wiki. Wtedy miał już swoją szczęśliwą rodzinkę i syn sprawiający problemy nie był mu potrzebny. Dlatego cieszył się, że wedle jego informacji Wiki go znienawidziła. Nie miał już swojej ukochanej córeczki. Nawet jeśli czasami z powodu tego co jej zrobił odczuwał wyrzuty sumienia. Bo wystarczyłoby przecież wytrzymać jeszcze kilka tygodni: Wiki oddałaby mu się sama. Ale on chciał ją jeszcze ukarać robiąc krzywdę...Wstrząsnął nim dreszcz gdy wrócił do nieprzyjemnym wspomnień. 
- Jak śmiałeś tu przychodzić? Zakazałem ci tego.
- Nie lubię ograniczeń. Poza tym stęskniłem się za swoją siostrzyczką.
- Damian…- Zosia zwykle uważała pana Stefana za niegroźnego choć stanowczego staruszka, ale teraz przekonała się, że może być inny.
- Potrzebuję małej pożyczki, mówiłem ci ostatnio. Ale ty nie chciałeś słuchać.
- To ty nie chcesz słuchać. Dałem ci pieniądze na wyjazd, zostawiłem kilkanaście tysięcy na przeżycie. Dodatkowo pomogłem w przygotowaniach wesela choć korciło mnie by wyznać twojej przyszłej żonie i teściom jaki z ciebie sukinsyn. Ale na tym koniec. Nigdy więcej nie licz na moje wsparcie. Mówiłem ci, że dla mnie nie jesteś już moim synem.
- Mam się popłakać i przeprosić? Wtedy dasz mi pieniądze?
- Czasem zastanawiam się gdzie popełniłem błąd. I co na twoje zachowanie powiedziałaby Celina. Myślisz czasami o niej? O tym co powiedziałaby gdyby dowiedziała się czego się dopuściłeś?
- Nie waż się wspominać mojej matki!- Krzyknął Damian. – Zwłaszcza, że tak szybko o niej zapomniałeś gżąc się z tą suką jej matką!- Dodał wściekle patrząc na Zosię. Pan Adamczyk widocznie zauważył ten szczególny błysk w jego oku, bo podszedł do syna jakby próbując go odsunąć od Wiktorii. Potem praktycznie siłą wyprowadził go z pokoju.
Zosia usiadła na podłodze obejmując się ramionami. Nie chciała siadać na fotelu na którym przedtem siedział gwałciciel. Nie chciała też pamiętać tej iskierki bólu którą u niego dostrzegła gdy mówił o swojej matce. Wyraźnie miał do ojca żal: najpewniej niesłuszny choć tego nie mogła wiedzieć. Oczywiście to nie usprawiedliwiało tego, co zrobi Wiktorii. Ale dawało nieco światła na okoliczności. A choć zło zawsze pozostaje złem one też są ważne. Nic nigdy nie jest białe ani czarne: nikt nie jest aż tak kryształowy czy zły. Ona sama przecież z powodu oszustwa Arka chciała zniszczyć mu karierę zawodową. Wiktoria choć jej niechętna, wobec swojego Aleksandra potrafiła zachowywać się z sympatią. No i sam Arkadiusz: oszukał ją to prawda, ale nie można powiedzieć że jest złym człowiekiem. Albo jej mama: nieustannie irytowała ją swoim wtrącaniem się i chęcią dyrygowania jej życiem, ale jednocześnie był to objaw troski. Albo tata: dla kogoś z boku mogłoby się wydawać, że nie kochał swoich córek szczędząc im pochwał i czułości, ale jego miłość wyrażała się w drobnych gestach. Zosia często myślała o nim jak o Mateuszu z Ani z Zielonego Wzgórza, który kupił jej sukienkę pokonując swój strach przed ludźmi. Który swoim ciepłem i niewidoczna pozornie troskliwością miliony razy wyrażał to jak bardzo ją kocha. Tak samo jak jej rodziciel.
- Przepraszam, że bez pukania ale było otwarte i...- Zosia podniosła głowę zdając sobie sprawę, że prezentuje sobą nieco żałosny widok. Szybko przetarła policzki mając nadzieję, że z daleka Arek nie widział jej łez.
- Tak? Co się stało?- Spytała nieco drżącym głosem podnosząc się z podłogi.
- W sumie nic ważnego. Mam tylko pytanie odnośnie jednej kwestii, ale to może chyba zaczekać. Wszystko w porządku?- Dodał niepewnie.
Cierpię z powodu tego, że się mną bawiłeś.
Wiodę nieswoje życie.
Moi rodzice nie uważają mnie za swoją córkę.
Właśnie rozmawiałam z gwałcicielem młodej dziewczyny.
Ale poza tym wszystko jest w porządku, miała ochotę odpowiedzieć.
- Tak.- Skłamała.
- Na pewno?- Nie wiedziała czemu się uśmiechnęła. Wciąż czując w oczach napływające łzy spojrzała mu w oczy. Wiedziała, że minęło już dużo czasu, że powinna mu wybaczyć, ale…nie umiała. Chyba była bardziej małostkowa niż sądziła.
- Tak. A nawet jeśli nie, to nie umiałbyś mi pomóc.- Nic nie odpowiedział. Patrzył tylko na jej smutną minę pomimo uśmiechu na ustach, melancholijny wzrok i zgarbione ramiona. I po raz pierwszy poczuł do niej coś na kształt sympatii; po raz pierwszy zdał sobie sprawę z tego, że Wiktoria Szymborska nie jest Cruellą de Mono, ale kruchą kobietą udającą twardzielkę. Ona nawet nie sięgała mu do ramienia…Nie mógł zapanować nad tym, że chciałby ją pocieszyć i odpędzić z oczu smutek. Przypomniał sobie jej rozpacz gdy sądziła, że Zosia nigdy się nie obudzi. Jak mógł o tym zapomnieć? Ale tak skupił się na swoim szczęściu z przebudzenia ukochanej, że zachowanie Wiktorii wypadło mu z głowy. A ona płakała. Chociaż nie, to nie był zwykły płacz: to była głęboka rozpacz. Tak nie robi ktoś kogo nie stać na emocje. A tym bardziej tego nie można udawać.Odchylając nieco marynarkę, wyciągnął z kieszeni chusteczki.
- Proszę.- Gdy spojrzała na niego pytająco wyjaśnił:- Rozmazałaś się trochę.
- Och.- Mrugnęła tylko patrząc na niego nieco zawstydzona. Potem podeszła do wiszącego lustra i za pomocą wody zaczęła poprawiać makijaż.- Dzięki, czasami o tym zapominam. To dla tego nie lubię się malować.
- Naprawdę?
- To nieznośne. Ale z drugiej strony pozwala czuć się dużo pewniej.  I ładniej.
- Ty chyba nie musisz tego robić.- Powiedział, co sprawiło że odwróciła się od lustra w jego stronę. – No bo w zasadzie nie masz czego ukrywać…to znaczy masz ładne rysy twarzy i…- Zaplątał się czując się głupio. No i nie wiedział właściwie czemu to się stało. Ale ten pytający wzrok w jej oczach ciekawość…Cholera jak mógł myśleć o Wiktorii w tych kategoriach? I patrzeć na nią jak na kobietę?! Poczuł złość na samego siebie. Jeszcze tego brakowało by uznała jego słowa za flirt i doniosła o tym Zosi.- Dobra, to już nie będę ci przeszkadzał: wpadnę później.
- Nie, lepiej wyjaśnij o co chodzi teraz. Wolę załatwić wszystko natychmiast.
- Ee, jasne.- Rzucił jeszcze próbując przypomnieć sobie o co mu właściwie chodziło.- No bo w tym ostatnim raporcie braliśmy pod uwagę marżę nieco mniejszą niż w tym miesiącu, ale dodatkowo nie wystąpiły koszty z racji…- Zaczął wyjaśniać nieco nieskładnie, ale ona najwyraźniej nie zwracała na to uwagi. I dzięki Bogu. Ta chwila głupich myśli była słabością, której się wstydził.

***
Zosia tego samego dnia zdążyła jeszcze porozmawiać ze Stefanem Adamczykiem, który przeprosił ją za nękanie ze strony swojego syna a potem z Marysią. Brzuch jej siostry rósł z tygodnia na tydzień a wizja bratanka lub bratanicy stawała się coraz bardziej realna. Cieszyła się jej szczęściem nie chcąc mącić go swoimi sprawami, więc udawała wielce radosną. Ale zwykle takie udawanie było bardzo męczące.
Dopiero koło dwudziestej, zjawiła się pod blokiem Wiktorii bez zaproszenia. Miała w torbie jakieś chińskie danie na wynos i sałatkę z dużą porcję orzechów. To powinno udobruchać Szymborską gdyby ta chciała ją wywalić.
Nic takiego się jednak nie stało. Wiki była trochę przygaszona, ale na pewno nie zła. O jej zdenerwowaniu świadczyła na wpół opróżniona butelka z winem: nie miała pojęcia kiedy to mogło się dokładnie stać, ale na pewno stało się to dzisiaj. No i nie wracała do tematu Damiana. Zosia nie wiedziała więc jak go poruszyć, a minuty upływały jedna za drugą. Dlatego zdziwiła się gdy Wiktoria w pewnej chwili zupełnie znienacka spytała ją:
- Mój ojczym ci powiedział?
- Hm?
- No o Damianie. Od niego dowiedziałaś się tego co mi zrobił?
- Nie. To…to śniło mi się  w koszmarach.
- Naprawdę?- Zainteresowała się Wiktoria.
- Tak. Czułam się tak, jakbym to właśnie ja to przeżywała, jakby to mnie spotkało. Wiesz co mam na myśli.
- Chyba tak.- Mrugnęła cicho Szymborska. Zosia postanowiła więc zebrać się na odwagę.
- Kiedy to się stało?- Spytała. Już sądziła, że nie doczeka się odpowiedzi, ale po upływie jakiejś dobrej minuty usłyszała ciche:
- Wiele lat temu.
- Jak to się stało…to znaczy dlaczego…no bo twoja matka i pan Stefan…czy oni nie…
- Naprawdę nie wiesz na czym polega gwałt? Mam ci to opisać?
- Nie, ja…przepraszam.
- Po to tu przyszłaś? Po szczegóły? A może to nagrywasz co?
- Nie ja…ja sądziłam że możesz potrzebować pomocy.
- Ha, ja pomocy? Ja?! Spójrz na siebie: to nie ja próbowałam się zabić. Może więc powinnyśmy porozmawiać o tobie?!
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj do diabła. Bo to co się stało nie ma żadnego znaczenia. Teraz jesteś taka milutka bo uważasz, że trzeba się nade mną litować: „och biedna Wiktoria, to pewnie dlatego jest taką suką”. Ale to nie dlatego. Jestem jaka jestem bo tego chcę, bo lubię taka być. To nie ma związku z tym co…co Damian mi…Nie patrz tak na mnie, idiotko słyszysz?! Nie potrzebują współczucia. Nie waż się nade mną litować.
- Nie czuję do ciebie litości. I jeśli już to współczuję tej młodej dziewczynie, której nikt wtedy nie pomógł. Ciebie wciąż nie znoszę. I jeśli mam być szczera to chyba nigdy nie polubię.- Słysząc to Wiktoria roześmiała się. Początkowo zabrzmiało to raczej jak urywany szloch, ale z czasem jej śmiech przybrał na sile. Jej złość ulotniła się w ciągu ułamku chwili.
- I pomyśleć, że brałam cię za szarą myszkę.
- Jestem szarą myszką.- Przyznała Zosia ze zdumiewającą szczerością.
- O nie, ty tylko na nią pozujesz. W rzeczywistości jesteś silna.
- Nie, nie jestem. Dowód tego nosisz na prawym nadgarstku.
- Dlaczego to zrobiłaś?- Zosia wiedziała, że Wiktoria może wykorzystać tę historię przeciwko niej, że nie powinna jej ufać, ale nie mogła przekonać samej siebie by teraz milczeć. Wiktoria czuła się emocjonalnie naga i być może to co jej powie choć trochę pozwoli jej o tym zapomnieć.
- Bo byłam głupia. I młoda. Wstydzę się tego tak bardzo, bo moja historia jest bardziej niż banalna.
- Żadna historia nie jest banalna.
- Moja jest.- Przyznała, a potem na moment pogrążyła się w swoich wspomnieniach. Znów była szesnastoletnią dziewczyną, która rozpoczynała swój pierwszy rok w liceum. Znów miała kompleksy ze względu na swoją zbyt jasną piegowatą cerę, którą na dodatek od czasu do czasu wieńczyło parę pryszczy. A mama nie pozwalała jej się malować do szkoły, choć wszystkie jej koleżanki w klasie to robiły. Raz usłyszała nawet, że dwie z nich ją obgadują „Biedna Zosia- mówiła jedna.- Jest taka miła, ale zupełnie brzydka. Włosy jak siano, piegi na nosie i całej twarzy i na dodatek przynajmniej piętnaście kilko za dużo. Nie wspominając już o wzroście koszykarki. Kto będzie chciał taką dziewczynę?”
Może i Zosia nie wzięłaby sobie do serca tych komentarzy, gdyby autorem jednego z nich była jej wieloletnia koleżanka z ławki. I gdyby zamiast żałosnej prawdy przebijało z nich okrucieństwo i próba wydrwienia. Wtedy mogłaby to zbagatelizować. A tak? Nie potrafiła.
- Potem zaczął się okres pierwszych miłości, imprez, chłopaków.- Opowiadała Wiktorii.- No wiesz, w liceum wszyscy nagle stali się tacy dorośli.- I poznałam Bartka.
Bartosz  Krawczyk był maturzystą, który jak większość chłopaków w tym wieku nie znosił książek i uwielbiał grać w piłkę. No i był przystojny. Ale prawdziwą jego zaletą było to, że był wyższy od niej o dobre siedem centymetrów. To sprawiało, że przy nim nie czuła się jak mama synie.
Spotkała go po raz pierwszy na jednym ognisku i ucieszyła się gdy zwrócił na nią uwagę. Wtedy nie wiedziała jaki z niego podrywacz. Nikt też jej tego nie uświadomił. Wręcz przeciwnie: wszystkie dziewczyny patrzyły na nią z zazdrością i nagle stała się kimś: na forach społecznościowych napływały liczne zaproszenia, na korytarzu ludzie z którymi kiedykolwiek miała coś wspólnego mówili jej dzień dobry, pojawiły się modnie ubrane koleżanki.
- Brzmi jak naiwna historia z amerykańskiego filmu dla nastolatek, prawda? Ale najgorsze było to, że Bartek umiał manipulować i wykorzystywać naiwność takich brzydul jak ja.- Kontynuowała.- Wyłapywał je a potem dawał im to co chciały: czułość, długie rozmowy, prezenty, galanterię. A w zamian…w zamian dostawał to co chciał.
- Przespałaś się z nim, on cię rzucił a ty z miłości do niego chciałaś się zabić?- Wiktoria nie chciała by zabrzmiało to tandetnie i niegrzecznie, ale nie umiała się powstrzymać. To rzeczywiście była banalna historia.
- Nie, nie do końca. Chciałam to zrobić przez to co stało się później. Ale on mnie tak po prostu nie rzucił. On mnie wyśmiał. I poniżył, choć trzeba przyznać że sama się o to prosiłam próbując się z nim skontaktować na siłę w szkole jak jakaś kretynka. Dlatego w końcu pękł i wygarnął mi, że byłam tylko jedną z wielu, że lubi dziewczyny których do tej pory nikt nie tykał. Że to takie…oznaczenie.
- Boże, co za psychol.
- Zgadzam się.
- Potem wszyscy dawni niby przyjaciele zaczęli z ciebie kpić?
- Nie, było jeszcze gorzej. Litowali się nade mną. „Życzliwi” zapewniali, że nie byłam pierwsza i zapewne nie ostatnia. I że i tak długo się ze mną buja, bo zazwyczaj robił to znacznie krócej. Miesiąc po tym jak Bartek mnie zostawił, po szkole poszła fama, że jestem w ciąży. I musiałam rozmawiać z vice dyrektorem. On był ojcem Bartka.
- O ja cie…
- Właśnie.
- Wiedział, że to był jego syn?
- Tak, ale nic z tym nie zrobił, udawał że nie wie. Tyle, że chyba uznał, że to co robi jego syn to za dużo: że może zostać ojcem jeszcze przed napisaniem matury jeśli wciąż będzie mu pozwalał na takie zachowanie. Uziemił go pozbawiając kieszonkowego, dodatkowych zajęć sportowych i zmuszając do wytężonej nauki w wakacje. A Bartek winą obarczył mnie. Potem wysyłał mi jakieś obraźliwe wiadomości albo SMS-y. Mówił jak bardzo się ze mnie śmiał z kolegi, jak im wszystko opisywał z detalami, jaka byłam głupia. I że któregoś razu nakręcił filmik z naszego spotkania i jeśli nie odkręcę tych bzdur tak by jego ojciec uwierzył iż to nie on się mną zabawił, to go opublikuję.
- A to skurwysyn.
- Nie miał go tak naprawdę, to znaczy tego filmiku ale ja o tym nie wiedziałam. Poza tym byłam w rozsypce: do tej pory mogłam zawsze liczyć na Marysię ale ona akurat wtedy poznała swojego obecnego męża i miała dla mnie mniej czasu bujając w chmurach. I wstydziłam się swojej naiwności. Przespałam się z Bartkiem zaledwie po kilku tygodniach znajomości: tak naprawdę sama byłam sobie winna.- Wyznała ze wstydem.- Potem sądziłam, że po pierwszym roku wszyscy zapomną, że przestanę być tą -którą -wykorzystał –Bartek, że skończą się dziwne spojrzenia na korytarzach gdy jego już nie będzie w szkole. Ale już pierwszego usłyszałam na korytarzu jak dwie pierwszoklasistki wskazują mnie sobie palcem. A potem on zadzwonił mówiąc o tym filmie: o tym, że jego kolega chwalił wielkość mojego…mojego biustu. Że to świetny pornos i oni się przy tym…no wiesz. I że jakbym znów miała ochotę to któryś z jego kumpli chętnie się mną zajmie. Wypisywał wiele innych tego typu sprośnych rzeczy. A ja coraz bardziej zamykałam się w sobie, coraz bardziej nienawidziłam szkoły, nie chciałam z nikim rozmawiać. Bo wszyscy znali tę historię. Marysia też w końcu się dowiedziała, choć gdyby nie to że każdy weekend oprócz studiów spędzała u Ignacego poznałaby ją z ust kogoś innego dużo wcześniej.
- Co sprawiło, że chciałaś umrzeć?
- Piotrek. To był chłopak, który przeprowadził się do Warszawy dopiero od nowego roku, w drugim semestrze. Nie znał tej historii i chyba mnie polubił. Ja nie lubiłam go w ten sposób, ale ucieszyłam się że ktoś nie dobiera mnie przez pryzmat przeszłości. Chyba z wdzięczności byłabym w stanie nawet zostać jego dziewczyną, ale on się dowiedział. I wtedy tak po prostu urwał ze mną kontakt. To, że tak postąpił w głębi serca mnie nie zaskoczyło, liczyłam się z tym że tak może się stać. Ale to wydarzenie uświadomiło mi, że moja sytuacja nigdy się nie zmieni. Wtedy mój świat ograniczał się tylko do życia licealistki, byłam nastolatką dla której prawie jeszcze dwa lata przebywania w szkole gdzie wszyscy mają cię za naiwną puszczalską wydawały się być wiecznością. Z perspektywy czasu wiem, że wyolbrzymiałam też to co zrobił mi Bartek. Tak naprawdę tylko moja klasa i kilkanaście innych osób ze szkoły bezpośrednio ze mną związanych wciąż drążyło tą historię a nie cała szkoła a i to tylko dlatego, że wiedzieli, iż mnie to dotknie, że wciąż mnie to boli. Bo sama na to pozwalałam. Ale wtedy wydawało mi się, że moje problemy nie są do rozwiązania, że nie dam sobie z tym dłużej rady, że nie potrafię. W sylwestra kupiłam wiec garść tabletek i podcięłam sobie żyły. Oczywiście zrobiłam to bardzo nieudolnie. No i zdołałam to zrobić tylko na jednej ręce: w rzeczywistości to było za bardzo bolesne. No i potwornie nieestetycznie. Nie wiem dlaczego w filmach uważają to za romantyczne.- Wiktoria uśmiechnęła się na próbę rozładowania tej sytuacji, ale w głębi duszy wcale nie było jej do śmiechu.
- Co było dalej?
- Marysia wróciła się do domu: zapomniała portfela czy torebki. Oczywiście ja zaczęłam swój efektowny koniec tuż po tym jak zamknęły się za nią drzwi, więc nie przewidziałam takie scenariusza. Nawet drzwi do pokoju zostawiłam otwarte. Potem obudziłam się w szpitalu: płukanie żołądka, leki osłonowe, te sprawy. Do dziś nie mogę jeść bardzo ostrych potraw czy alkoholi.
- To by tłumaczyło moją zgagę po winie. Cholera, jak ty to znosisz.
- Pewnie tak jak ty uczulenie na orzeszki.
- Hm, tak to piekło na ziemi.- Dodała z groteskowym wyolbrzymieniem.- Teraz korzystam puki mogę. Jak skończyła się twoja historia?
- Nie umarłam, doszłam do siebie i żałowałam swojego haniebnego postępku. Wymogłam na Marysi obietnicę o milczeniu: według oficjalnej wersji po prostu za bardzo spiłam się na sylwestrze. Po powrocie do domu mama dała mi szlaban i nigdy się nie dowiedziała. Wręcz przeciwnie: moją propozycję o zmianie szkoły tuż przed końcem roku szkolnego uznała za dobrą mówiąc, że odetnę się w ten sposób od niewłaściwych znajomych. Nie mogła mi sprawić w ten sposób większej radości.
- Ona o tym wiedziała, Zosiu.
- Nie, nigdy się nie dowiedziała. Nikt jej nie powiedział.
- A jednak teraz wie. Dała mi to do zrozumienia podczas ostatnich odwiedzin. Powiedziała, że obwinia się, że nie pomogłam ci wtedy kiedy najbardziej jej potrzebowałaś. Spojrzała wtedy na mój nadgarstek.
- O Boże. A myślałam, że ten wstydliwy sekret zachowam dla siebie do grobu.
- Więc nikt poza twoją siostrą o tym nie wie?
- Opowiedziałam ogólny zarys moim przyjaciółkom i Ksaweremu, ale całą prawdę ze szczegółami znacie tylko wy dwie.- Słysząc to Wiktoria nie wiedząc czemu poczuła się bardzo dziwnie. By pokryć zmieszanie odezwała się:
- Nie jesteś brzydulą.- Zosia poczuła do Wiktorii wdzięczność za okazane współczucie, ale fakty pozostawały faktami.
- Wiem jak wyglądam, Wiktoria.
- Mówię serio. 
- Czy to kolejny dzień dobroci dla zwierząt?- Zażartowała odwołując się do jej niedawnych słów.
- Nie. I mówię to szczerze. Tak wiem, że w przeszłości bardzo cię krytykowałam i raniłam, ale to tylko dlatego że czułam się zdezorientowana. I bardzo się bałam. A obwinianie cię o wszystko było najłatwiejszym sposobem na poprawę samopoczucia. Oczywiście bardzo prawdopodobne, że w liceum jako przyciężka nastolatka z pryszczami nie prezentowałaś się najlepiej, ale teraz wyglądasz świetnie. Zwłaszcza po mojej małej modyfikacji stylu.
- To tylko makijaż, ubrania i dodatki.
- Może. Ale chyba nie rozumiesz celu tych zabiegów tak jak większość kobiet.
- To znaczy?
- To znaczy, że pomalowane paznokcie czy ładna fryzura nie sprawiają, że kobieta staje się piękna. Ona sprawiają, że patrzący na nie mężczyzna wie, że o siebie dbają. A skoro to robią to zdają sobie sprawę z własnej atrakcyjności. A takie laski mężczyźni lubią: oczywiście ci ciapowaci, niepewni siebie czy tacy dla których kobieta jest tylko tłem i chcą je sobie podporządkować i tak będą wybierać wybrakowane towary. Jednak ci prawdziwi wiedzą, że atrakcyjna kobieta to kobieta pewna siebie.
- Widzę, że jesteś zwolenniczką hasła „nie ma brzydkich kobiet, są tylko te zaniedbane.”
- Nie, już raczej: nie ma brzyduli, są tylko zakompleksione i niepewne siebie dziewczyny.” Słuchaj, jeśli ty nie wierzysz, że jesteś atrakcyjna i możesz coś osiągnąć to jak ma w to wierzyć facet?
- Proszę cię, nie chcę o tym rozmawiać. Takie generalizowanie jest bardzo głupie.
- Wcale nie, pozwala wykazać pewne prawidłowości. Wiesz na przykład ile facetów się teraz za mną ogląda odkąd mam twoje ciało?
- Po pożerasz ich wzrokiem.
- Właśnie. Daję im czytelny sygnał, że to ja ich zdobywam bo mam na to odwagę, bo jestem pewna siebie.
- Wiktoria, proszę cię…naprawdę nie musisz podbudowywać mojej własnej wartości tylko z powodu tego co ci wyznałam. Wiesz tak dobrze jak ja, że najgorsza jest litość.
- Tak, ale ja się nad tobą nie lituję.
- Nie?
- Nie. Podziwiam cię.
- Teraz to już bujasz.
- Wcale nie: podniosłaś się po czymś strasznym. No i teraz lepiej rozumiem to co zaszło z Arkiem. Chyba dlatego cię nie lubiłam. Bo umiałaś pokonać swój strach, zostawić przeszłość za sobą.
- Dlaczego na niego nie doniosłaś?- Spytała Zosia cicho. Nie trzeba było precyzować o kim mowa.- Ze strachu?
- Tak. Miałam zaledwie osiemnaście lat: a wychowywana przez biedną matkę nie miałam dostępu do zwyczajnych rozrywek nastolatków w tym wieku takich jak palenie trawki, picie na umór czy przygodny seks. Można powiedzieć, że żyłam trochę w takim ochronnym kokonie nawet po ślubie mamy ze Stefanem. Poza tym…poza tym wierzyłam w to, że ojczym mi pomoże.
- Czy on pomógł Damianowi uciec? Dlatego go nienawidzisz?
- A więc o niczym nie masz pojęcia, prawda? Wiesz tylko o…o gwałcie?- Zosia skinęła głową. – Nienawidzę go z innego powodu. Nie wiem kto był gorszy on czy moja matka.
- Damian powiedział mi, że ci nie uwierzyła.
- Nie słuchaj tej gnidy. Ona mi uwierzyła. I to było najgorsze.
- Nie rozumiem.
- Gdy nazajutrz po imprezie obudziłam się z szumem w uszach wiedziałam co się stało. Całe ciało mnie bolało. On podał mi narkotyk. Mówiłam o tym mamie, a ona zwyczajnie mnie zbyła. I nie dlatego że mi nie uwierzyła. Ona po prostu nie chciała rozbijać tej iluzji szczęśliwej rodziny. Sama pochodziła z biednej rodziny w której ojciec był bezrobotnym alkoholikiem, potem poznała równie beztroskiego faceta który zostawił ją w ciąży.  Gdy spotkała Stefana wierzyła, że jej marzenie wreszcie się ziściło. Że ma swój happy endy. Nie chciała mi pozwolić bym jgo zniszczyła. Tego nie potrafię jej wybaczyć. Kiedyś ją kochałam, wiesz? Jak nikogo na świecie. Byłyśmy biedne, ale szczęśliwe. A ona tak po prostu mnie zlekceważyła. Tego dnia, po imprezie urządzonej w domu przez Damiana gdy rodzice byli nieobecni, próbowała mnie przekonać, że to tylko kwestia wypicia zbyt dużej ilości alkoholu, którą wpompował we mnie Damian. Że po prostu coś mi się ubzdurało, choć ja pamiętałam jak leżąc rozebrana do bielizny widziałam jego dłonie na sobie. Że musiał dać mi jakiś narkotyk bo nie upiłabym się tak szybko po jednym piwie. I nie pozwoliłabym mu się dotykać. Wtedy nie wiedziałam, że zrobił mi coś więcej. Albo nie chciałam wierzyć jak moja matka. Zbyła mnie tak samo jak wiele razy wcześniej gdy mówiłam jej, że Damian mnie zaczepia, że mnie przezywa czy bierze moje rzeczy bez pozwolenia. Jakiś rok przed tym co mi zrobił zaczął nawet wchodzić do mojego pokoju bez pukania. Najczęściej rano gdy się ubierałam lub wieczorem podczas kąpieli. I patrzył na mnie jakoś tak dziwnie: choć teraz wiem że to była po prostu prostacka żądza. To wszystko sprawiło, że przestałam czuć się bezpiecznie we własnym domu a mama uważała, że tylko przesadzam. Że Damian po prostu chce być miły i nawiązać ze mną braterskie relacje, bo przy niej potrafił udawać grzecznego chłopczyka. Zwracała uwagę gdy się zamykałam w pokoju by czuć się bezpiecznie. Wytrzymywałam to wszystko, ale wtedy nie mogłam. Zwłaszcza gdy kilka dni później wyjechała ze Stefanem w podróż służbową. Mieliśmy zostać z Damianem sami w domu. Błagałam ją, żeby pozwoliła mi nocować u koleżanki, ale ona uznała że histeryzuje. Wiedziała co stało się kilka dni temu choć udawała że tego nie było, ale mi nie pomogła. Potem pojawił się roześmiany Damian, który wyjaśnił że skoro tak się go boję to zanocuje u kolegi. Mama wyglądała na zażenowaną moim zachowaniem, pamiętam że nawet go wtedy przepraszała za zachowanie swojej rozhisteryzowanej córki. W dodatku nie pozwoliła mi o niczym donieść Stefanowi, gdy wyszedł z samochodu pytając skąd te opóźnienie. Donieść o moich urojeniach, jak je nazwała szeptem nakazując mi przestać bujać w obłokach. Ale ja wtedy o tym nie myślałam: cieszyłam się, że Damiana nie będzie, że będę bezpieczna. Ale to był tylko wybieg.
Wrócił do domu, w nocy: miał ze sobą klucz. Był pijany a może i naćpany, nie jestem pewna. A potem wszedł do mojego pokoju. Do dziś zastanawiam się co by się stało gdybym mimo wszystko zamknęła drzwi do pokoju. Może nic wówczas nie zaszło…ale nie lubię gdybać. Stało się…i tyle.
Zgwałcił mnie. Dwa razy. Za każdym razem nic sobie nie robiąc z moich łez czy próśb. Obiecywał, że tym razem będzie łatwiej, bo już nie jestem dziewicą…Dopiero wtedy zrozumiałam, że gdy kilka dni wcześniej podał mi narkotyk na swojej domówce nie ograniczył się tylko do dotykania i rozebrania mnie.
Wciąż pamiętam jego śmiech: a śmiał się wiele razy: przed, w trakcie a nawet po gdy zwymiotowałam. To go chyba bawiło najbardziej.
Gdy Stefan z mamą wrócili dopiero wtedy mi uwierzyła, a jak mówi pismo: „błogosławieni ci którzy nie widzieli, a uwierzyli”- Zacytowała rozbawiona jakby opowiadała jakąś wesołą anegdotkę a nie historię o najbardziej traumatycznym wspomnieniu. Ale widocznie to był jej sposób radzenia sobie z traumą.
- Dlatego było mi to już obojętne: w szpitalu nie chciałam jej widzieć. Tylko Stefana, który płakał razem ze mną obiecując, że wszystko będzie dobrze. A ja mu uwierzyłam. Sama widziałam jak pobił Damiana wyganiając go z domu bez pieniędzy ani nawet osobistych rzeczy, gdy tylko dowiedział się co się stało. Jak kazał mu się do mnie nie zbliżać. Uwierzyłam mu gdy mówił, że spotka go zasłużona kara. Zapomniałam tylko, że ja nie byłam jego córką, ale kukułczym jajem. Damian był jego synem. Skończyło się więc tylko na wycieczce za granice z pełnym portfelem. Nic mu nie zrobił. Nic. Wycieczka wyglądała jeszcze jak nagroda. Oczywiście tłumaczył się tym, że postąpił tak dla mnie odciągając Damiana jak najdalej, bo więzienie nie wchodziło w grę. Wiązałoby się to dla mnie z upokarzającymi przesłuchaniami, nagłośnieniem sprawy. Ale on to robił dla siebie. Już wtedy zasiadał w zarządzie banku. To o jego samego mu chodziło nie o mnie. Zniosłabym to, naprawdę. Wiem, że to był jego syn, że nie mógł go posłać do więzienia. Ale nie mogłam zrozumieć dlaczego wolał być hipokrytą zasłaniając się moim dobrem niż powiedzieć mi to prosto w oczy. I wciąż nie rozumiem.
- On bardzo cierpi. Nawet dzisiaj, po tym jak w biurze zjawił się Damian, on mnie przepraszał.
- Gnębią go wyrzuty sumienia które celowo potęguję. Tak jak moją matkę.
- Co stało się później, jak doszłaś do siebie?
- Doszłam do siebie? To był początek mojego koszmaru.
- Nie rozumiem…
- Kilka tygodni po gwałcie dostałam silnego krwotoku. „Na szczęście” miła pielęgniarka po przyjeździe do szpitala poinformowała mnie gdy się wybudziłam, że z dzieckiem wszystko w porządku.
- Ty byłaś w…?
- Tak.- Przyznała, ale nie dodała nic więcej. Przypomniała sobie to jak bardzo podle się wówczas czuła, jaka zgnębiona, samotna, obolała. Do tego wizja dziecka Damiana napawała ją strachem. Bała się, że po nią wróci, że nie da jej spokoju, że matka dla zachowania pozorów będzie kazała jej go poślubić. A jeszcze gorzej bała się go urodzić.
- Co się z nim stało? Czy je oddałaś? Czy ono żyje?
- Zabiłam je. Usunęłam ciążę. Nie potrafiłabym kochać dziecka tego sukinsyna. Nienawidziłam go każdą cząstka swojego ciała. Widzę, że cię zszokowałam: no tak ty byś pewnie tego nie zrobiła co? Ale wiesz co ci powiem: nigdy nie żałowałam, słyszysz? Nigdy.  Nie poświęciłam mu ani jednej minuty a nawet sekundy. W każdym dniu swojego życia dziękuję sobie za to, że go nie urodziłam. Myślisz, że nie miałam do tego prawa, co? Ale on mnie zgwałcił. Niezależnie od tego co mówił to był gwałt. Miałam do tego prawo. Miałam do tego cholerne prawo. – Wiktoria mówiła coraz bardziej chaotycznie i podnosiła głos. W dodatku z prawego kącika oczu spłynęła pierwsza łza.
- Przykro mi. Naprawdę bardzo mi przykro.
- Nie, nie przerywaj mi. Wiesz co było później? Tuż po zabiegu, uciekłam ze szpitala, przeprowadziłam się na drugi koniec miasta. Zanim to zrobiłam pobrałam jeszcze z konta Adamczyka pięćdziesiąt tysięcy uznając to i tak za niewystarczającą rekompensatę za to co zrobił mi jego synek. Wynajęłam jakiś pokój i przez resztę wakacji praktycznie z niego nie wychodziłam. Pozbyłam się starej karty, urwałam kontakt ze wszystkimi dawnymi znajomymi, w tym również z rodzicami. Dla mnie już nie istnieli. Potem zmuszona byłam iść na studia, ale kompletnie o tym zapomniałam. Dopiero w połowie listopada zebrałam się do kupy na tyle by pojechać na uczelnie. Nadrobiłam zaległości, wybrałam specjalizację bankowość i starałam się żyć dalej. Przestałam być naiwną kujonką. Stałam się Wiktorią, która jest pewna siebie i wie czego chce skupiona na własnym celu.
- Rodzice cię nie szukali?
- Szukali. I znaleźli dopiero po tym jak zaczęłam uczęszczać na uniwerek. Ale ja nie chciałam ich znać. Wróciłam na parę godzin by zabrać ze sobą resztę rzeczy z domu i tyle. Potem nie chciałam się z nimi kontaktować. Ale po studiach, gdy szukałam pracy znalazłam ogłoszenie: poszukiwano asystentki do przyuczenia w Krezus Banku. Zgłosiłam się, bo wiedziałam że on tam pracuje, że od roku jest prezesem. Zorientował się dopiero gdy awansowałam by osobiście mi pogratulować. Wtedy poczułam satysfakcję na widok jego pełnej poczucia winy twarzy.  I czerpię z tego satysfakcję do dziś. Chociaż, prawdę mówiąc to chciałam mu dać spokój po roku: ale za bardzo podobała mi się praca tam. Wmówiłam mu więc, że to jego forma pokuty.
- To okrutne.
- Tak samo jak ochrona gwałciciela. Do tej pory go chroni.
- Nie, bo on nie był niczemu winien. Widzę jak on cierpi. A ty…
- …a ja jestem pozbawioną serca zimną suką co? A nie przepraszam, jak wy na mnie wołacie: Cruella?
- Chciałam powiedzieć, że jesteś taką samą ofiarą jak i on. Wiktoria, w szpitalu gdy obudziłam się w nieswoim ciele on odwiedzał mnie codziennie. To on pomógł mi choć trochę podnieść się na nogi, troszczył się o rożne sprawy zawodowe i prywatne. To on zalecił powrót do pracy widząc, że dzieje się ze mną coś niedobrego, choć nie miał pojęcia co. Nawet nie wiesz jak się cieszysz gdy…
 - Przestań, nie chcę tego słuchać.
- A powinnaś. Bo nie jesteś sama. Może i kiedyś tak ci się wydawało albo naprawdę tak było, ale teraz nie. Powinnaś dać mu szansę, tylko tyle. Nie mówię, że wybaczyć, ale pozwolić się wytłumaczyć. On odciął się od Damiana, nie pomaga mu.
- Co ty mówisz? Przecież widziałam zdjęcia z jego ślubu: był tam.
- Tylko po to by nie wzbudziło to niczyjego zastanowienia. Jak myślisz dlaczego Damian do mnie przyszedł myśląc że przychodzi do ciebie?
- Chyba nie chciał pieniędzy? 
- Tak, był tak bezczelny. Ale ja obiecałam mu, że zapłacę mu tak jak na to zasługuje.
- Naprawdę?
- Tak. Nie wiem jak, ale mam nadzieję, że wspólnie go zniszczymy.
- My?
- Chyba nie masz nic przeciwko?
- Nie, ale…
- Nie będziesz go widywać, obiecuję.
- Nie o to chodzi. Dlaczego to robisz?
- Co?
- Po prostu nie mogę tego zrozumieć: skoro wiedziałaś o gwałcie już wcześniej to czemu mnie nie szantażowałaś? Czemu nie wykorzystałaś tego przeciwko mnie gdy ja robiłam wszystko by robić ci na złość?
- Bo wiem jak to boli. I nigdy nie drwię z niczyich uczuć. Mogę wykorzystywać twoją arogancję, kpić z twojej złośliwości i czasami nawet małostkowości, ale…
- Nie jestem złośliwa.
- Jesteś. Ale chyba ja jestem masochistką, bo z biegiem czasu to polubiłam.

- Wiesz co Piegusku? Ja chyba też. 

czwartek, 26 października 2017

Nowy początek: Rozdział XXVI

Naprawdę dziś bardzo króciutko, ale nie udało mi się dzisiaj nic dopisać a nie chciałam znów wyjść na taką która nie dotrzymuje słowa:( Do niedzieli na pewno postaram się dodać coś więcej już o standardowej długości

SZESNAŚCIE TYGODNI PO WYPADKU

- Nie mogę cię tam zabrać, jak wytłumaczę twoją obecność na spotkaniu Adamczykowi?
- Nieważne, ale ja muszę przy tym być. Zatrudnij mnie oficjalnie na stanowisku swojej sekretarki i po kłopocie. Jednocześnie pozbędziemy się tej idiotki Jowity.
- Wiktoria…
- No co? Taka prawda. I serio guzik mnie obchodzi jak to załatwisz, ale nie pozwolę się pominąć przy pertraktacjach z Osińskim. Wiem jaki potrafi być złośliwy i małostkowy dlatego umiem to odpowiednio wykorzystać a w razie co go ugłaskać. Ciebie połknie żywcem. A jeśli stracimy z nim kontakt to ja połknę cię żywcem.- Zakończyła dumnie wychodząc z biura Zosi, która ciężko westchnęła. Bo jeżeli liczyła na to, że przedwczorajsze odwiedziny coś zmienią w ich relacjach to się pomyliła. To rzeczywiście był „dzień dobroci dla zwierząt”, jak się wyraziła.
- I jak ja mam to wszystko pogodzić?- Rzuciła w pustą przestrzeń. Naprawdę nie nadawała się na stanowiska zarządcze, bo po prostu była pozbawiona jakichkolwiek zdolności przywódczych. Zwłaszcza przy osobnikach takich jak Szymborska. Mając na głowie nowy problem z ulgą powitała telefon. Szybko jednak zmieniła się ona w złość i mobilizację gdy dowiedziała się o co chodzi.
- Damian Adamczyk chce z tobą rozmawiać: połączyć go?- Spytała ją Jowita.
- Nie, zbyj go. I jeśli będzie próbował to zrobić po raz kolejny to postąp tak samo, dobra?
- Jak chcesz, ale wiesz w ogóle o co chodzi? On jest jakoś spokrewniony z prezesem?
- Tak, ale nigdy nie łącz jego telefonów. A jeśli możesz to nawet ich nie odbieraj.
- Jasne, ale jesteś pewna? Bo jeśli to krewny Adamczyka to możesz dostać po tyłku.
- Tak jestem pewna. Dopilnuj tego, okej?
- Dobrze.- Zosia słyszała w głosie przyjaciółki nieme pytanie, ale nie zamierzała niczego wyjaśniać. Ani tym bardziej pozwolić by gwałciciel w jakikolwiek sposób spotkał się z Wiktorią. Nie zamierzała pozwolić na to by krzywdził ją nawet po wielu latach. A jakoś trudno było jej uwierzyć w jego nagłą przemianę czy chęć przeprosin.
- Aha, i spytaj sekretarki prezesa kiedy będzie miał czas. Muszę z nim pilnie porozmawiać.
- Wiesz o co w tym chodzi, prawda?
- Tak, ale nie mogę ci tego wyjaśnić, bo to nie dotyczy mnie. Przepraszam.
- Nie szkodzi: rozumiem…chyba. Ale jesteś pewna, że to co robisz jest słuszne?
- Jak najbardziej.
- Okej, więc już do niego idę.
- Dzięki.- Mrugnęła jeszcze po czym się rozłączyła. A chwilę później wgłębiła w analizę kredytową Osińskiego by na nowo nie roztrząsać sprawy z Damianem. Postanowiła, że załatwi to ze Stefanem Adamczykiem za pomocą spokojnej rozmowy, w której wyjaśni, że jego syn ma nigdy więcej się do niej nie zbliżać. Miała nadzieję, że ten problem zostanie po prostu przerzucony na niego. Nie mogła jednak pozbyć się z głowy uporczywej myśli czego Damian mógł od niej chcieć.
Kilka godzin później lunch z przyjaciółkami pomógł jej odzyskać spokój ducha. Rozmowa z nimi jak zwykle sprawiła, że poczuła się „normalna” nie musząc udawać kogoś innego. Poczuła tylko ukucie smutku na myśl o zbliżającej się Wielkiej Nocy. Zawsze spędzała święta z rodziną, a teraz co ma niby zrobić? Ewa natychmiast zauważyła jej smutek zapraszając ją do siebie, ale Zosia grzecznie odmówiła. Wiedziała, że zaproszenie zostało wysondowane wyłącznie z powodu współczucia a nie rzeczywistej chęci. Owszem, przyjaciółki ją lubiły i ceniły, ale Wielkanoc była czasem dla najbliższej rodziny. Ona nie miała prawa w to ingerować bazując na ich poczuciu litości. To nie było uczciwe.
Po lunchu poszła do Arka, bo z racji zbliżającego się końca miesiąca miała od niego uzyskać statystyki za ten poprzedni. Teraz już każde ich spotkanie nie wprawiało jej w popłoch tak jak na początku, ale mimo to nie potrafiła traktować go naturalnie. Nie potrafiła mu wybaczyć. Nawet jeśli nie chciała z nim być. Tłumaczyła to sobie widząc siedzącą obok niego przy biurku młodą dziewczynę. To pewnie była Patrycja- nowa stażystka którą zatrudniła na polecenie Wiktorii, ponieważ ktoś musiał wykonywać jej dawną pracę. Tyle, że jakoś do tej pory Zosia nie zwracała uwagę na to, że ta dziewczyna jest bardzo młoda i bardzo ładna. A teraz na dodatek ze wzroku jakim obdarowywała Arka zauważyła również, że jest nim zainteresowana. Przygryzła wargę udając, że to rozgrywa się na jej oczach nic jej nie obchodzi. W końcu robiła to tyle razy. W czasie potajemnej miłości do Arka wielokrotnie obserwowała go z byłymi dziewczynami. Teraz na dodatek już go nie kochała. Powinno być jej łatwiej. Czemu więc nie było? Widząc, że Jadwiga dostrzegła ją ze swego stanowiska w pokoju, nie pozostało jej zrobić nic innego jak wejść. 
- Cześć. Jak stoisz z raportem?- Spytała podchodząc do stanowiska Żylińskiego od razu przechodząc do rzeczy.
- Nieźle. W zasadzie zostały same kosmetyczne rzeczy. Odkąd Pati mi pomaga jest dużo szybciej.- Mówiąc to uśmiechnął się do siedzącej obok dziewczyny. Uśmiech był stonowany i bardziej wyrażał aprobatę niż zachętę, ale i tak iskierka złości ukuła ją gdzieś w okolicy piersi. Może to dlatego nie mogła się powstrzymać od zaczepki:
- Cieszę się więc, że nie brakuje ci Zosi. Oczywiście mam na myśli stanowisko pracy.- Jego uśmiech znikł. Po wyrazie twarzy zauważyła, że raczej tego nie kupił,
- Brakuje.- Odparł jej mimo wszystko. Nie bez satysfakcji zauważyła, że ta informacja nieco zdołowała małolatę. Widocznie jeśli nawet nie przez wzgląd na prawdę to na grzeczność Arek zaprzeczy.- Zosia zajmowała dotychczas twoje stanowisko, ale i była moją dziewczyną.- Dodał Żyliński jakby doskonale zdawał sobie sprawy z zainteresowania Patrycji.
 - Ach tak…- Mrugnęła tylko. Rozczarowanie było wyraźnie widoczne na jej twarzy.
- No cóż, to w takim razie nie będę wam przeszkadzać. Owocnej pracy.
- Zaczekaj.- Zatrzymał ją wstając z biurka. Potem zaczął kierować się ku korytarzowi, więc zmuszona była zrobić to samo.- Co to było?
- Nic.- Wzruszyła ramionami.- Po prostu zauważyłam, że jej się podobasz i chciałam trochę pomóc dziewczynie.
- Dziewczynie czy sobie?
- Co masz na  myśli?
- Tylko to, że naprawdę sądziłem że dałaś już sobie na wstrzymanie z tym odciąganiem mnie od Zosi. To jej właśnie powiedziałaś, że ostatnio mnie unika?
- Co niby miałam jej powie…co to znaczy, że cię unika?
- Nie udawaj. Wiem, że to twoja sprawka. Znowu czegoś jej nagadałaś.
- Kazałam jej być tylko ostrożna póki nie przypomni sobie swojej przeszłości do końca. To wszystko. I doskonale o tym wiesz, bo ci o tym mówiłam.
- Tak, ale ona…- Nie był w stanie dokończyć, bo nie umiał. Jedyne słowo które przychodziło mu do głowy by opisać zachowanie swojej ukochanej to słowo: dziwna. Albo inna. I nie chodziło wcale o nowy wygląd zewnętrzny. Bo ona nawet śmiała się w inny sposób. Patrzyła delikatnie mrużąc oczy, jakby z lekką kpiną niezależnie od rozmówcy chociaż wcześniej jej oczy wydawały się być ogromne, jakby wiecznie zaciekawione. Tylko czasami zapalał się w jej oczach dawny blask. Gdy była złośliwa. Nie dalej jak wczoraj siedząc przy swoim stoliku usłyszał jej kąśliwą uwagę do Jowity odnośnie zamawianych przez nią czekoladowych muffinek i ich wpływie na jej figurę. A gdy zauważyła, że to usłyszał wyjaśniła, że w dzisiejszych czasach trzeba uważnie dobierać posiłku bo bardzo łatwo utyć. I owszem: Zosia często narzekała na swoją figurę- notabene piękną i według niego ogromnie seksowną- ale na tym to się zazwyczaj kończyło. Nigdy nie wspominała o tym, że musi przejść na dietę, nie patrzyła ile kcal ma jogurt czy sałatka. Pamiętał jak śmiał się gdy jeden z jego kolegów na studiach ze złością opowiadał o swojej byłej która tak robiła co doprowadzało go do szału. Teraz go rozumiał.
Wstydził się jednak swoich myśli. Przecież to była jego Zosia. Jego. Urocza, niepewna siebie i pełna wewnętrznego ciepła które sprawiało, że chciał się nim otulić i nigdy nie wypuścić z rąk. Co z tego, że nabrała pewności siebie, postanowiła się malować czy zmienić styl ubierania? Powinien się z tego cieszyć, a już na pewno nie powinno mu to przeszkadzać. Czemu więc tak było? Czyżby więc Wiktoria miała rację wykrzykując mu kiedyś, że tylko bawi się dziewczynami? Czy był tak niedojrzały, że już przestał ją kochać? Przecież tuż przed wypadkiem zamierzał poprosić ją o rękę a teraz nie mógł sobie wyobrazić, że „nowa Zosia” będzie jego żoną.
- Co: ona?- Ponagliła go Cruella, a on dopiero teraz zdał sobie sprawę ze swego przeciągającego się milczenia. Chrząknął by dać sobie czas na odpowiedź.
- Ona mnie unika.- Wydukał w końcu powtarzając się.
- To nie moja wina.- Odparła mu po dłuższej chwili. Potem odeszła. W duchu domyślała się przyczyn tego stanu rzeczy. Bo zainteresowanie Wiktorii skierowało się w stronę Ksawerego. Nie wiedziała tylko czy powinna się z tego cieszyć.
Wracając do swojego biura wciąż miała w głowie Arka, dlatego początkowo nie zauważyła czekającego w przedpokoju mężczyzny.
- Witaj Wiki.- Poznała ten głos od razu, choć na żywo słyszała go tylko raz. Ale za to w koszmarach dziesiątki.
- Przepraszam cię, nie potrafię wytłumaczyć temu panu, że…
- Wezwij ochronę Jowita.- Zosia przerwała niezgrabne tłumaczenia swojej sekretarki nie spuszczając wzroku z Damiana Adamczyka. Bezczelny gnojek miał czelność zdobyć się na uśmiech. Odruchowo wzdrygnęła się mając w myślach swój sen gdy ten sam wyraz widziała na jego twarzy w swoim śnie.
- Mam wezwać…? Już się robi.
- To nie będzie konieczne. Zajmę ci tylko dziesięć minut. Co najwyżej kwadrans, siostrzyczko.
- Nie mam zamiaru poświęcać ci nawet tego.- Odpowiedziała stanowczo.- I radzę ci opuścić teren banku zanim zjawi się ktoś, kto cię z niego wyrzuci.
- I co: dopuścisz do tego bym zrobił scenę? A może chcesz by wszyscy dowiedzieli się co nas łączyło?- Poczuła jak usuwa jej się grunt pod nogami. Nie umiała zapanować nad nerwami a przez to rozsądnie myśleć.
- Wyjdź, póki jeszcze uprzejmie proszę.- Odparła. Miała nadzieję, że jej głos nie drży tak bardzo jak jej się wydawało. Ale chyba były to złudne nadzieje.
- No Wiki, daj już spokój. Dziesięć minut. Co ci szkodzi?- Skinęła głową czując, że nie ma innego wyjścia. To znaczy miała, bo nic nie robiła sobie z potencjalnego skandalu. Ale pomyślała o Wiktorii. Przerwa na lunch właśnie się kończyła. Zwykle spóźniała się kilka minut, czasami nawet kilkanaście, ale nie miała żadnego potwierdzenia że tym razem też tak będzie. Musiała więc załatwić tę brudną sprawę bardzo szybko.
- Jowita, pod żadnym pozorem nie wpuszczaj Wiktorii do gabinetu, rozumiesz?- Zwróciła się cicho do Jowity, choć zadowolony z siebie Damian już wchodził do jej pokoju, więc nie miał szansy tego usłyszeć.- I skontaktuj się  z Ksawerym: najlepiej niech do niej zadzwoni i wyciągnie ją na zewnątrz. Z tego co pamiętam mówił, że dziś ma mieć spotkanie z klientem praktycznie w sąsiednim budynku. Może zjawi się dość szybko.
- Dobrze. Powiesz mi co się dzieje?
- Teraz nie mogę. Ale zrób to, okej? Postaraj się odciągnąć ją od gabinetu jak najdłużej się da.
- Jasne.
- Dzięki.- Mrugnęła, a gdy już miała odejść dodała:- Jakbym nie wyszła za kwadrans to wejdź do nas i wymyśl mi jakieś zajęcie. I wezwij ochronę.
- Zosia, czy ty się boisz?
- Nie.- Skłamała. Żałowała, że od samego początku nie wyciągnęła Damiana na zewnątrz: wtedy miałaby mniejsze prawdopodobieństwo spotkać kogoś na korytarzu, a już na pewno Wiktorię. Teraz było na to za późno, bo on z pewnością by się domyślił iż czegoś się boi.
Gdy otworzyła drzwi wcale nie zdziwiła się, że bezczelny typ zajął jej fotel przy biurku.
- Ładnie tu.
- Chyba nie nalegałeś na rozmowę by podziwiać mój gabinet.
- Nie.- Zaprzeczył obdarzając ją spojrzeniem od stóp do głów, które w zamierzeniu miało być wulgarne i poniżające.
- Mów czego chcesz a potem spadaj.
- Oj, nie jesteś zbyt mila. To tak witasz dawno nie widzianego przyrodniego brata?
- Nie wiem w co zamierzasz grać, ale ja nie zamierzam się w to z tobą bawić.
- Kiedyś chciałaś.- Stłumiła chęć podbiegnięcia do niego i zdzielenia go w tą zadowoloną facjatę. Doskonale wiedziała co miał na myśli stosując te swoje dwuznaczności. Ale nawet jeżeli Cruella go prowokowała w jakikolwiek sposób to i tak nie miał prawa jej skrzywdzić. Nikt nie miał prawa tego robić.
- Zostało ci pięć minut, potem wkracza tu ochrona.
- Dobra, więc będę się streszczał. Potrzebuję pieniędzy. Konkretnie trzydzieści kawałków- Roześmiała się. Tak po prostu. Ale nie mogła się powstrzymać. Tym bardziej gdy jej zachowanie bardzo go rozwścieczyło.- Co cię tak bawi?
- Pytasz serio? Jeśli to wszystko, to odpowiedź brzmi: nie. A teraz wynocha.
- Chyba mnie nie zrozumiałaś. Ja wcale nie pytam, ja żądam. Albo opowiem trochę o twojej przeszłości.
- Proszę bardzo: opowiedz jak zgwałciłeś młodą dziewczynę.
- Dobrze wiesz, że to nie był gwałt,
- Jeśli tak naprawdę myślisz, to jesteś tak chory za jakiego cię mam.
- Nie wkurzaj mnie, okej? Potrzebuję kasy, a ojciec po ślubie całkowicie się ode mnie odciął. Na dodatek miesiąc temu wylali mnie z roboty.
- Znajdź sobie inną.
- Już znalazłem.
- Bycie szantażystą to nie praca.
- Zajęcie dobre jak każde inne.
- Pozwól, że podsumuję: zwolnili cię z pracy, ojciec przestał wspierać finansowo, a ty zamiast coś z tym robisz to próbujesz szantażować swoją byłą ofiarę. Naprawdę masz tyle tupetu i ignorancji? Przecież to ja równie dobrze mogę cię szantażować. Nigdy nie powiedziałeś o niczym swojej żonie, prawda?- Tego wiedziała, ale z łatwością domyśliła się tego. Tacy tchórze jak on udawali przed samym sobą i swoimi ofiarami, że nie zrobili niczego złego, ale w głębi duszy doskonale o tym wiedzieli. I nikomu o tym nie mówili.
- Myślisz, że ci uwierzy? Wtedy nawet własna matka tego nie zrobiła.- Zabolało, nawet bardzo. Kolejna fala smutku i współczucia zalała jej serce w stosunku do młodej Wiktorii. Ile mogła mieć wtedy lat? Dwadzieścia? Dziewiętnaście?- Dlatego daruj już to sobie. Poza tym myślę, że 30 000 zł to dobra cena za trochę spokoju.
- Wynoś się.
- Dobrze ci radzę: przemyśl to.
- Ty też. Bo nigdy więcej nie pozwolę byś kiedykolwiek skrzywdził Wiktorię.
- Oj.- Damian cmoknął z dezaprobatą.- Chyba aż tak nie zbzikowałaś żeby mówić o sobie w trzeciej osobie.
- Nie jestem Wiktorią. Ale wiem co jej zrobiłeś. I obiecuję ci, że za to zapłacisz.– Powiedziała prawdę nie wiadomo po co. Przecież jasne było, że jej nie uwierzy ani się nie przestraszy. Ale może to był prawdziwy powód jej szczerości?
I obiecuję ci, że za to zapłacisz…
Nie wiedziała tylko, że myliła się tylko połowicznie. Damian rzeczywiście nie uwierzył w to co powiedziała, ale nie wiedząc dlaczego poczuł strach. Chociaż miało to chyba związek z wyrazem jej twarzy kiedy to mówiła. Albo pełnym nienawiści i skrywanej pogardy wzrokiem co wręcz groteskowo wyglądało z delikatnością tonu wymowy jej słów. Szybko jednak pokrył zmieszanie śmiechem. Miałby obawiać się jakiejś kujonki i bojącej się własnego cienia dziewczyny która z obawy przed nim ukrywała się przez ostatnie kilkanaście lat? Wiki nie mogła aż tak bardzo się zmienić.
- Brawo, czy to już ten moment gdy muszę paść przed tobą na kolana błagając o wybaczenie?- Zamiast zareagować na jego zaczepkę, uśmiechnęła się. Wiedziała, że igra z ogniem, że jak zawsze bagatelizuje niebezpieczeństwo, że być może skazuje na nie Wiktorię, ale złość i nienawiść dodawała jej sił.
- Zniszczę cię. Naprawdę to zrobię. Może od początku taki był cel tej przemiany. Może nawet dzięki temu znów wrócę do pierwotnej postaci.
- O czym ty do cholery pieprzysz?
- Zdaje mi się, że miałeś wyjść.
- Nie bez moich pieniędzy.- Mówiąc to Damian wstał.
- Twój czas już minął. Żegnam.
- Tak, więc zaraz się przekonasz, że…- Nie dokończył, bo przerwało mu pukanie do drzwi.
- Przepraszam, ale musisz wiedzieć, że ona tu idzie. Nie udało mi się jej zatrzymać.
- Co?
- Znasz ją: zwietrzyła jakiś niby podstęp i…
- Gdzie ona teraz jest?!

***
Czuła, że znów za bardzo sobie pofolgowała, ale w duchu obiecała sobie że dodatkową porcję kurczaka zrekompensuje dodatkowymi minutami wieczornego biegu. Naprawdę uwielbiała orzechy a w połączeniu z kurczakiem to była pokusa wprost nie do odparcia. Boże, przez to piekielne uczulenie nie mogła nawet brać jakiegokolwiek orzeszka do ust a co mówić przełknąć. Może to dlatego teraz tak sobie to odbijała.
Przyjemnie najedzona wracała na swoje miejsce pracy. Pomyślała, że trzeba będzie pogadać z Pieguskiem o zmianie jej stanowiska. W teorii Zofia Niemcewicz nie zmieniła miejsca pracy, choć w praktyce stała się drugą sekretarką Wiktorii Szymborskiej. Cruella pomyślała, że czas wreszcie coś zmienić. Z niechęcią pomyślała, że planowanie oznacza w pewien sposób pogodzenie się z panującą sytuacją.
Jeszcze w połowie drogi rozmyślanie o tym przerwał jej telefon: poczuła irracjonalną radość widząc, że nadawcą jest Ksawery. Ale szybko została ona wyparta przez podejrzliwość i ciekawość. Czemu Studenciak chce nagle spotkać się z nią na mieście? Jaką może mieć ważną sprawę? Co znowu knuł ten Piegusek? Nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań, dlatego postanowiła improwizować. Szybko jednak, stosując technikę podpuszczania wyczuła co w trawie piszczy. Była na tyle bystra by zrozumieć, że chodzi o to by oddaliła się od banku. Tylko dlaczego? Czyżby Zośka knuła za jej plecami z Osińskim? Nie, raczej by nie ryzykowała nawet wówczas gdyby zdecydował się przełożyć ich spotkanie. Aż taka głupia nie była. A może jednak?

Wściekła, że znów próbują uwłaczać jej inteligencji, szybkim krokiem skierowała się do swojego dawnego biura: na nic zdały się powstrzymywania Jowity czy próba zasłonięcia przez nią drzwi. W końcu postawiła sprawę na ostrzu noża: albo Jowita powiadomi Zośkę, że ona musi natychmiast wyjaśnić jej co jest grane, albo ona wparuje do biura bez pardonu. Jowita zdezorientowała zgodziła się. Nie wiedziała tylko, że to była podpucha. Jednak gdy przekroczyła prób swojego dawnego pokoju przekonała się, że to właśnie ona została podpuszczona.

wtorek, 17 października 2017

Nowy początek: Rozdział XXV

No cóż, w końcu się udało :) Laptop gotowy, więc kolejna część także. Miłego czytania. I gratulacje dla cierpliwych i wytrwałych, którzy mimo długiej przerwy nie zrezygnowali z czytania. Pozdrowienia ;)


Wariowała. Tak właśnie musiało być skoro nagle zaczęło jej się wydawać, że winne jej sytuacji jest ciasteczko. Parsknęła cicho próbując pohamować ten odruch, chociaż na ulicy i tak nikt nie zwracał na nią uwagi. A raczej tak jej się wydawało.
- Witaj, Wiktorio.- Usłyszała za sobą męski głos, więc nieznajomy musiał ją znać. Zosia wolno się obróciła, podniosła wzrok, a potem zmrużyła oczy by uważnie spojrzeć na intruza. Tak jak podpowiedziało jej pierwsze wrażenie, nie poznawała go. Był wysokim, przystojnym szatynem o oliwkowej cerze i zdumiewających przy tej karnacji błękitnych oczach. Teraz zmrużył je tak jak chwilę wcześniej ona delikatnie wyginając ku górze koniuszki ust. - Kopę lat, siostrzyczko.
Siostrzyczko…
Cholera czyżby Wiktoria miała brata? Nigdy o tym nie wspominała, ale przecież nie musiało to znaczyć że go nie miała. Na dodatek twarz tego faceta była jej jakby znana. Gdzieś ją już widziała…tylko nie potrafiła sobie teraz przypomnieć gdzie. Na dodatek gdy próbowała wytężyć umysł czuła jakby coś ją blokowało. Zupełnie tak, jakby jakaś osoba w jej głowie odpowiedzialna za to wspomnienie krzyczała jej wprost do ucha: wycofaj się stąd! Nie otwieraj tej szuflady z puszką Pandory. Tyle, że mimo to zignorowała sprzeciw jeszcze bardziej wytężając umysł. I ułamek sekundy później w jej głowie pojawiły się obrazy zdjęć stojącego teraz przed nią szatyna z jakąś młodą kobietą w sukni ślubnej. Tak, to właśnie jego fotografie były zapisane na laptopie Cruelli! Podejrzewała nawet, że to jej wielka niespełniona miłość. Zwłaszcza, że…no właśnie do diabła co? Gdzie jeszcze widziała tę twarz? Kogo jej przypominał? I czemu miała wrażenie, że o czymś powinna pamiętać?
- Widzę, że ciężko mi będzie usłyszeć dziś twój głos.- Młody nieznajomy wydawał się być trochę rozbawiony jej zachowaniem o czym świadczył jego uśmiech. Tyle, że nie wiedzieć czemu wydawał jej się być jakiś taki perfidny. I oślizgły. A jak uśmiech może być ślizgi? Najlepszy dowód na to, że dostawała paranoi…Tak, nie dość że wariowała to jeszcze wpadała w stany lękowe.- Może więc wybierzemy się na kawę? Tu obok jej zdaje mi się świetna kawiarenka, ale w końcu ty powinnaś to doskonale wiedzieć pracując tu niedaleko…A jak tam nasz drogi staruszek?- Mówiąc to wyciągnął swoją dłoń w jej w stronę. I już prawie miał jej dotknąć, gdy nieoczekiwanie jej ręka umknęła w tył. Zupełnie tak jakby wyciągnął w jej stronę rozżarzony pogrzebacz. W dodatku szum w uszach i hałas w głowie wciąż się wzmagał wrzeszcząc: nie rób tego! Uciekaj! Pamiętasz jak to się skończyło. Szkoda tylko, że nie miała pojęcia przed czym miała niby uciekać. Ani tym bardziej jak to się niby skończyło…Chociaż, chociaż coś jej umykało. Tylko co? Ale skoro ciało Wiktorii pamiętało iż powinna mieć się na baczności, powinna mu zaufać. I swojemu instynktowi. Nawet on ostrzegał ją przed niebezpieczeństwem. Tyle, że dzięki przemianie przestała być takim tchórzem jak kiedyś. No i kierowała nią ciekawość.
- Czego chcesz?- Nie zamierzała powiedzieć tego w tak agresywny sposób, ale tak po prostu wyszło. Zupełnie tak, jakby znów nie do końca kontrolowała swoje emocje. Ale nie zdążyła pożałować swojego tonu, bo on zrobił coś, co sprawiło, że włos zjeżył jej się na głowie. A przynajmniej na rękach.
Roześmiał się.
I Zosia zrozumiała dwie rzeczy.
Po pierwsze już słyszała ten śmiech.
Po drugie: słyszała go już w dużo perfidniejszym wydaniu.

Ciii, daj już spokój kotku. Przecież wiem, że tego chcesz tak samo jak ja.
Kazałem ci się zamknąć, pamiętasz?!
Nie znoszę takich dziwek jak ty: myślisz że jesteś lepsza ode mnie zerkając z pogardą i lekceważeniem?
Ty suko! Lubisz na ostro? To zaraz zobaczysz.

Z jej snu. Snu, który okazał się być piekielnym wspomnieniem haniebnego czynu, którego dopuścił się mężczyzna o nieznanej twarzy. Ale od tej chwili miał już twarz. Twarz oślizgłej jaszczurki stojącej obok niej. Twarz, której podobieństwo wyraźnie świadczyło również o pokrewieństwie z prezesem banku, Adamczykiem. Twarz, która wyjaśniała genezę konfliktu i rozłamu w rodzinie Adamczyków i Szymborskich.
To całkiem zabawne ile wiadomości może przepłynąć przez nasze neurony w ciągu ułamka sekundy. A raczej byłoby gdyby ta porażająca bezkarność gwałciciela i ból młodej dziewczyny jaką była wtedy Wiktoria nie były tak prawdziwe. Jaką czelność ma teraz ta gnida by zaczepiać ją teraz na ulicy? To tylko dowodziło, że nic się nie zmienił. A jeśli już to na gorsze.
Nie zwlekając dłużej Zosia odkręciła się na pięcie wsiadając do pierwszego lepszego tramwaju, którego dźwięk wskazywał na chęć odjazdu. Na szczęście zdążyła pozostawić za sobą zdezorientowanego Damiana, którego twarz wyrażała już wściekłość. O dziwo nie bała się jej. Było raczej pełna nienawiści do oprawcy, który zniszczył życie młodej Wiktorii i to ta nienawiść tłumiła wszelkie inne emocje. Boże, jak mogła zapomnieć o tym co odkryła tuż przed przebudzeniem się Wiktorii? Odruchowo jej palce znów powędrowały do podłużnej cienkiej blizny na skroni. Ten bydlak powinien siedzieć w więzieniu. Czemu więc go tam nie było?


- Zawsze byliśmy dla siebie jak ojciec z córką, choć naprawdę nie łączyły nas żadne więzy krwi. Chociaż po tym co się stało chciałaś mnie ukarać proponując coś takiego, być może właśnie to podpowiada ci twoja pamięć.
- Za co chciałam cię ukarać?
- Za to jak postąpiłem z Damianem po tym co ci zrobił.

Odpowiedź którą podsunął rozum była gorzką pigułką, którą z trudem mogła przełknąć: bo miał wpływowego tatusia który był w stanie zatuszować zbrodnię syna. Celowo nazywała gwałt zbrodnią nawet we własnych myślach, bo przecież tym właśnie był w istocie: zbrodnią na niewinnej duszy. Ona sama trzęsła się z obrzydzenia z powodu koszmaru w którym wydawało jej się, iż to spotyka właśnie ją. Jak więc czuła się Wiktoria doświadczając gwałtu? A co z innymi snami? Choćby tym w którym nie chciała rozmawiać z własną matką? Czyżby ona też zostawiła ją samą sobie? Nie, to nie mogło być takie straszne. Pani Szymborska po prostu musiała zostać przez Cruellę obwiniona ze względu na swoje małżeństwo z Adamczykiem, którego syn złamał jej duszę. Zosia nie zniosłaby myśli, że zgwałcona Wiktoria mogła być wtedy całkowicie sama.
- Przepraszam dobrze się pani czuje?- Z rozmyślań wyrwał ją jakiś damski głos. Zosia spojrzała na pomarszczoną, choć dobroduszną twarz jakiejś siedzącej naprzeciwko niej staruszki.  I zdała sobie sprawę, że wilgoć na jej policzkach tonic innego jak łzy.
- Tak.- Skłamała potrząsając energicznie głową. A gdy tramwaj się zatrzymał wysiadła na najbliższym przystanku. Chciało jej się wymiotować, bo w jej głowie wciąż pojawiały się niechciane obrazy z koszmaru: błagalny głos, dominacja przeciwnika, poczucie beznadziei…Czuła, że jeszcze trochę i wybuchnie. Z trudem usiadła na drewnianej ławeczce dzwoniąc po taksówkę. W tej chwili była tak rozbita, że nie mogła trafić nawet w odpowiedni guzik telefonu. A godzinę później będąc już w swoim mieszkaniu położyła się do łóżka zwinięta w kłębek. I nie ruszała się z niego aż do wieczora.
Nazajutrz, po przespanej nocy, czuła się dużo lepiej. Nic sobie nie robiła z zaczepek Wiktorii, która jej „zły humor” jak się zdawało przypisywała Ksaweremu. Zosia nie miała pojęcia czemu, ale najwyraźniej Cruella musiała  sprawić mu wczoraj jakieś kłopoty, bo kilkakrotnie próbował się z nią wieczorem skontaktować. Ale we wczorajszym stanie ducha nie była w stanie tego zrobić. Mimo wszystko nie mogło to być coś bardzo istotnego bo wówczas Iksiński wysłałby jej po prostu wiadomość.
Dopiero w trakcie lunchu dowiedziała się co tak naprawdę się stało. Skruszony Ksawery wyznał jej, że pocałował Wiktorię. Nawet bez jego tłumaczeń doskonale orientowała się dlaczego.
- Ale Zosiu, ja to zrobiłem pod wpływem chwili.- Perorował co chwila przepraszając z wyraźnym poczuciem winy wypisanym na twarzy.- Nie chciałem tego, ale ona doskonale wiedziała jak mnie podejść.
- Ksawery…- Przerwała mu, bo w głowie wciąż miała tylko Damiana i to co zrobił Wiktorii wiele lat temu. Omawiany właśnie temat w świetle tego wydawał jej się być trywialny i bez znaczenia.
- Wiem, że możesz mnie za to odtrącić i odsunąć- Kontynuował bez jej zgody- nawet jestem w stanie to zrozumieć, ale mimo to proszę być tego nie robiła. Naprawdę można mi ufać: nigdy nie dopuściłbym do tego by stało się coś więcej. Ja nie…
- Ksawery, uspokój się.- Zosia pełnym otuchy gestem dotknęła jego dłoni, co go wyraźnie zdziwiło. Ale nie wiedziała w jaki sposób przerwać jego słowotok.- Nie obwiniam cię o nic. Wiem jaka potrafi być Wiktoria.- Tyle, że nikt nie zdaje sobie sprawy dlaczego, dodała w myślach momentalnie czując napływ współczucia do młodej zgwałconej dziewczyny. Ale powinna pamiętać, że Wiktoria już od dawna nią nie jest. I nawet jeśli dawniej została zgwałcona, to ten fakt nie może tłumaczyć jej perfidnego zachowania, egoizmu a nawet czystej złośliwości choć sytuacja w jakiej się znalazły powinna raczej sprzyjać współpracy. A ona co robiła? Uwodziła Arka, Karola, a teraz na dodatek Ksawerego. Miałaby więc puścić to wszystko w niepamięć tylko z powodu tego co zrobił jej Damian? Przecież nie była jedyną zgwałconą dziewczyną na świecie. Taka była prawda, choć brutalna. A ona nie powinna postrzegać ją przez ten pryzmat. Bo nawet jeśli Szymborska była młodą, niewinną dziewczyną to od dawna już nią nie jest. – Ja wiem, że mogę ci ufać. I nie odsunę cię od siebie tylko z powodu knowań Cruelli.
- Naprawdę? Bałem się, że po tym co ona ci nagada nie będziesz chciała mnie znać.
- Prawdę mówiąc o niczym mi nie wspomniała. Była tylko z siebie bardzo zadowolona, to wszystko. No i mój zły nastrój tłumaczyła rozmową z tobą co jak przypuszczam miało sugerować to co się między wami stało.- Kurczę, a jednak czuła się niezręcznie mówiąc o tym. Bo dopiero w tej właśnie chwili z niebywałym opóźnieniem zrozumiała dlaczego Ksawery dał się sprowokować. To jej twarz miała teraz Wiktoria. A on był w niej zakochany. Dlatego uległ. Postanowiła jednak nie roztrząsać tej kwestii, bo nie miała wielu ludzi do pomocy, a pomoc Ksawerego była jej w tej chwili niezbędna. Zgodnie ze swoim postanowieniem, ignorując wyrzuty sumienia dodała:- Nie przejmuj się tym: to nawet lepiej że odkryła iż masz ją pilnować. Teraz możesz to robić bez szpiegowania. W dodatku wiesz na co ją stać i jak bardzo potrafi być przebiegła.
- Więc wciąż mam to robić?- Zdziwił się Ksawery.
- Tak byłoby najlepiej. Tylko tobie ufam bezgranicznie. Chyba, że bardzo się wobec tego wzbraniasz.
- Nie, chyba nie.- Mężczyzna na dłuższą chwilę popadł w zadumę.- Wiem już czego się po niej spodziewać, więc nie dopuszczę do tego bym wpadł w tą samą pułapkę jeszcze raz.
- Cieszę się.- Skomentowała to Zosia. Potem rozmawiali na bardziej przyziemne i „normalne” tematy takie jak jego praca czy jej problemy na mało znanym jeszcze stanowisku dyrektorki działu kredytów korporacyjnych. W pewnym momencie jednak Ksawery spytał:
- Co powiedziałaś wczoraj Arkowi, że był taki z siebie zadowolony?
- Nic wielkiego.- Mówiąc to wzruszyła ramionami.- Po prostu skłamałam, że Zosia straciła pamięć i dlatego zachowuje się tak dziwnie. No i że zależy mi na niej, bo jest moją nieślubną siostrą…- Zaczęła mu wyjaśniać. Ksawery kiwał głową przyznając jej rację, ale w duchu wciąż się martwił. Chyba powoli przekonywał się do tego co sam przed sobą chce ukryć: ona wciąż kocha Arkadiusza. A to, że nie chce z nim być nie oznacza wcale, że zechce być z kimś innym. Tyle, że co pozostało mu bez tego? Nadzieja zawsze umiera ostatnia, jak głosi znany aforyzm, a jego czepiała się życia jak niczego innego.

***
Wiktoria nie miała specjalnej ochoty na jedzenie, ale małostkowość i złośliwość znów wygrała, bo przyjęła zaproszenie Arka na lunch. Poczuła nawet zadowolenie gdy kilka stolików obok ujrzała Zosię z Ksawerym (wiedziała, że wzbudzi ich wściekłość jedząc posiłek z Żylińskim), ale szybko się ono ulotniło gdy tamci zdawali się nie reagować. W dodatku Aruś wydawał jej się być jakiś dziwny. Traktował ją jak małe dziecko troskliwie roztaczając nad nią opiekę, czarując słodkimi słówkami delikatnością. W ogóle odkąd uroił sobie tą miłość do Pieguska stał się nie do zniesienia. Wcześniej, jeszcze przed przemianą miała go za błyskotliwego i uroczo zabawnego faceta skorego do flirtu, a teraz okazywał się być zwyczajnym nudziarzem. Jeśli tak działała miłość to ona nie żałowała, iż nie była do niej zdolna. No bo prawdziwy przystojniak zmienił się w zwyczajnego mięczaka. Już ten cały długowłosy Ksawery był dużo lepszy. Przynajmniej umiał się jej odcinać, bawił swoją złością i pozorną pogardą, no i jego gwałtowność zdradzała namiętną naturę. Tak, to była przednia rozrywka, zwłaszcza wczoraj. Do teraz czuła mrowienie na całym ciele wspominając smak jego ust. Chętnie by go powtórzyła. Najlepiej będąc sobą…
Ciężko westchnęła dając sobie spokój z gdybaniem. Na razie nie zapowiadało się, iż szybko odzyska dawną siebie.
- Myślisz, że oni mają się ku sobie?
- Hm?
- Ksawery z Wiktorią. Ostatnio spędzają ze sobą wiele czasu.
- Ach…- Mrugnęła tylko nie mając ochoty drążyć tematu.- Może.
- Mnie się wydaję, że to coś więcej niż może. Tylko nie potrafię zrozumieć dlaczego uparcie twierdzi, że kocha Zosię…- Jezu, naprawdę mogła robić dużo ciekawszych rzeczy niż interesować się życiem uczuciowym jakiegoś retro Gościa i Pieguska. Co ją to obchodziło? Arka pewnie wręcz przeciwnie, ale czy gadki w stylu przedszkolaków żartujących sobie z Krysi bo Grzesiu dał jej kwiatek nie są zbyt infantylne? Najwyraźniej jednak nie dla Żylińskiego. Postanowiła więc szybko się ulotnić. A że miała jeszcze kwadrans przerwy postanowiła spożytkować go na wizytę w toalecie. Nie spiesząc się poprawiła makijaż wolnym krokiem kierując się na swoje miejsce pracy. Już prawie uporała się z dokładnym zapoznaniem z raportów z działalności Zosi w okresie gdy ona przebywała w śpiączce na jej stanowisku, ale jeszcze trochę pracy jej zostało. Potem może rzeczywiście skorzysta z rady Pieguska i wybierze się na urlop? Albo odwiedzi w końcu jej rodziców, którzy wciąż na to nalegają? W końcu może być nawet zabawnie zobaczyć dom w którym wychowywał się Piegusek. Oczywiście tylko po to by móc wykorzystać coś przeciwko niej, ma się rozumieć. Nie z powodu niezdrowej ciekawości czy przejawów sentymentu, skądże.
Zdziwiła się gdy w przedsionku do gabinetu przywitała ją Jowita informacją o tym, że Zosia chce z nią rozmawiać. Z trudem powstrzymała wybuch radości: była pewna że Ksawery wypaplał jej to co się między nimi wczoraj stało.
Pół godziny później okazało się, że się nie pomyliła. Piegusek tym razem zmienił taktykę i zamiast straszenia postanowił udawać wyrozumiałą ciocię. Oznajmił jej na przykład, że pocałunek z Ksawerym nawet jak na nią był żałosnym chwytem poniżej pasa. Oczywiście ubrała to w dużo zgrabniejsze i bardziej eufemistyczne słowa. Wiktoria w duchu chwaliła ją za jeszcze jedną pozytywną dostrzeżoną w niej cechę: była świetną mediatorką. Może i w przyszłości byłaby nawet i negocjatorką, ale na to miała jeszcze za słaby kręgosłup. No i nie umiała manipulować. Ale nie było w tym nic dziwnego skoro była taka uczciwa. Tej cechy z kolei w dzisiejszych czasach wcale nie uważała za pozytywną.
-…dlatego uważam, że…Hej, słuchasz mnie w ogóle?
- Mówiłaś coś?- Wiktoria zupełnie niecelowo spojrzała akurat na swoje paznokcie. Jeden z nich sprawiał jej problemy już od rana, a dopiero teraz zauważyła że po prostu był źle spiłowany.
- Słuchaj, chcę tylko byś nie mąciła w głowie Ksaweremu. Możesz dokopywać mi, ale nie jemu. To dobry chłopak.
- Sory mała, ale nic nie jest fair. Dziwne, że życie cię tego jeszcze nie nauczyło.
- A ciebie nauczyło?- Wiktoria odebrała pytanie Zosi jako pyskówkę, dlatego teraz tylko się roześmiała.
- Jeszcze jak.- Dodała zaraz potem. Tylko patrząc na twarz Pieguska dostrzegła coś dziwnego, tak, że poczuła się nieswojo.- No co?- Spytała agresywnie czując konieczność defensywy.
- Nic.- Zosia potrząsnęła głową usilnie starając sobie wybić z głowy sen w której główną rolę pełnił Damian. Jak często w swoich koszmarach prześladował Wiktorię? I jak mogła ją o to spytać skoro w ten sposób podsyciłaby tylko jej ból?   
- A tak w ogóle to skąd to?- Zaatakowała wskazując na bliznę na nadgarstku Zosi, którą od momentu zauważenia przez zdjęcie rzemyków starannie zakrywała szerokimi bransoletkami.
- Nie twój interes.
- Teraz odkąd tak jakby jestem tobą śmiem sądzić inaczej. Więc? Powiesz mi czy mam raczej pokazać tę pamiątkę twoim znajomym albo Ksaweremu? Albo, czekaj: Aruś na pewno nic o tym nie wie, prawda? A jeśli nawet wie to wyjaśni mi co się stało.- Zgodnie z założeniem, nie zdążyła zrobić nawet trzech kroków, gdy Piegusek krzyknął:
- Czekaj. Nikomu tego nie pokazuj…proszę.- Ostatnie słowo wypowiedziane zostało bardzo cicho. Wiktoria poczuła dziwny skurcz w dole brzucha. Gdyby była kimś innym pomyślałaby, że to wyrzuty sumienia, ale ona nie miała sumienia. A przynajmniej tak uważała do tej pory, bo jakieś jego resztki musiały się wciąż w niej tlić skoro postanowiła zażegnać temat.
- Żartowałam: nie zamierzam z tym paradować, jeszcze wzięliby mnie za obłąkaną lub psychiczną. A wracając do kwestii Ksawerego…to nie moja wina, że się na mnie rzucił. Na twoim miejscu bym uważała: jest na ciebie ostro napalony. Wcale nie musiałam się zbytnio starać żeby…
- Oszczędź mi szczegółów dotyczących waszego pocałunku.
- Pocałunku?- Wiki szeroko się uśmiechnęła mając w pamięci te duże dłonie dotykające jej nagich pleców, wymagające usta stanowczo domagające się jej odpowiedzi, szorstki dotyk ledwie kiełkującego zarostu na twarzy czy klatki piersiowej na swojej gdy prawie próbował stopić się z nią w jedno i napór innej części ciała zwiastujący, że równie niechętnie jak ona przerwał swoje pieszczoty.
- Przestań znów stosować te swoje sztuczki. Wiem, że się z tobą nie przespał.
- Bo się nie przespał. Ale to co między nami zaszło…tego z pewnością nie można podciągnąć pod ramy pocałunku.- Zosia nic nie odpowiedziała tylko gniewnie zaciskając usta. Bo teraz już lepiej rozumiała zmieszanie Iksińskiego. I jego strach. Ona głupia wyobrażała sobie niewinne dotknięcie warg, może kilka muśnięć- nawet nie z otwartą buzią i udziałem języka- nie prawdziwy namiętny pocałunek…a może nawet- o zgrozo- jeszcze jakieś pieszczoty? Czy ją rozebrał? Całował po szyi albo i niżej? Czy położył ją na łóżku nakrywając swoim ciałem? Czy…Dość, nakazała sobie gdy wyobraźnia zdecydowanie zaczynała się za bardzo pobudzać. A ona nie chciała znać żadnych szczegółów. Absolutnie żadnych. I tak w myślach zastanawiała się czy słusznie zbagatelizowała całą sprawę pozwalając mu wciąż przebywać z Wiktorią by ją kontrolować. Przecież nie uda jej się przemówić jej do rozumu. A może jednak…?
- Wiktoria, wiem że dużo od ciebie wymagam. Ale proszę cię jeszcze o to: nie baw się nim. On na to nie zasługuje.
- Najpierw każesz mi trzymać na dystans Arka a teraz nie pozwalasz się zabawić nawet Studenciakiem?
- Wcześniej…- kontynuowała Zosia jakby nie zważając na wtrącenie Cruelli- w przeszłości, pewna dziewczyna go skrzywdziła, nie chcę by znów cierpiał. Zwłaszcza, że nie umiem odwzajemnić jego uczucia.
- Ale ja chwilowo umiem. I powiem ci, że z przyjemnością to zrobię.
- Dobrze wiesz, że nie mówię tu o sypianiu ze sobą.
- Jej, jak możesz być tak nudna przed trzydziestką?
- Nie żartuj z tego.
- Wcale nie żartuję. Wiesz, że jest coś takiego jak libido? Ty go nie posiadasz, ale ja za to mam je w zwiększonej ilości. Dlatego długo tak nie pociągnę.
- Wiem, że chcesz się w ten sposób na mnie odegrać i to nie ma nic wspólnego z twoimi potrzebami.
- I tu się mylisz: ten olbrzym nawet mi się spodobał. Oczywiście pikanterii dodaje fakt, że mnie nie znosi i na tym polega cały jego urok (jak na mój gust jest zbyt pospolity), ale ma w sobie coś specjalnego. Dziwi mnie to, że wybrałaś Arka. W roli zakochanego szczeniaka jest żałośnie nudny.
- Nikogo nie wybrałam. A już na pewno nie Żylińskiego.
- Akurat.- Prychnęła Cruella.- Wracam do pracy.- Dodała, a Zosia wiedziała, że to musi jej wystarczyć. W końcu lepszy brak odpowiedzi niż odpowiedź negatywna, pomyślała. Miała nadzieję, że gdy Wiktorię znów najdzie chęć na „amory” Ksaweremu uda się je odeprzeć. 

***

Dwa dni później Wiktoria siedziała w samochodzie Ksawerego jadąc do domu rodzinnego Zosi. Musiała to zrobić, bo „jej” rodzice wciąż bombardowali ją wiadomościami. Tym bardziej, że w tym tygodniu wypadały święta wielkanocne.
Aby nie popełnić gafy, na miejscu miała być również Marysia z mężem, która ze względu na urlop mogła pozwolić sobie na wcześniejszy przyjazd bez konieczności martwienia się o pracę.
Podczas jazdy próbowała kilkakrotnie zagaić rozmowę z kierującym, ale Iksiński chyba obiecał sobie całkowicie ją ignorować co ją nawet do pewnego stopnia bawiło. Dlatego nie przestawała zadawać mu dwuznacznych pytań albo wciąż wracać do tematu ich pocałunku. Wiedziała, że to było dziecinne  zupełnie nie w jej stylu, ale o dziwo taka zabawa sprawiała jej frajdę. Tym bardziej, że jemu nie.
W końcu dojechali pod właściwy adres. Wiktoria chłonęła budynek zachłannym okiem tak samo jak wnętrze. Dostrzegała więc każdy obraz wiszący na ścianie, każde zdjęcie czy figurkę. Albo te śmieszne mała dywaniki, które w ogólne nie pasowały do wystroju samych pokoi. Czy też eklektyczne meble w salonie: fotele z pewnością nie pochodziły z komplet sofy, a już na pewno nie stolik do kawy który wyraźnie odcinał się kolorystyką od reszty mebli. Na dodatku na jednej z wiszących półek leżała cała rodzina pluszowych misiów, które sądząc po wyglądzie czasy świetności miały za sobą. Odruchowo do głowy Wiktorii napłynęło wspomnienie niewielkiego pokoju w równie niewielkim mieszkaniu w bloku, w którym spędziła część dzieciństwa. Czy gdyby spędziła tam jego resztę potrafiłaby być szczęśliwa? A może zostałaby pozbawioną ambicji sprzątaczką albo pracownicą przy produkcji jak jej własna matka? Szybko wytrząsnęła z głowy ten absurd. Nigdy gdybać, to była jej nadrzędna zasada. Pozostawić przeszłość za sobą, tak brzmiała druga. Dlaczego więc w ciągu ostatnich tygodni wciąż nieustannie je łamała?
Na szczęście, zupełnie nie zdając sobie sprawy z jej myśli, pan Niemcewicz zwrócił się do niej z jakimś pytaniem dotyczącym pracy. Dzięki temu bez przeszkód mogła wtrącić się w rozmowę. Potem poszło zupełnie gładko (poza jednym epizodem gdy pani Niemcewicz spytała czemu nie przyszła z Arkiem, ale szybko zdała sobie sprawę ze swojego faux pas): podczas obiadu głównym tematem była Marysia i jej ciąża a potem omawianie niezbędnych akcesoriów niezbędnych do wychowania malucha. Nie obyło się też do powrotów do przeszłości i wspomnień z czasów, gdy zarówno ona jak i Marysia były dziewczynkami.
- Byłaś taką grzeczną dziewczynką, Zosiu.- Śmiała się pani Elżbieta patrząc na Wiktorię z dziwnym rozczuleniem.- Do dziś pamiętam jak w wieku sześciu lat płakałaś bo nie mogłaś dobrze poskładać swojej koszulki. Zawsze chciałaś być we wszystkim perfekcyjna.
- O tak. Nawet własne urodziny sobie chciałaś urządzić gdy Marysia podpuściła cię, że w tym roku jesteś za duża na prezent.- Dodał jej mąż Krystian. – A miałaś wtedy chyba z dziesięć lat.
- Bez przesady, nie wiedziałam że ona tak łatwo da się w to wkręcić.- Wtrąciła się Maria jakby mimo woli. Bo ona wciąż widziała w Cruelli wroga, z którym nie można się spoufalać. Nieustannie gdy tylko rozmowa kierowała się na jej siostrę cała spinała się w sobie przyjmując pozę obserwatora. Jednak z biegiem czasu i ona dała się porwać urokowi wspomnień. Ba, nawet sama Szymborska złapała się na tym, że jej usta wyginają się w uśmiechu gdy usłyszała jak Zosia próbowała sama skonstruować łódkę i opłynąć nią całe jezioro prawie się nie topiąc. Albo historię o ucieczce na drzewo przed dzikiem. Z pewnością nie była to wesoła anegdotka gdyby dzika świnia ją dogoniła, ale że tak się nie stało cała rodzina żartowała z jej zdolności do szybkiego pokonywania krótkich dystansów i wpadania na niesamowite pomysły.
To dziwne, ale w pewnym momencie Wiktoria sama poczuła się tak jakby była Zosią. Jakby siedziała w otoczeniu własnych rodziców, siostry, szwagra oraz przyjaciela. Czuła zazdrość wobec Pieguska za to, że jest kochana, że była szczęśliwa, miała beztroskie dzieciństwo. Że wszyscy cieszą się z tego, że obudziła się po wypadku. A czy z jej przebudzenia ktoś się w ogóle cieszył? Dla ojczyma i matki pewnie najlepiej byłoby gdyby umarła nie podsycając ich poczucia winy tym co zrobili.
- Przepraszam, muszę skorzystać z łazienki.- Wtrąciła w pewnej chwili czując nagłą potrzebę ucieczki. 
- Coś się stało? Blado wyglądasz.- Stwierdził Ignacy przypatrując jej się badawczo.
- Zawsze była blada, choć teraz dzięki nowej fryzurze wygląda o niebo lepiej, prawda Krystianie?
- Tak, ale zawsze była też śliczna niezależnie od fryzury.
- Oczywiście tylko, że teraz jest lepiej. Co nie znaczy, że kiedyś było źle: zawsze musisz przeinaczyć moje słowa. Niedobrze ci kochanie?
- Trochę.- Przyznała Wiktoria.
- Biedactwo, zaraz dam ci jakieś krople. To pewnie jakiś wirus.
- To niepotrzebne, naprawdę. To nie wirus, nie jestem chora.
-  Co masz na myśli? Chyba nie jesteś w ciąży?
- Oczywiście, że nie.- Odparła sucho czując jak kręci jej się w głowie.- To gdzie ta łazienka?
- Drugie drzwi po prawej na korytarzu.- Podpowiedziała jej Marysia dość cicho, jednak nie na tyle by nie usłyszał jej siedzący obok niej mąż.
- Kochanie, jestem pewny że twoja siostra doskonale pamięta gdzie jest łazienka skoro mieszkała w tym domu ponad dwie dekady…- Wszyscy zgodnie się roześmieli uważając to za żart, dzięki czemu Wiktoria miała w końcu szansę uciec od tej wesołej wrzawy, śmiechu i poczucia wspólnoty. To byli pospolici ludzie, którzy nic nie wiedzieli o bankowości, polityce a nawet panującej aktualnie sytuacji gospodarczej. O czym niby miała z nimi rozmawiać? W dodatku ta uwaga o dziecku…

- Musi pani na siebie uważać: nie może pani wstawać na kilka godzin po zabiegu. 
- Chcę stąd iść.
- Rozumiem, ale jeszcze jest na to za wcześniej. Jeśli teraz zaniedba pani ten obowiązek w przyszłości może to spowodować bardzo przykre konsekwencje. A chyba chce pani jeszcze być matką?
- Nigdy nie chcę mieć dzieci. I chcę zostać sama.
- Pani Wiktorio: nalegam by…
- Proszę się stąd wynosić albo pójdę do prasy opowiedzieć o panu i o tym co pan robi. Rozumiemy się? I jeśli da pan znak mojej matce albo ojczymowi postąpię tak samo.
- Ale krwawienie może wrócić: może pani nawet umrzeć.
- I dobrze. Tak byłoby dla mnie najlepiej.

Przeklęta rodzina, pomyślała czując jak szybki ma oddech. A jeszcze bardziej pogłębiały go obrazy z przeszłości, której nienawidziła tak samo jak samej siebie. I Zofii Niemcewicz. Była idiotką, która próbowała się zabić. Naiwną dziewczyną wierzącą w miłość i inne romantyczne bzdury. Zakompleksioną grubaską, która ukradła jej ciało i teraz zmuszała do bycia tutaj. Nienawidziła jej całą sobą: duszą i ciałem….
Nagle podniosła wzrok patrząc na swoją twarz w lustrze. A potem jak zahipnotyzowana wpatrywała się w pierwszą łzę spływającą jej po policzku. Czy ona płakała? Przecież nie użalała się nad sobą od wielu lat: nawet ta feralna zamiana ciał nie zmusiła jej do rozpaczy. Dlaczego więc robiła to teraz? I w dodatku z powodu Pieguska?
I w końcu zrozumiała dlaczego od początku pałała irracjonalnym uczuciem nienawiści do Zofii Niemcewicz. Zrozumiała gdzie wcześniej widziała takie spojrzenie jak u niej, niepewną zgarbioną postawę, szczerość i naiwność wyzierającą z jej oczu.
Wiedziała już do kogo była podobna, wspominając pewną młodą dziewczynę pełną młodzieńczej pasji i ideałów, z empatią patrzącą na innych ludzi i nadzieją w przyszłość.
Dziewczynę, która mimo tego że posiadała tak mało potrafiła cieszyć się z głupiego misia kupionego na przecenie i grą w pamięć z matką. Z jej uśmiechu, gdy zmęczona wracając po dwunastu godzinach pracy zastawała idealnie wysprzątany przez nią dom, nawet jeśli przez to nie mogła spotkać się z koleżankami.
Nienawidziła Zosi Niemcewicz, bo od pierwszego spotkania przypominała jej kim była kiedyś i kim mogłaby być gdyby Damian nie zniszczył jej życia.
- Hej, wszystko w porządku?- Nagły głos dochodzący zza drzwi i tak ją przestraszył. Pospiesznie starła spływającą łzę próbując odzyskać spokój.
- A co ma być nie w porządku Studenciaku?- Odparła zza drzwi.- Już nawet wysikać się nie mogę w spokoju?
- Nie…to znaczy tak. Tylko, że wychodząc miałaś taką minę jakby…-Nie dokończył, bo Wiktoria właśnie wyszła z łazienki stojąc bardzo blisko niego. Na jej twarzy malowała się wyższość i arogancja zupełnie inna od tego poczucia niepewności i paniki jakie zauważył kilka minut wcześniej. Ale najwyraźniej mu się tylko zdawało. Jej, naprawdę niczego się wobec niej nie nauczył.
- Ty też byś miał gdybyś był zmuszony wysłuchiwać żałośnie ckliwych historyjek o dzieciństwie jakiejś obcej kobiety z ust jej prymitywnych rodziców. Ach, zapomniałam: ty jednak też tu jesteś.
- Uważaj na słowa.- Wycedził przez zęby patrząc na nią z pogardą tak jak właśnie tego chciała. Tylko nie rozumiała dlaczego w takim razie wyraz twarzy Ksawerego sprawił jej ból.- A teraz jeszcze przez pięć minut postaraj się grać tak przekonująco jak dotychczas nie raniąc państwa Niemcewiczów, rozumiemy się?
- A jaką dostanę za to nagrodę?
- O tym porozmawiasz już z Zosią.
- Wolałabym z tobą.- Odpowiedziała mu uwodzicielskim tonem nachylając się nad uchem, choć nie było to dla niej tak naturalne jak zazwyczaj. Była na to jeszcze za bardzo roztrzęsiona po niedawnych przeżyciach. On jednak niczego nie zauważył.
- Naprawdę nie masz ani krztyny dumy wiedząc, że startujesz do faceta który cię nie chce?- Słysząc to roześmiała się.
- Serio sądzisz, że do ciebie startuję?- Roześmiała się mu prosto w twarz. Potem zarzuciła ramiona na szyję.- Po prostu się tobą bawię. Ale skoro chcesz sobie wyobrażać wieczną miłość to proszę bardzo: z chęcią poudaję zakochaną w tobie do szaleństwa idiotkę. A może raczej niechętną cnotkę?- Spytała retorycznie gładząc palcami jego kark.- W końcu sądząc po twoim płomiennym uczuciu do Pieguska chyba takie właśnie lubisz.
- Nie wiem czy bardziej mi cię szkoda czy tobą pogardzam.- Odpowiedział jej nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Jej dobry nastrój momentalnie znikł.
- Nie waż się okazywać mi pieprzonej litości. – Prawie warknęła zabierając swoje ręce a potem wracając do salonu. Tam oznajmiła, że z powodu ważnych zawodowych spraw musi wracać do pracy i się już pożegnać. Pani Elżbieta wyglądała na niepocieszoną, ale po kilku nieskutecznych próbach namowy dała za wygraną. Przedtem jednak zabrała Wiktorię do kuchni by wręczyć jej trochę smakołyków.
- To niepotrzebne.- Argumentowała Cruella widząc ogromne kawały sernika, ciasta czekoladowego i jeszcze jednego, którego nie potrafiła zidentyfikować.
- Oczywiście, że potrzebne. Po szpitalu strasznie zmarniałaś i zrobiła się z ciebie chudzinka.- Chudzinka? Wiktoria pomyślała, że dzięki jej staraniom ciało Zosi wygląda w końcu całkiem nieźle, ale nie powiedziała tego na głos. Postanowiła, że najwyżej to po prostu wyrzuci. No, może po spróbowaniu każdego kawałka ciasta. Ale malutkiego.- Dołożę ci jeszcze trochę bigosu i pierogów, pamiętam jak bardzo je lubisz. Mam sporo zamrożonych…- Wiktoria powtórnie miała chęć zaprzeczyć, ale nie zrobiła tego na widok pełniutkiego zamrażalnika pierogów. Pani Elżbieta najwyraźniej zauważyła jej zdziwienie.- Gdy upłynął miesiąc po twoim wypadku, każdego tygodnia w niedzielę robiłam jedną porcję. Wiem, że to głupie, ale zawsze tak bardzo je lubiłaś, że sądziłam że to może przyspieszyć twoje wybudzenie.- Starsza kobieta uśmiechnęła się smutno ze łzami w oczach.
- Przykro mi.- Wiktorię nie było stać na nic innego. Wiedziała, że powinna chociaż objąć kobietę a najlepiej mocno przytulić wyznając miłość, ale nie była w stanie tego zrobić. Zbyt długo ukrywała swoje uczucia i teraz nie potrafiła ich wyrazić.
- Przecież to nie twoja wina. Ale potwornie się wtedy bałam. Obwiniałam się, że nie pomogłam ci wtedy kiedy najbardziej mnie potrzebowałaś. Po raz drugi.- Wiktoria nie musiała pytać co kobieta ma na myśli, bo wypowiadając te słowa jednocześnie chwyciła ją delikatnie za rękę zatrzymując ją na nadgarstku. Dokładnie tam gdzie znajdowała się pionowa blizna.
- Nigdy mnie nie zawiodłaś.- Słowa przyszły znikąd i prawdę mówiąc Wiktoria sama zdziwiła się słysząc słój głos.- Zawsze wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.
- Kochanie…- Choć sama nie była w stanie zrobić pierwszego kroku, to jednak z przyjemnością wtuliła się w nieco zbyt pulchne ciało kobiety, która uważając ją za córkę, zamknęła we własnych ramionach.- Tak bardzo cię kocham. I chciałabym żebyś była szczęśliwa tak jak Marysia. Wiem, że po wypadku było ci ciężko, że zachowujesz się trochę inaczej, ukrywasz swoje emocje. I akceptuję to, mając nadzieję, że niedługo mi zaufasz dzieląc się swoimi troskami.
- Ale ja wcale…
- Cii, naprawdę teraz  nie będę niczego od ciebie żądać. Wiedz tylko, że cię kocham. Bardzo. I powiem ci, że cieszę się, że jednak wybrałaś Ksawerego.
- Ale my jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- Widzę jak na niego patrzysz: przede mną nie musisz udawać. Ale chyba jest na ciebie trochę obrażony co? Więc wracaj do niego. A na święta przyjedź razem z nim.
***

W drodze powrotnej do swojego mieszkania Wiktora nie zaczepiała już Ksawerego pogrążona we własnych myślach. On był z tego zadowolony, a i ona straciła jakby chęć do drażnienia go. Jednak jakiś czas później, gdy robiła zakupy w miejscowym sklepie osiedlowym postanowiła odwiedzić swój dawny dom. A raczej poczuła się na to gotowa. Wiedziała, że to zdenerwuje Zosię, ale o dziwo po raz pierwszy to był tylko produkt uboczny jej decyzji. Bo nie chciała tego robić. Ucieszyła się więc, gdy zjawiając się na miejscu miała okazję jej pomóc. Bo na parterze, przy recepcji ujrzała nie kogo innego jak Jarka rozmawiającego z Pieguskiem. Oczywiście chciała go spławić nie wiedząc, że tak grzeczne odpowiedzi są dla niego jawnym zaproszeniem. Zbyt dobrze ją poznał by tego nie wiedzieć. Ale tego tamta nie widziała.
- Cześć Jarek, co tam?- Zawołała ignorując przy tym recepcjonistę.
- Znamy się?
- Właściwie to nie. Ale Wiktoria dużo mi o tobie mówiła. Zosia.- Przedstawiła się podając mu dłoń. W jego oczach dojrzała zainteresowanie.
- Miło mi.
- Wpadłam do ciebie by trochę pogadać.- Zwróciła się do Pieguska wskazując jednocześnie na swoją torbę z sushi i butelką wina. No i karmą dla Aleksandra.- Ale może skoro już masz gościa to zaprosimy go na górę, co?
- Ja…no cóż…
- Świetnie.- Cruella nie dała Zosi powiedzieć niczego więcej. Widziała, że takie zachowanie jeszcze bardziej zaintrygowało jej byłego kochanka, bo nie do końca potrafił rozgryźć ich relacje.- Więc co? Idziemy?
- Co ty znowu…- W drodze Zosia próbowała jeszcze odwieźć ją od tego pomysłu, ale tamta świadomie ją zignorowała.
- Ci, będzie fajnie. Obiecuję ci.
I rzeczywiście było: razem wcinali sushi rozmawiając na różne tematy, a potem pili wino oglądając jedną z francuskich komedii. Wiktoria zazwyczaj za nimi nie przepadała, ale ta wydawała jej się być całkiem zabawna. Dziwiła się tylko, że Jarek przestał na nią zupełnie działać: w końcu znali się bardzo długo a mimo to po długich przerwach wstrzemięźliwości gdy zmuszony był wyjeżdżać w sprawach zawodowych po prostu była w stanie się na niego rzucić. A teraz jego klasyczna uroda wydawała jej się być zbyt gładka, idealnie ostrzyżone włosy zbyt krótkie, a wyprasowana idealnie koszula uwypuklająca jego umięśnione ramiona zbyt pedantyczna. Przypomniała sobie niechlujnie związane kręcone włosy Ksawerego i jego koszulki polo, które wyszły z mody jakieś pięćdziesiąt lat temu. A mimo to teraz ktoś taki wydawał jej się być bardziej atrakcyjny niż zadbany facet o urodzie modela. Tak ją rozbawił ten fakt, że roześmiała się bez skrępowania udając, że spowodowała to jedna ze scen w filmie.
Dwie godziny później żegnając się z Jarkiem, była zdziwiona gdy wetknął jej ukradkiem karteczkę ze swoim numerem telefonu. Jakby nie było różniła się od dawnej siebie praktycznie jak ogień i woda. A mimo to mu się spodobała? Tym bardziej, że w ogóle nie starała się go oczarować?
- Czemu go uwodziłaś?- Oskarżenie Zosi zaraz potem gdy zostały same zupełnie ją zaskoczyło. Bo chyba po raz pierwszy w życiu było zupełnie bezpodstawne.
- Żartujesz?
- Widziałam, że coś ci dał przy pożegnaniu.
- Swój numer telefonu. Zdaje się, że twoja uroda go olśniła.
- Nie musisz ze mnie żartować.
- Wcale nie żartuję. Wiesz, że dzisiaj facet w sklepie pochwalił moją fryzurę? Gdy byłam sobą nawet nie zwracał na mnie uwagi.
- Daruj już sobie.
- Okej.- Uśmiechnęła się ostentacyjnie wrzucając karteczkę do kosza na śmieci.- Gdzie Aleksander? Już go otrułaś czy jeszcze cię nie sprowokował do ostateczności?
- Nie, jest na piętrze. Chociaż ciężko nam się dogadać, dlatego traktujemy się jak lokatorzy.
- To kot z ulicy, więc jest bardzo nieufny.
- Jak znalazł się u ciebie?
- Przygarnęłam go.
- Ty?
- Jak widzisz miewam przebłyski dobroci. Muszę przyznać, że nieźle się rozpanoszyłaś w moim domu. Te zasłony, obrus, kwiaty…
- Przepraszam, obiecuję że wezmę to do siebie gdy tylko sytuacja wróci do normy.
- Nie, w porządku. Powiem ci, że masz zdumiewającą zdolność do robienia z tandety czegoś uroczego.
- Słucham? Czy ty właśnie powiedziałaś mi komplement?
- Nie, po prostu dziś jest dzień dobroci dla zwierząt.- Odparła jej Wiktoria ze śmiechem rejestrując skrzywienie ust Zosi. Jednocześnie wchodziła schodami na piętro.- A Jarek często cię męczy?
- W zasadzie to nie: jest tu dopiero trzeci raz. Chyba nie do końca uwierzył w historyjkę o utracie pamięci. A nawet jeśli tak to bardzo chciałby odnowić z tobą romans.
- Więc następnym razem trzeba go zbyć. Wydawał mi się być bardzo nudny, nie sądzisz? O jest mój ukochany. Witaj Alex, przywitasz się ze swoją panią?- Aleksander jednak tylko na moment podniósł do góry łepek, a potem dalej pogrążył się w śnie. Wiktoria roześmiała się wtedy podchodząc do niego i łaskocząc po brodzie.- Ach ty mój leniuchu, tęskniłam za tobą.- Zosia delikatnie rozczulona postanowiła zostawić Cruellę samą i z powrotem zeszła do kuchni.