Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 7 marca 2016

Maskarada część X

Witam wszystkie czytelniczki. Kolejna część trochę z opóźnieniem, ale za to postanowiłam trochę podkręcić tempo. Z racji tego, że zaczęłam już kolejny semestr i pisanie pracy pochłania mi trochę czasu, więc uprzedzam że kolejne części nie będą pojawiały się co 2-3 dni, ale co 3-5. Podczas okresu ferii było to możliwe, ale teraz już niestety nie. I z góry odpowiadam, że nie mogę dodawać części krótszych ale częściej, bo po prostu najczęściej siadam w jeden wolny wieczór i tworzę cały rozdział; czasami tylko następnego dnia dopisuję niewielką część i sprawdzam tekst pod względem stylistycznym. Także to niemożliwe.
Wracając do tego opowiadania to tak jak wspomniałam na początku akcja trochę nabierze tempa, więc mam nadzieję, że to zrekompensuje wam dłuższe czekanie.
Miłego czytania :-) 



Leżąc w miękkiej pościeli na granicy snu i przebudzenia słyszałam krzątającego się gdzieś Mariusza. Uśmiechnęłam się do siebie bez skrępowania przeciągając po masywnym łóżku. To zdecydowana zaleta bycia bogatym. Gdybym to ja miała tak wygodne i wielgachne łoże to chętnie spędzałabym w nim całe dnie. Nigdy nie było i nie mogłoby być mi przyjemniej. No, może gdyby tylko mój chłopak leżał obok mnie. Tak jak jeszcze kilkadziesiąt minut temu.
- Już nie śpisz?- Widok Jastrzębskiego w zwyczajnej koszulce i czarnych dżinsach we framudze drzwi wydawał mi się być najpiękniejszym widokiem po przebudzeniu. Z łatwością mogłabym wyobrazić sobie, że będę go widzieć codziennie aż do końca swojego życia.
- Obudziłam się przed chwilą.- Odpowiedziałam starając się nie uśmiechać jak głupia. Potem podniosłam do pozycji siedzącej podciągając kołdrę by zakryć swoją nagość.- A ty? Dawno wstałeś?
- Jakąś godzinkę temu. Skoczyłem do sklepu obok, wziąłem prysznic i teraz szykuję dla nas jakieś śniadanie.- To by wyjaśniało jego lekko wilgotne włosy. Poza tym przypomniało mi o moim własnym wyglądzie. Zdecydowanie powinnam zrobić to samo. Z trudem nie zaczęłam przygładzać włosów.- Masz ochotę?
- Na prysznic czy na śniadanie?- Spytałam przekornie przechylając głowę w lewą stronę. To sprawiło, że na twarzy Mariusza pojawił się uśmiech.
- Na obie rzeczy. Ale najpierw wolałbym prysznic: jeszcze nie skończyłem gotować, więc będziesz musiała trochę poczekać.
- Więc najpierw pójdę pod prysznic.
- Tylko przyniosę ci nowy szlafrok.- Lekko przygryzając dolną wargę patrzyłam jak Mariusz otwiera wielką komodę wyjmując z niej pokryty grubą flanelą szlafrok i ręczniki. Potem położył je na łóżku niedaleko mnie dorzucając chwilę później nową szczoteczkę.
- Dziękuję.- Powiedziałam trochę nieswoim głosem. Choć niedorzecznie szczęśliwa miałam jednak świadomość pewnej dozy zakłopotania tą sytuacją. W końcu leżałam naga w obcym łóżku po nocy spędzonej z mężczyzną. No i w ogóle pierwszy raz leżałam nago po nocy spędzonej z mężczyzną. Jakimkolwiek.
- Nie ma za co.- Odparł Mariusz cmokając mnie w policzek. Potem skierował się do wyjścia z pokoju zapewne by zapewnić mi trochę prywatności. Ale na progu zwolnił. Potem odwrócił się przez chwilę patrząc na mnie bez słowa. Dopiero wtedy powiedział coś, co rozgrzało mi serce:- Cieszę się, że tutaj jesteś.- Gdy wyszedł znów położyłam się na łóżku. A więc ostatnia noc wcale mi się nie przyśniła, pomyślałam. To wszystko to stało się pomiędzy mną a Mariuszem wydarzyło się naprawdę. Nasze pogodzenie się, pocałunki, pieszczoty…może to trochę naiwne, ale wspólna noc sprawiła, że uwierzyłam w to iż teraz mój związek się w końcu ułoży.
Zmuszając się do wstania chwyciłam przygotowane przez Mariusza ręczniki i poszłam pod prysznic, który zdecydowanie był mi potrzebny. Nie chciałam jednak by mój chłopak zbyt długo czekał na mnie ze śniadaniem dlatego zaniechałam mycia głowy. Potem w samym ręczniku i szlafroku poszłam do kuchni. Czułam się niczym aktorka w jakimś filmie. W końcu byłam nikim a nagle stoję w wystrzałowym mieszkaniu, w pokoju obok czeka na mnie przystojny facet ze śniadaniem a ja właśnie wyszłam spod prysznica. Tyle, że to wcale nie była fikcja. To działo się naprawdę.
- Jesteś już. Zaraz pójdę do suszarni po twoje ubranie. Do tej pory chyba wyschło.
- Nie musisz. Z przyjemnością pochodzę w tym szlafroku.
- Nawet jeśli powiem że należy do mojej siostry?
- Do Moniki? Wiesz co? Już chyba wolałabym byś przyznał że należał do twojej byłej kochanki.- W tej samej chwili gdy to mówiłam zdjęłam go z siebie a Mariusz zaczął się ze mnie śmiać.
- W takim razie kupię ci inny. A teraz załóż go, bo w samym ręczniku się przeziębisz.
- Nie, tu jest ciepło. W ogóle nigdy ci tego chyba nie powiedziałam, ale ta ogrzewana podłoga jest po prostu boska.- Odezwałam się podchodząc do niego i cmokając w policzek. Potem zajrzałam przez ramię.- Co przygotowałeś? Rano jestem zwykle bardzo głodna. Dziś bardziej niż zwykle.- Dodałam szepcząc mu do ucha. Gdy zadrżał sprawiło mi to niemałą satysfakcję.
- To co teraz aktualnie mieszam to nadzienie do placków.- Mariusz z dużą dokładnością zaczął wyjaśniać mi z czego przygotował sałatkę, czym dokładnie wypełnił niewielkie placuszki oraz jak przygotował koktajl owocowy, tosty, jakąś pastę z makreli…prawdę mówiąc upichcił prawdziwą ucztę. Gdy to zauważyłam chwaląc jego zdolności kulinarne wyjaśnił, że jako stary kawaler musiał nauczyć się gotować żeby uniknąć częstych odwiedzin matki.
- Gdy tylko się wyprowadziłem z domu co tydzień przywoziła mi nowy zestaw gotowych dań.- Mówił jednocześnie nakładając mi porcję sałatki.- Gdybym wciąż pozostał na jedzeniu na mieście jestem pewny że robiłaby to do tej pory. Uznaje tylko domowe obiadki i ma lekkiego fioła na punkcie chemii w żywności.
- Jest do ciebie bardzo przywiązana, prawda?- Spytałam retorycznie przypominając sobie niechęć tej kobiety podczas jej przyjęcia urodzinowego na które zabrał mnie Mariusz. Prawdopodobnie była jedną z tych mamuś, dla których żadna dziewczyna ich ukochanego chłopca nie jest zbyt dobra. A jeśli tak rzeczywiście było nie pozostawało mi nic innego jak tylko się z tym pogodzić. Chwilę później zgodnie ze swoim postanowieniem przestałam o tym myśleć i chwyciłam oliwkę która widniała na sałatce widelcem. Do tej pory nie miałam okazji jej w ogóle kiedykolwiek w życiu spróbować, więc postanowiłam zrobić to teraz. Hm…w sumie nie była nawet taka zła.
- O tak. Po niespodziewanej śmierci taty zaczęła bardzo martwić się o mnie i Monikę.- Odpowiedział mi mój chłopak. A ja powstrzymałam się od odpowiedzi, iż jakoś nie zauważyłam by tak było, bo wydawało mi się, że Mariusz był wyraźnie faworyzowany przez matkę, ale w końcu mogłam się mylić.- Najśmieszniejsza była ta konieczność robienia ciągłych badań, bo ojciec zmarł na raka trzustki. Mama nie mogła sobie darować, że gdy uskarżał się na bóle brzucha nie wysłała go do lekarza. Dopiero po trzech czy czterech latach udało mi się wyperswadować jej tę obsesję.
- Miałeś wtedy 22 lat?- Przypomniałam sobie gdy mi o tym kiedyś opowiadał. I o tym jak smutno wyglądał opowiadając o nieżyjącym ojcu.- To znaczy gdy zmarł twój ojciec?
- Tak, Monika ledwie skończyła staż. W zasadzie oboje byliśmy dorośli, ale i tak było nam z tym bardzo ciężko. Może nie tak ciężko jak tobie, bo mieliśmy jeszcze mamę, ale mimo wszystko nie było łatwo. I jak sałatka? Smakuje?
- Bardzo. Nie mogę uwierzyć, że mam faceta który gotuje lepiej ode mnie.- Zauważyłam.- Ja nie za bardzo lubię to robić.
- Ja w zasadzie też robię to z konieczności, a raczej robiłem, bo po pewnym czasie polubiłem gotowanie. To odprężające zajęcie.
- Yhm.- Przyznałam od niechcenia.- Chociaż szkoda że nie nosisz fartuszka.- Dodałam z krzywym uśmieszkiem. W odpowiedzi spojrzał mi prosto w oczy.
- Jesteś okropna. 
- Ha, teraz się tego dowiedziałeś? Potrafię być prawdziwą magierą. Zwłaszcza gdy się mnie rozzłości. Ale czasami nosisz fartuszek?- Drążyłam.
- Czy jeśli się przyznam coś mi grozi?
- Tylko publiczne ukamieniowanie. Oczywiście żartuję. Po prostu to zawsze wydawało mi się słodkie gdy widziałam to w filmach…No ale już wcześniej wiedziałam, że potrafisz być miękki i słodki.- Przekomarzałam się z nim, a kilka minut później prawie rozkazałam by w końcu usiadł obok mnie bo wciąż krzątał się sprzątając po gotowaniu. Potem zaczęłam karmić go swoją porcją sałatki wciąż żartując. Było w tym coś cudownie intymnego: siedziałam tylko w ręczniku a on na krześle znajdującym się tuż przy mnie. Co chwila pochylaliśmy się w swoją stronę rozmawiając i dyskutując. Mariusz nie wydawał mi się być teraz ani trochę sztywny, ale odprężony i zabawny. Wydawało mi się nawet, że dzięki wspólnej nocy zrozumiał, że naprawdę go kocham i definitywnie wolę go od jego kuzyna. Niestety, w pewnym momencie tę idylle przerwał nam dzwonek do drzwi.
- Zaczekasz tutaj? Nikogo się nie spodziewam, więc to pewnie Szymek w sprawie projektu. Wczoraj wieczorem mieliśmy go dokończyć, ale zburzyłaś wszystkie moje plany.- Dodał z uśmiechem i pozorną przyganą. Bo wiedziałam, że takiego zakończenie deszczowego wieczoru jakie mu zafundowałam się nie spodziewał. Ale to, iż było niezapowiedziane nie znaczyło jeszcze, że nie było przyjemne. Dlatego po prostu odpowiedziałam:
- Jasne.- Pomyślałam przy tym, że jakby nie było nie zamierzam paradować w ręczniku, przed nikim, a zwłaszcza przyjacielem mojego chłopaka. Potem korzystając z okazji złapałam za jeszcze jednego tosta. Chyba naprawdę byłam żarłokiem, bo oprócz niego zjadłam przecież wcześniej kilka placuszków, sałatkę i wypiłam koktajl owocowy. Kiedyś Mariusz się o tym dowie (to znaczy o tym że lubię dużo jeść), jednak teraz zamierzałam zjeść tosta za jego plecami. W końcu co innego mówić, że ma się koński apetyt, a co innego jeść jakby się go miało. Jednak gdy skończyłam pospieszną konsumpcję tosta i dolałam sobie koktajlu owocowego, Mariusz wciąż nie wracał. Wtedy przeważyła we mnie kobieca ciekawość. Przecież gdyby to rzeczywiście Szymek zawitał do Jastrzębskiego późnym rankiem to do tej pory Mariusz już by go spławił.
Naciągając na siebie wcześniej zrzucony szlafrok Moniki, cichutko przemknęłam z kuchni na korytarz dopóki nie usłyszałam męskiego głosu. Głosu, który doskonale rozpoznałam jako głos Artura. Wtedy przystanęłam. Jakoś nie miałam zamiaru pokazywać mu się praktycznie w negliżu. A i tak z tej odległości mogłam doskonale słyszeć zdanie które właśnie kończył:
-…także chciałem ci tylko powiedzieć, że nie zamierzam wam przeszkadzać ani się wtrącać. Przykro mi z powodu tego co powiedziałem ci w klubie Mariusz i cieszę się, że Ewelina ci wybaczyła. Naprawdę oboje jesteście mi bardzo bliskimi osobami dlatego moje zachowanie w klubie było niewybaczalne.
- Rozumiem i wcale się na ciebie nie gniewam. Uważam, że doskonale wiesz kiedy należy się poddać.- To był głos Mariusza.
- Tak. Aha i powiedz jej, że nie mam zamiaru jej gnębić.
- Powiem.
- Będziesz o nią dbał prawda? No jasne, że tak; w ogóle nie powinienem o to pytać.- Tym razem odpowiedź mojego chłopaka nie była natychmiastowa, ale jakby przemyślana:
- Przykro mi Artur, naprawdę. Mam nadzieję, że kiedyś spotkasz kobietę którą pokochasz tak jak ją. A ona odwzajemni twoją miłość.
- To byłoby chyba niemożliwe. No, ale nie będę cię drażnił swoimi gorzkimi żalami, tym bardziej gdy Ewelina na ciebie czeka. Do widzenia.- Rozumiejąc, że kończą rozmowę pospiesznie umknęłam do kuchni. Nie mogłam jednak zapomnieć tonu jakim mówił Chojnacki. Tonu, który wciąż tkwił gdzieś w mojej głowie i niczym radio w którym wciąż naciskano replay powtarzał pytanie:
Będziesz o nią dbał, prawda?
Nie wiem czemu mój dobry nastrój prysnął i poczułam wyrzuty sumienia: tym bardziej że jeszcze niedawno miałam ochotę go pobić. W końcu Artur prawie dwukrotnie rozwalił mój związek. Ale z drugiej strony, jeśli kierowały nim prawdziwe uczucia to mogłam to zrozumieć. Choć było to bardzo smutne i lekko ironiczne: w końcu do tej pory Artur przedmiotowo traktował coraz to nowe dziewczyny stosując kodeks typowego podrywacza (zapoznać, zaliczyć, zapomnieć), a gdy w końcu chciał zbudować coś poważniejszego, ja go odtrąciłam. Było w tym coś sprawiedliwego, ale i tak dość empatycznie uważałam, że jego żywot żigolaka powinien się skończyć odwzajemnioną miłością.  Powinien poznać jakąś miłą, uroczą studentkę, która sprawi że zapomni o innych kobietach. A tak może jeszcze przez wiele miesięcy uważać, że mnie kocha.
- To był Artur.- Oznajmił mi Mariusz gdy wszedł do kuchni zaledwie chwilę po mnie tak jakbym o tym nie wiedziała.
- Wiem.- Odpowiedziałam mu. Potem dodając trochę z zawstydzeniem dodałam:- Podsłuchiwałam was.
- Słyszałaś wszystko?- Mój chłopak nie wyglądał na złego czy rozczarowanego moim zachowaniem więc stwierdziłam:
- Chyba nie: tylko końcówkę. Skąd wiedział, że tu jestem?
- Zauważył twój płaszcz i buty.
- Och..- Odparłam tylko czując zakłopotanie. A więc musiał wiedzieć, że ja i Mariusz spędziliśmy tę noc razem.
- Nie chciałem zawstydzić cię w ten sposób. Po prostu nie było sensu się wypierać.
- Przecież wiem tylko…tylko jego głos wydawał mi się być smutny.
- Bo pewnie odzwierciedlał stan jego ducha. Dlatego wyjazd dobrze mu zrobi.
- Wyjazd? Jaki wyjazd?
- Do Ameryki Południowej. Kupił jakąś ofertę last minute. Powiedział, że musi sobie wszystko poukładać, a przez ten czas gdy go nie będzie przestaniemy być na niego wściekli.
- Przecież już dawno złość na niego mi minęła. To znaczy z chwilą gdy ty mi wybaczyłeś. Ale to co powiedziałeś zabrzmiało tak jakby Artur szykował się na dłuższy wyjazd.
- Nie wiem tego na pewno, ale tak przeczuwam. W końcu gdyby to była zwykła wycieczka nie fatygowałby się by mnie o niej uprzedzić. A w ten sposób wyraźnie dał mi do zrozumienia, że z ciebie rezygnuje.
- Boże, więc to wszystko przeze mnie?
- Jasne, że nie. Ewelina, to tylko i wyłącznie decyzja Artura.
- Ale ja…- Zaczęłam trochę płaczliwym tonem nie znając właściwie powodu mojego roztrzęsienia. Mariusz jednak to zauważył, bo podszedł do mnie i przyciągając do swojego boku powiedział łagodnie:
- Nie, ty niczym nie zawiniłaś. Nie miałaś wpływu na jego uczucia. Więc nie powinnaś się obwiniać. To jego życie i to on jest jego kowalem.
- Ale czuję się winna. Tym bardziej teraz. Jestem tak cholernie szczęśliwa, że po tym co wyznałeś mi o Arturze czuję się jeszcze podlej.
- Mówiłem ci już, że nie masz powodu. I wiesz co? Ja też jestem cholernie szczęśliwy. A Artur jest moim krewnym, więc skoro ty czujesz wyrzuty sumienia to moje powinny osiągnąć monstrualny rozmiar.- Jak zwykle udało mu się mnie rozbawić. W jego ustach nawet brzydkie słowo takie jak „cholernie” nie brzmiało naturalnie, a co dopiero prawdziwe przekleństwo.- Nie robimy nic złego, Ewelina. Po prostu się kochamy. I żadne z nas nie powinno czuć z tego powodu wyrzutów sumienia.
- Masz rację.-Powiedziałam trochę bez przekonania. Dlatego potem dodałam nieco pewniej:- Masz rację.

***
Na szczęście z czasem wszystko ułożyło się pomyślnie. Okazało się, że Chojnacki postanowił wyprowadzić się z rodzinnego domu i wyjechał na miesięczną podróż do Brazylii. Potem- zgodnie z przypuszczeniem Mariusza- wybrał się w dłuższą wycieczkę i odwiedził Indie, a następnie Hawaje. Z wysyłanych do pani Grażyny kartek dowiedziałam się, że w planach ma chęć zwiedzić cały świat. Ucieszyłam gdy w jednej z nich wspomniał o uroczej Portorykance: turystce, którą spotkał podczas podróży. Cieszyłam się, że wyjechał choć na trochę, bym mogła scementować swój związek z Mariuszem, zgodnie z obietnicą jaką złożył kuzynowi (którą poznałam podczas podsłuchiwania). Może to było egoistyczne i samolubne- w końcu rodzice bardzo za nim tęsknili, ale… z czasem zrozumiałam, że tak było po prostu lepiej dla wszystkim zainteresowanych. I prościej. Dla nas obojga. Tylko czasami w firmie (wciąż pracowałam u Chojnackich choć poważnie rozważałam zmianę zatrudnienia) widząc smutek w oczach pani Grażyny czułam się winna. W końcu jej jedyny syn wyjechał z kraju przeze mnie, a przynajmniej to kierowało nim na początku. Z czasem beztroskie podróże po prostu tak go pochłonęły, że nie wrócił do domu nawet na Boże Narodzenie robiąc to dopiero po święcie Trzech Króli. Ale zanim doszło do jego powrotu muszę powiedzieć co zaszło w moim życiu przez ten niecały rok od czasu jego wyjazdu.
Po pogodzeniu się z Mariuszem, czyli trzy tygodnie później po naszej wspólnej nocy, jako że nie miałam bliskich krewnych, zgodnie z jego propozycją święta wielkanocne spędziliśmy razem. Bardzo się na to cieszyłam, tyle że w praktyce nie było tak romantycznie jak się spodziewałam bo oznaczało spędzenie prawie całego dnia u pani Jastrzębskiej. Wciąż była dla mnie pozornie miła, ale czasami potrafiła zręcznie wbić szpilę. Pocieszające było to, że przynajmniej Monika, siostra mojego chłopaka, odpuściła sobie zaczepki. Zamiast tego na wielkanocnym śniadaniu dręczyła swojego byłego męża. Właściwie było mi jej trochę szkoda: no bo jak jej matka mogła wciąż traktować Wiktora jakby nie byli po rozwodzie? Dobrze przynajmniej, że w przeciwieństwie do przyjęcia urodzinowego na które zabrał swoją nową partnerkę tym razem przybył sam. Ale mimo wszystko było coś dziwnego w zapraszaniu byłego zięcia na święta. Nawet jeśli, jak wyjaśnił mi mój chłopak, rodzice Wiktora od kilku lat nie żyli i nie miał z kim spędzić tych wyjątkowych w roku dni.
Podczas kolejnych miesięcy i kolejnych odwiedzin  u Jastrzębskich złośliwości matki Mariusza zaczęły być całkiem jawne. Zaczęło się od lekceważenia, protekcjonalnych spojrzeń czy uwag, z czasem otwartych. Widocznie z upływem tygodni zdała sobie sprawę, że jej ukochany jedynak ma wobec mnie poważne zamiary i nie rzuci mnie dla kaprysu. Dlatego ja również przestałam być wobec niej taka milutka jak do tej pory. Wcześniej mówiłam sobie, że po prostu musi się do mnie przekonać, ale teraz miałam to gdzieś. Wkurzało mnie tylko czasami, gdy Mariusz był po jej stronie. Potrafił zauważyć moją niegrzeczną odpowiedź w reakcji na pytanie swojej matki o to czy nie przytyłam, natomiast nie widział niczego złego w tym, że ona z tego powodu krytykuje mój wygląd. Albo jakąś część mojej garderoby, która była „zbyt pospolita”, „za różowa” albo „za mało kobieca”. To doprowadzało mnie niemal do szału. Całe szczęście, że odwiedzaliśmy z Mariuszem jego matkę tylko raz na miesiąc, bo i tak z trudem to znosiłam.
W zasadzie to nie musiałam tego robić, ale wiedziałam, że Mariuszowi bardzo na tym zależało. Dlatego by zrobić mu przyjemność godziłam się na te upokarzające wizyty. W końcu dzięki tym koszmarnym odwiedzinom zyskiwałam kolejne powody do wdzięczności jakie czuł wobec mnie Mariusz, więc to nie tak że robiłam to bezinteresownie. A poza tym z czasem zaczęłam czerpać jakąś perwersyjną przyjemność z faktu, iż chociaż pani Jastrzębska mnie nie cierpi, to musi mnie znosić podczas tych wizyt z takim trudem jak ja ją. Wiem, kolejny dowód mojej małostkowej natury…
Właściwie poza tym jednym szczegółem mój związek z chłopakiem przypominał idyllę: po pracy spędzaliśmy prawie każdy wieczór razem, a nawet jeśli nie to weekendy już tak. Wiedząc, że w przeciwieństwie do niego uwielbiam niespodzianki i podróże często organizował spontaniczne wypady do Torunia lub innego polskiego miasta. A wtedy spacerowaliśmy do później nocy, a on umilał mi czas opowieściami o zabytkach czy ciekawostkach danego rejonu. Czasem nawet pokazywał miejsca, które projektował on lub jego ojciec gdy jeszcze żył. Mariusz wiedział, że nigdy nie miałam okazji wyjechać dalej niż za przedmieścia Warszawy. Poza tym często uczył mnie nowych rzeczy, pokazywał nowe smaki, inspirował. Nie wspominając już o czułości i pasji z jaką pieścił mnie w łóżku. Tyle że gdy nadeszła lato,  jesień a po nim wielkimi krokami zima, zauważyłam, że Mariusz zaczął się ode mnie odsuwać. Chociaż właściwie to nie zauważyłam, bo to nie był powolny proces. Po prostu jednego dnia śmiał się ze mną i mojej gry w kręgle a drugiego nie mógł zmusić do uśmiechu. Nie mówiąc już o tym, że gdy chciałam go pocałować udał, że niby przypadkiem odkręca się do mnie policzkiem. Gdy wprost oskarżyłam go o ten celowy zabieg roześmiał się nieco sztucznie po czym jakby w rewanżu mnie objął. Przeprosił tłumacząc się bólem głowy skracając nasze spotkanie. A że była wówczas niedziela, to resztę popołudnia i wieczoru byłam zmuszona spędzić sama.
Tego samego dnia leżąc w łóżku mówiłam sobie, że to co się dziś wydarzyło między nami to nic takiego: w końcu każdy może mieć zły dzień. Poza tym Mariusz nigdy mnie nie oszukiwał: może naprawdę bolała go głowa a ja po prostu tylko wyolbrzymiałam problem? Ale gdy nie chciał się ze mną spotkać w poniedziałek i wtorek zaczęłam się niepokoić. Chociaż i tu zastosował wymówkę którą dawała mu praca. Spotkaliśmy się więc dopiero w środę, ale i tak Mariusz zachowywał się inaczej. I chyba celowo wybrał jakiś film w kinie, by uniknąć konieczności rozmowy ze mną. Podczas seansu widziałam, że interesuje go nie więcej jak mnie, bo błądził gdzieś myślami. W pewnej chwili wyszedł z sali by odebrać telefon. Nie byłam pewna, ale głos który słyszałam z głośnika komórki należał do kobiety.
Gdy powiedział, że w kolejny weekend również jest zawalony pracą to zaczęłam się niepokoić. I to poważnie. Bo gdy udając, że podczas ostatnich odwiedzin w jego biurowcu zostawiłam szal, wcale go tam nie spotkałam. Był za to Szymek z Asią. Ta druga całkiem ciepło uśmiechnęła się do mnie na przywitanie, za to Szymon posłał spojrzenie z ukosa. Tak jakby coś wiedział, ale nie chciał mi powiedzieć. Jakby zdawał sobie sprawę, że wcale nie odwiedziłam biura swojego chłopaka przypadkiem.
Te wszystkie wydarzenia zdecydowanie wpłynęły na moje zachowanie w pracy. Do tej pory to ja wiodłam tam prym jako czołowy żartowniś i dowcipniś, ale od ponad dwóch tygodni nie mogłam. W końcu, nie mogąc dłużej tego w sobie tłamsić podczas przerwy obiadowej powiedziałam Celinie, która od jakiegoś czasu stała się moją przyjaciółką, co mnie gryzie. A że była dość bezpośrednia mogłam liczyć na jej radę, a nie te nic nie znaczące poklepywanie po rękach czy nijakie słowa „będzie dobrze” jakie serwują ludzie których nic nie obchodzisz, ale starają się być mili.
- No, to czemu nie spytasz go wprost?- Odezwała się gdy jak najdokładniej streściłam jej zachowanie Mariusza z ostatnich tygodniu.
- O co?
- No o to dlaczego zachowuje się inaczej. Co go gnębi albo co robił przez ostatni weekend skoro tak cię to frapuje.
- Bo po prostu nie mogę.- W odpowiedzi Celi zrobiła zdziwioną minę. Ciężko westchnęłam.- No bo…bo chyba się boję. A co jeśli on już nie chce ze mną być?
- Więc czemu ci tego nie powie?
- Bo go nie znasz. On nie chce mnie zranić. Może właśnie tym się trapi? Jak mi to powiedzieć? Bo od tamtego czasu on ledwie zmusza się do pocałowania mnie.
- Może ma kochankę?
- Nie, oczywiście że nie. Nie mógłby mnie zdradzać. No chyba, że…chyba że się zakochał. I chce to zrobić, ale jako do cna uczciwy facet zamierza najpierw zakończyć związek ze mną.- Mówiąc to zakryłam sobie usta dłonią przypominając sobie tamten telefon podczas seansu w kinie.- Boże, a jeśli to naprawdę prawda?
- Nie wymyślaj czegoś czego nie ma. Może umarł mu chomik?
- Celi…
- No dobra, to był żart: chciałam żebyś się w końcu uśmiechnęła, bo w takiej formie jak teraz jesteś gorszym zamulaczem niż Fifi.- Miała na myśli jednego ze świetnych programistów należącego do naszego zespołu Filipa, który był doskonałym przykładem na to, że programiści to nudziarze.- No to może…ma kłopoty finansowe?
- Co?
- No wiesz: mówiłaś że dużo pracuje, coś go dręczy i nie pozwala o sobie zapomnieć. Może te jego biuro plajtuje?
- No…nie myślałam o tym, ale nie sądzę żeby…chociaż, chociaż to co mówisz ma sens.
- Widzisz, a ty wymyślasz tu jakieś kochanki. W najgorszym wypadku twój chłopak zostanie życiowym nieudacznikiem.
- To, że jego firma przeżywa trudności nie czyni z niego życiowego nieudacznika. A gdyby nawet i splajtował to i tak nigdy bym go nie zostawiła.
- Ja też: niezły z niego przystojniak.- Celina kilkakrotnie widziała Mariusza, na przykład gdy przyjeżdżał po mnie po pracy. Czasem gdy ja szykowałam się do wyjścia oni zamieniali ze sobą kilka zdań.
- Hej, jeszcze jeden taki komentarz i wszystko powtórzę twojemu mężowi Norbertowi.- Rzuciłam trochę w lepszym humorze.
- I tak trzymaj. A nie smęcisz kilkanaście dni ze strachu przed prawdą.- Niby nie powiedziała niczego odkrywczego, ale nagle poczułam jakby duży ciężar spadł mi z serca.
- Masz rację: nie wiem czego się boję. To znaczy wiem, ale fakt iż będę unikać prawdy przecież jej nie zmieni, prawda? Tyle tylko, że ja jej nie będę znała.
- Właśnie. I wcinaj te cukierki, bo zaraz przyjdzie Karolina i nam wszystkie zje.
- Jesteś okropna.
- A skąd: ja tylko dbam o to by jej gruby tyłek nie stał się monstrualnie gruby.- Odpowiedziała mi praktycznie szeptem, bo nasza koleżanka, właśnie się do nas zbliżała. W udawanej surowości pokręciłam głową zgodnie z radą biorąc z tacy czekoladowego cukierka.
Wciąż nie byłam niczego pewna, ale przynajmniej nie zamierzałam chować głowy w piasek.

***
- O Boże, wiedziałam to ona, prawda?- Spytałam Mariusza z przerażaniem gdy następnego dnia zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami przyjechałam do niego po skończonej pracy do biura a on właśnie żegnał się z jakąś śliczną brunetką. I diabli wzięli moje postanowienie o zachowaniu spokoju. Bo przestałam już wierzyć w tę możliwość o plajcie biura architektonicznego mojego chłopaka. Poza tym zaskoczenie sprawiło, że zapomniałam o tym co radziła mi Celina.
- Kto?- Odezwał się Mariusz.
- No ta dziewczyna która właśnie wyszła z twojego gabinetu.
- Mówisz o Roksanie?- Matko, jeszcze nosiła imię jak typowa prostytutka.
- Tak, o niej.- Powiedziałam się starając się zachować godność.
- I co z nią?- Pytał jakby od niechcenia błądząc myślami gdzieś daleko. Może myślał o ich następnej randce?
- Jak to co? Jest twoją kochanką?
- Słucham?
- To znaczy czy jesteś w niej zakochany, bo wiem że nigdy byś mnie nie zdradzał. Po prostu takie już masz zasady.
- O czym ty mówisz? To kolejny żart, którego nie jestem w stanie zrozumieć?
- Tym razem nie. Powiedz mi prawdę. Jaka by nie była; jestem na nią gotowa.- Dodałam nieco melodramatycznie.
- Oj, Ewelina, Ewelina.- Mariusz pokręcił głową jakby słyszał niedorzeczne bajdurzenia dziesięcioletniego chłopca na które nie warto nawet zwracać uwagi. Przy tym dalej zbierał z biurka jakieś dokumenty.- Chodźmy już lepiej do samochodu.- Bo tu gdzie jesteśmy sami nie mogę zrobić sceny, pomyślałam. Ale chyba mnie nie znał, bo ja potrafiłabym zrobić scenę nawet przy samym papieżu.
- Nie, porozmawiamy tutaj.- Z trudem przełknęłam ślinę.- Naprawdę niczego się nie bój: postaram się dobrze to przyjąć tylko nie zbywaj mnie ani nie kręć, okej? To wkurza mnie najbardziej.
- Kochanie, przecież Roksana przyszła tu po pracę.
- Jaką pracę?
- Sekretarki. Mówiłem ci, że ostatnio mamy nawał pracy.
- Wiem.- Między innymi dlatego wersja o bankructwie okazała się być fałszywa. Bo okazało się, że biuro architektoniczne się rozrasta z powodu nadmiaru zleceń a nie plajtuje.- Ale ona nie wygląda na kompetentną i starszą niż 22 lata. Podoba ci się?
- Ty mi się podobasz. I pani Roksana jest absolwentką architektury. Skąd podejrzenie, że coś nas łączy?
- Jak to skąd? Nie jestem ślepa. Od pewnego czasu zachowujesz się inaczej wobec mnie. Odsunąłeś się ode mnie.- Bardzo chciałam by znów się uśmiechnął, bo jeszcze raz zbył mój niepokój. Ale tym razem w jego oczach ujrzałam całkowitą powagę. I wiedziałam, że mam rację.- Widzisz? Nawet nie zaprzeczasz.
- To nie tak jak myślisz.
- O, nawet to stwierdzenie: „to nie tak jak myślisz”. Ty nigdy nie sypiesz takimi banałami.
- Usiądź proszę.- Nagle stchórzyłam. Pragnęłam tylko stąd jak najszybciej uciec. Byleby tylko nie słyszeć, że Mariusz wcale nie chce ze mną być.
- Wiesz co? Może rzeczywiście chodźmy już stąd.- Zaproponowałam.
- Nie, proszę: masz rację, chyba powinniśmy porozmawiać.
- Ale ja już nie chcę rozmawiać. Nie chcę słyszeć tego, że mnie…
- Że co?- Spytał cicho gdy nie mogłam dokończyć zdania.
- Chcesz się rozstać, prawda?- Powiedziałam po dłuższej chwili.- To stąd te twoje ostatnie pytania: o to czy cię kocham, jak wyobrażam sobie swoje przyszłe życie, co bym robiła jakbyśmy się nigdy nie spotkali. Chciałeś się upewnić, że jednak się nie rozpadnę i nie nadwyrężę zbytnio twojego sumienia. Ale wiesz co? Wcale nie zamierzam być empatyczna i dlatego mówię ci, że jeśli mnie zostawisz to będę cierpieć i w ogóle się tego nie wstydzę.
- Ewelina…
-…nie spokojnie: potem będziesz mógł mnie bez skrępowania rzucić: nie mam zamiaru grać na twoim poczuciu przyzwoitości i litości. A to że byłeś pierwszym mężczyzną w moim życiu nie zobowiązuje cię do tego byś musiał być nim na zawsze. W końcu mam już ponad 25 lat: kiedyś musiałam w końcu przestać być dziewicą, więc jeśli to cię powstrzymuje to…to nie musi. Jakoś sobie poradzę.
- Naprawdę?
- Tak.- Przytaknęłam z trudem.- To pękanie serca to w końcu bujdy: życie będzie musiało toczyć się dalej czy będziemy razem czy nie.
- Więc też uważasz, że nasze rozstanie jest słuszne?
- Tak, to znaczy nie. I nie wiem co mają znaczyć te wypytywania. Badasz mnie czy co?
- Nie, ja tylko…
- Co tylko? Powiedz co takiego się stało, że mnie rzucasz. Chcę chociaż znać przyczynę.
- Wcale cię nie rzucam.
- Nie? Chwilę temu spytałeś czy „też” chcę się z tobą rozstać. Nie czy chcę się z tobą rozstać. To sugeruje, że ty pierwszy tego chciałeś.
- Nie o to mi chodziło.
- Więc o co?- Gdy nie odpowiedział spytałam ponownie:- O co ci chodziło, Mariusz? Jeszcze chwilę temu nazwałeś mnie „kochaną”, a potem mówisz, że rozważałeś rozstanie.
- To nie tak.- Powtórzył znowu.- Kocham cię, przecież wiesz.
- W takim razie skąd ten pomysł o tym by się rozstać? Uważasz, że jestem dla ciebie za pospolita, za biedna, za głupia, za gruba…- Zaczęłam wymieniać pierwsze co przyszło mi do głowy. Potem jednak wpadłam na coś zupełnie innego.- A, już wiem: chodzi o twoją matkę, prawda?
- Hm?
- Nie akceptuje i wciąż nastawia przeciwko mnie: doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Tylko nie sądziłam, że zdoła przekonać ciebie.
- O Boże, moja mama wcale nie nastawia mnie przeciwko tobie. Może nie zostałyście przyjaciółkami, ale lubi cię.
- Błagam cię: ona mnie nie znosi. Ale skoro kłopot nie tkwi w twojej matce to gdzie?- Pytając spojrzałam prosto na Mariusza.
Cała jego postawa, sylwetka, wyraz oczu mówiły mi, że cierpi. Wyraźnie chciał mi coś powiedzieć, ale jednocześnie się wahał. A ja nie miałam pojęcia jak przekonać go do tego by to zrobił. Wreszcie zrozumiałam, że  konieczność milczenia i fakt, iż zmagał się z tym od kilku tygodni w samotności sprawił, że zachowywał się zupełnie inaczej. Dlatego teraz podeszłam bardzo blisko niego i dotykając dłonią jego policzka zmusiłam by spojrzał mi w oczy.- Mariusz, przecież widzę że cierpisz. Wyznaj mi prawdę. Wiem, że coś cię gryzie. Masz to wypisane na twarzy. Co się dzieje?- Nie odpowiedział mi, więc stając na palcach dotknęłam swoimi ustami jego warg. Przymykając przy tym powieki łzy które do tej pory błyszczały w moich oczach popłynęły po policzkach sprawiając, że pocałunek stał się gorzko-słodki. Odetchnęłam jednak z ulgą gdy Mariusz go zachłannie odwzajemnił. Dodatkowo wplótł w niego pasję i swoje uczucie. Dlatego zrozumiałam, że mówił prawdę: problem nie leżał w tym, że już mnie nie kochał. Nie wątpiłam w to nawet wtedy gdy znienacka się odsunął próbując delikatnie wyswobodzić z moich ramion.
- Ewelina, proszę: nie rób tego.
- Czego? Mam cię nie całować?- Znów nie odpowiedział więc drążyłam:- Mariusz?
- Gdyby chodziło tylko o mnie to…
- To co? Co chciałeś powiedzieć? Przestań w końcu milczeć i odpowiedz na moje pytania!- Krzyknęłam w końcu. Mój krzyk podkreśliła potem cisza, która zapadła. Poczułam, że zapadam się od środka: z trudem zmusiłam się do wyprostowania ramion. Potem wytarłam mokre policzki po których pociekło jeszcze kilka łez. Gdy doszłam do jako takiego porządku i zamierzałam chwycić swoją torbę by wyjść z biura Mariusza sama, usłyszałam w końcu jego cichy głos; tak cichy iż przestałam być pewna czy tylko go sobie nie wyobraziłam.
- Boję się.
- Czego?- Spytałam gdy nie dodał nic więcej. Gdy znów milczał pomyślałam, że tak jak poprzednio nie doczekam się odpowiedzi, ale tym razem ona padła natychmiast.
- Boję się, że będziesz przeze mnie cierpieć, że nie będę umiał cię uszczęśliwić.
- Co?
- Dlatego ostatnio zacząłem się zastanawiać czy to ma sens, czy nie lepiej się rozstać teraz puki to mniej boli.
- Jakie mniej? I skąd nagle takie myśli po ponad roku związku? Myślałam, że jak nie będzie Artura to wreszcie uwierzysz w moją miłość. A może jednak chodzi o niego, co? Masz mi za złe, że oglądam jego zdjęcia które wstawia z podróży na facebook’u? Uważasz, że za nim tęsknię?
- O Boże, nie. Po prostu…
- Co po prostu? Dlaczego nagle tak kręcisz? A może to tylko błaha wymówka by jednak się rozstać co? „To nie twoja wina, tylko moja”. Artur kiedyś mówił mi, że to świetny sposób na zakończenie związku i wyjście z tego z twarzą, bo dziewczyna nie ma wtedy pojęcia jak zbić takie argumenty. W końcu gdy nawet ma ochotę to zrobić musi przyznać, że jest mniej warta od faceta który ją rzuca.
- Oczywiście, że nie. Mówiłem już że cię kocham.
- Więc co mają znaczyć te gadki- szmatki o tym że niby nie będziesz umiał mnie uszczęśliwić, co?  Że przez ciebie będę cierpieć, że powinniśmy się rozstać póki mniej boli. I chyba tylko ciebie, bo na pewno nie mnie.
- Naprawdę mnie kochasz?
- Tak sądziłam; a przynajmniej jeszcze przez chwilą. Bo teraz zaczynam się zastanawiać czy jesteś wart mojej miłości. Nie zamierzam całego życia spędzać na tym by ci to udowadniać, Mariusz. Tym bardziej gdy myślałam, że ten etap nieufności i zazdrości mamy już za sobą.
- Ufam ci i to nie jest  żaden dowód.
- Więc co to jest, hm? Co chcesz mi powiedzieć? Że masz już żonę? Że mnie zdradziłeś? A może że jesteś ukrywającym się homoseksualistą lub mordercą? Dręczysz w parku małe dzieci i torturujesz małe zwierzątka? Do diabła, powiedz mi w końcu o co chodzi, bo nie mam już pojęcia w jaki inny sposób miałbyś mnie unieszczęśliwić. – I wtedy: dokładnie w tamtym momencie gdy wygłosiłam swój na poły sardoniczny, na poły złośliwy monolog Mariusz po raz pierwszy w życiu zrobił coś co całkowicie zbiło mnie z tropu. Nie ukrywam, że do tej pory czasami trudno było mi go przejrzeć i wielokrotnie zadziwiał mnie swoimi niespodziankami, ale nigdy nie sprawił że zapomniałam języka w gębie i mogłam tylko się w niego wpatrywać.
Śmiał się.
Rechotał najpierw cicho, potem coraz głośniej; po chwili trzęsło mu się całe ciało a z oczu prawie pociekły łzy. A gdy ja w końcu po jakimś czasie wyrwałam się z transu zdolna zareagować na przykład całkowicie go wymyślając, ponownie wprawił mnie w całkowite osłupienie mówiąc:
- Nie jestem żadną z tych osób które wcześniej wymieniłaś. Chcę tylko poprosić byś została moją żoną. I bardzo boję się twojej odpowiedzi.

wtorek, 1 marca 2016

Maskarada część IX



Gdy wygarnęłam Mariuszowi i nie zgodziłam się by odwiózł mnie do mieszkania, zrobiłam to co zapowiadałam Jastrzębskiemu. A mianowicie wróciłam do klubu. Dopiero wchodząc do ciepłego pomieszczenia zdałam sobie sprawę jak bardzo zmarzłam. Nie tylko na zewnątrz ale również w środku.
- Ewelina w porządku? Widziałem jak wybiegłaś z klubu, ale nigdzie cię potem nie mogłem znaleźć.- Artur nie mógł odnaleźć mnie w gorszym momencie. W końcu to znowu przez niego rozpadł się mój związek z chłopakiem. A raczej byłym chłopakiem. Dlatego by uniknąć uduszenia go bądź zrobienia mu krzywdy w inny sposób postanowiłam go zignorować. Szkoda tylko, że on nie był świadomy moich morderczych planów.- Gdzie Mariusz? Ewelina?
- Daj mi spokój.
- Pokłóciłaś się z nim?
- Nie, zerwaliśmy. Możesz więc sobie gratulować. Czyż właśnie nie o to ci chodziło?- Odpowiedziałam mu pytaniem, ale to był błąd bo od razu zaszedł mi drogę.
- Naprawdę się z nim rozstałaś?
- A można się rozstać na żarty? Ach, zapominałam że w twoim świecie można spotykać się na żarty, więc zrywać pewnie też.
- Chcę ci tylko pomóc. Nie zachowuj się jak dzieciak.
- Ha, i mówi to najbardziej niedojrzały facet jakiego znam. I odsuń się wreszcie. Muszę iść do tej cholernej łazienki, a potem wyjść z klubu.- Powiedziałam twardo starając się go wyminąć, ale wtedy powiedział coś co spowodowało, że przystanęłam:
- Przykro mi z powodu Mariusza.- Rzucił a ja mało co nie wybuchłam śmiechem słysząc taką hipokryzję. Jaja sobie robił czy co?! Po raz drugi niszczył mój związek ze zwykłego egoizmu i udaje, że to nie było celowe? Dlatego powodowana złością spytałam go retorycznie:
- Czy właśnie nie o to chodziło ci wtedy na parkiecie? O to byśmy się rozstali?
- Nie, chciałem tylko byś zrozumiała co jest dla ciebie ważne.- Bo ty naturalnie doskonale to wiesz, pomyślałam: ale zamiast tego nie chcąc się kłócić spytałam po prostu zrezygnowanym tonem:
- Co jest z tobą nie tak, Artur hm? Możesz mieć ka…no może nie każdą ale wiele dziewczyn na jedno skinienie palca. Do tego nie musisz martwić się o pieniądze. Ale mimo to uparłeś się żeby zrujnować życie właśnie mi. Serio aż tak mnie nienawidzisz za ten układ który nawiązaliśmy? A może swojego kuzyna?
- Dobrze wiesz, że to nie tak. Moje uczucia wobec ciebie są szczere.
- Uczucia? Ty po prostu jesteś zły za to, że gorszy w twoim mniemaniu od ciebie Mariusz mnie zdobył. Dopiero teraz to zrozumiałam. I może nawet gdzieś tak w swojej głowie uroiłeś sobie, że rzeczywiście mnie kochasz ale to bzdura. Gdyby tak było to nie całowałbyś się dzisiaj z Julitą nie wspominając o innych kobietach z którymi z pewnością przez ostatnie tygodnie miałeś styczność. Poza tym gdybym w końcu się ugięła, oczywiście czysto hipotetycznie, i poszedłbyś ze mną do łóżka przekonałbyś się, że dziewczyny z którymi się dotychczas zadawałeś są sto razy ładniejsze, zabawniejsze i ciekawsze ode mnie, więc po tygodniu byś mnie rzucił. Abstrahując już od tego, że być może to właśnie to jest motorem twoich uczuć, co? Urobiłeś wszystkie stażystki z naszej grupy: Kamilę, Darię i Olkę a głupia pensjonarka Ewelina się nie ugięła?
- To co powiedziałaś to wcale nie jest…
-…przykro mi w takim razie, że niestety nie jestem gotowa dać ci się wykorzystać bylebyś się tylko o tym przekonał.- Odepchnąwszy lekko, przerwałam mu bezceremonialnie kierując się  w stronę toalet. Tam szybko weszłam do jednej z kabin.
I ryczałam chyba z dziesięć minut. Byłam wściekła na Artura, na Kamilę, na Mariusza, ale chyba najbardziej na siebie. Bo z całego serca żałowałam tego co powiedziałam Jastrzębskiemu.
Przy tobie się dusiłam.
Tego w tobie nienawidzę.
Chciałabym cię uderzyć.
To były tylko słowa, ale miały niszczycielską wartość. Nawet nie chciałam teraz myśleć jak bardzo podle musi czuć się Mariusz skoro potwierdziłam jego podejrzenia o tym, że niby go nie kochałam kierując się interesownością i poczuciem bezpieczeństwa jakie mi dawał. A przecież bardzo go kochałam. To takie banalne, że człowiek odkrywa to dopiero poniewczasie. Dlaczego człowiek ma tę przywarę odpłacania innym za doznaną krzywdę? Dlatego po prostu nie mogłam zachować się godnie i starać się nie poddać emocjom?
Naturalnie on też nie był bez winy. Nie chciałam teraz myśleć o tym, że jeśli kocha mnie tak mocno jak mówi to powinien o mnie walczyć a nie poddawać się walkowerem. A w jego mniemaniu po prostu dawał mi możliwość do odnalezienia klucza swojego serca. I tylko ja mogłam zdecydować czy jest nim właśnie on czy Artur. Tyle, że z drugiej strony….z drugiej strony to było strasznie beznamiętne. Argumenty Jastrzębskiego były logiczne, dobrze przemyślane, precyzyjne i dlatego…dlatego bardzo bolały. No bo czy ktoś kto jest w stanie kończyć związek w taki sposób może naprawdę kochać?
Gdy choć trochę zdołałam się opanować wyszłam z kabiny idąc do najbliższej umywalki. Potem przemyłam twarz. Właściwie nie wyglądałam bardzo źle, chociaż tusz do rzęs dość mocno mi się rozmazał. Ale przy odrobinie wyobraźni można by uznać stan mojej twarzy za zabieg celowy. Opanowawszy się nieco wyszłam z łazienki by przekonać się, że Artur wciąż na mnie pod nią czeka. Ignorując go skierowałam się w stronę loży by oznajmić komuś, że wychodzę. Wbrew temu co wykrzyczałam Mariuszowi na odchodnym, ostatnie na co w tej chwili miałam ochotę to zabawa.
Kilka minut później zbywając „troskliwe” pytania o to co się stało, wyszłam z klubu. W nocnym autobusie wiele razy sięgałam po swoją komórkę by zadzwonić do Mariusza, ale coś mnie od tego powstrzymywało. W końcu to on ze mną zerwał, mówiła moja duma, więc tylko on może sprawić byśmy się znów zeszli. Tyle tylko, że czy gdyby role się odwróciły i gdybym to ja zobaczyła klejącą się do Jastrzębskiego laskę, jego biernie czekającego aż tamta go pocałuje to czy postąpiłabym inaczej? Z perspektywy czasu oraz gdy opadły emocje zdałam sobie sprawę, że Mariusz i tak okazał mi dużo wyrozumiałości. Nie oskarżał, nie obwiniał, nie nazywał brzydkimi określeniami w przeciwieństwie do mnie. Wciąż powtarzał tylko jaka to ja nie jestem wspaniała podkreślając, że to jego wina iż do mnie nie pasuje. Bo jest nudny, sztywny i sprawia że się przy nim kontroluję. Nie rozumiał, że ja wcale go tak nie odbierałam…
Boże, nie mogłam o tym teraz myśleć, bo nawet tylko ta czynność sprawiała, że łzy piekły mnie pod powiekami. Ani nawet dzisiejszej nocy, bo była już pierwsza gdy wróciłam z klubu do domu a natłok myśli spowodował, iż nie mogłam spać. Poza tym to była moja pierwsza noc w nowym mieszkaniu. Teraz w duchu śmiałam się do rozpuku gdy przypomniałam sobie swoje wcześniejsze plany. Wedle nich powinnam teraz spędzać pierwszą noc z Mariuszem, bo w końcu postanowiłam sama delikatnie mu to zasugerować a nie czekać aż on wykona pierwszy krok.
Rano było jeszcze gorzej.
Dodatkowo spotęgowały się moje wyrzuty sumienia za to, że w złości wykorzystałam własne kompleksy Mariusza by małostkowo go zranić. No i za mieszkanie w którym spędziłam swoją pierwszą noc. Jak u licha miałam w nim mieszkać przez pół roku skoro było wynajęte na nazwisko Mariusza? A ja nie oddałam mu do tej pory ani grosza za najem? W końcu mój były chłopak naprawdę może pomyśleć, że byłam materialistka i oszustką, której zależało tylko na kasie.
Miałam szczęście (albo i nieszczęście), że zerwaliśmy w piątek, bo cały weekend miałam na to by sobie trochę popłakać i porozpaczać (z małą przerwą na przewiezienie reszty rzeczy z domu pani Bożenki). Raz nawet zdesperowana chwyciłam za komórkę wybierając numer Mariusza, ale abonent znajdował się poza zasięgiem. Tyle, że gdy zrobiłam to ponownie to znowu był brak zasięgu…trzeci raz nie próbowałam, bo nie wierzę w przypadki. A fakt, iż Mariusz nie odbierał ode mnie telefonów wyraźnie świadczył o tym, że nie chce tego robić. A z skoro nie chciał tego robić to ja muszę to uszanować i pogodzić się z naszym rozstaniem.
Pierwsze trzy dni nowego tygodnia tylko dzięki pracy pozwalały mi non stop nie myśleć o byłym chłopaku. Ale o dziwo nie roztrząsałam naszego rozstania (co nie znaczyło, że już się z tym pogodziłam), ale słowa które wypowiedział do mnie Jastrzębski. Początkowo traktowałam je zupełnie abstrakcyjnie, uważałam że mylił się w każdym elemencie gdy czynił mi te swoje  wyrzuty. Tyle, że teraz zaczęłam dostrzegać w nich ziarenko prawdy. I chyba to sprawiało mi największy ból: fakt że miał rację. W końcu zachowywałam się przy nim inaczej, byłam mniej spontaniczna, mniej się uśmiechałam. Ale to wcale nie działo się z powodów o których on mówił. Wcale nie dlatego że było mi z nim źle. Po prostu przy nim czułam się inną osobą, lepszą osobą. To było całkiem naturalne…a przynajmniej tak mi się wydaje.
Tego samego wieczoru, by nie poddawać się dołującym myślom zdecydowałam się odwiedzić dom spokojnej starości. Trochę obawiałam się, że mogę przypadkiem spotkać Artura, bo jakimś cudem czasami potrafił trafnie przewidzieć moment moich wizyt, ale powiedziałam sobie, że gdy tylko tak się stanie to od razu wyjdę. Od tamtego nieszczęsnego wieczoru w klubie nie zamieniłam z nim ani słowa i nie miałam też zamiaru tego robić. Tym razem po prostu przesadził. Naturalnie nie zwalałam na niego całkowitej winy za rozpad mojego związku z Mariuszem- w końcu gdybym nie miała swojego za uszami to nie doszłoby do rozstania- jednak wciąż niezaprzeczalnie między nami mącił. Jednak upływający czas sprawił, że moja złość na niego się zmniejszyła a nawet minęła. Doszłam nawet do nieco absurdalnych wniosków, że w innych okolicznościach i wobec innej kobiety jego zainteresowanie mogło by zostać potraktowane pochlebnie. W końcu był dość wytrwały i konsekwentny w swoich działaniach, co z pewnością imponowałoby mi gdybym…no właśnie: gdybym go kochała. Ale ja nie byłam w nim zakochana. Ani trochę. Do tej pory nie mogłam zrozumieć i znaleźć wytłumaczenie tego co stało się między nami na parkiecie tuż przed zjawieniem się Jastrzębskiego. Bo to nie pożądanie i chęć pocałunku Artura sprawiła, że nie odsunęłam się od niego natychmiast, ale zwykły szok. To głupie wyjaśnienie, ale tylko takie przychodziło mi do głowy. Chociaż z drugiej strony faceci też często tłumaczą się w ten sposób swoim partnerkom: to ona mnie pocałowała. Dlaczegóżby więc nie miałoby to działać w obie strony?
Muszę przyznać, że wizyta w ośrodku (a raczej rozmowa z panem Andrzejem) znacznie podniosła mnie na duchu. Oczywiście staruszek od razu zauważył mój nieco zdołowany nastrój pytając co się stało. Nie miałam zamiaru udawać, że nic; poza tym żal i frustracja siedziały we mnie tak głęboko, iż w końcu dałam sobie okazję do pozbycia się ich. Powiedziałam więc całą prawdę o moim udawanym związku z Arturem a potem prawdziwym z Mariuszem. I o tym jak to okazało się, iż są kuzynami a Chojnacki uznał, że się we mnie zakochał. No i o tym jak to teraz uprzykrza mi z tego powodu życie.
- Ech tam: wy młodzi. Teraz z każdej rzeczy robicie wielki problem. Roztrząsacie najmniejszą błahostkę sprawiając, że rośnie do niewyobrażalnych rozmiarów. A przecież w każdym związku istnieje i tak masa przeszkód, wiec nie ma co ich mnożyć.- Nie powiem, żeby podobał mi się jego protekcjonalny komentarz: tylko zdziwienie powstrzymało mnie przed jakąś złośliwą repliką. I dlatego też słuchałam dalej:- A miłość jest bardzo prosta i wbrew pozorom nieskomplikowana: dla niej nie liczy się czas, odległość, wiek, status społeczny, moralność. Ona po prostu jest albo jej nie ma. Nie znika tak po prostu choć potrafi pojawić się całkiem niespodziewanie. Choć droga by w niej wytrwać nie jest usłana różami
- Rozumiem i pewnie w tym co pan mówi jest trochę racji. Ale z całym szacunkiem, takie generalizowanie i mądralikowanie wcale mnie teraz nie pociesza. Ani nie pomaga.
- Bo nie to było moim zamiarem. Jeszcze nie rozumiesz? Więc powiem wprost: skoro kochasz tego całego Mariusza to nie wiem co tu jeszcze robisz. Owszem, szkoda mi Artura bo naprawdę jest wartościowym choć nieco zagubionym chłopcem; ale to raczej kwestia zbyt dużej ilości forsy i cugli jakich popuszczają mu rodzice. No ale serce to nie sługa.
- Ale ja już sama nie wiem czy kocham Mariusza.- Powiedziałam w końcu.- To znaczy wiem, że go kocham, ale nie wiem czy to wystarczy. Tyle nas różni a jeszcze więcej dzieli.
- Czy ty w ogóle słuchałaś co powiedziałem do ciebie wcześniej, dziewczyno? Wyznałaś, że bardzo za nim tęsknisz, że uwielbiasz spędzać z nim czas, że jego nadmierna powaga wcale cię nie przeraża a fascynuje, że nie potrafisz tak po prostu o nim zapomnieć…jeśli to nie jest miłość to nie wiem co nią jest. A to, że czasami wydaje ci się beznamiętny czy też próbuje coś narzucić: co znając ciebie wydaję mi się być mało prawdopodobne, albo też irytuje cię jego doskonałość, bogactwo czy matka, to po prostu przeszkody które sama sobie wymyślasz. Jeśli masz ochotę zjeść na obiad szpinak z makaronem to ani fakt, iż musisz iść wcześniej do sklepu i kupić składniki, ani też to że przygotowanie pozostanie na twojej głowie nie zniechęci cię od tego. Tak samo jest z uczuciem i miłością: jeśli chcesz kogoś kochać to będziesz go kochać całą wieczność. Ale jeśli będziesz szukać w tej osobie wad, jeśli sama będziesz wątpić w swoje uczucie, wymyślać coraz to nowe przeszkody…to w końcu rozpad związku będzie jak samospełniająca się przepowiednia. Dlatego zacznij od tego czy jesteś gotowa na ryzyko i trudy budowania związku co nie jest łatwe. Jeśli nie to po prostu się w to nie pakuj, bo potem będzie jeszcze trudniej. Widzisz, miłość to kwestia podejścia. Czy wiesz dlaczego dawniej ludzie się nie rozwodzili a jeśli już robili to bardzo rzadko? Wcale nie z powodu wygodnictwa, chęci uniknięcia skandalu czy etykietki rozwodnika. Oni po prostu wiedzieli, że jedno potknięcie nie oznacza końca związku. Nie interpretowali z osobna poszczególnych zachowań drugiej strony, nie wywlekali wciąż tej samej przypalonej patelni albo wypitego piwa. W czasach w których żyłem przedmiotów się nie wyrzucało a naprawiało, bo tak byliśmy nauczeni. Dlatego tak samo postępowaliśmy w sprawach miłości: ja przeżyłem z jedną kobietą ponad 40 lat życia i wcale tego nie żałuję. I nie żałuję tego, że przed nią ani po niej nie było w moim życiu innej, że nie miałem szansy spróbować z kimś innym z kim być może mogłoby mi być lepiej. Wcale tego nie neguję, ale że nie miałem okazji się o tym przekonać uważam że Lilka była miłością mojego życia i właśnie z nią było mi idealnie.  Myślę, że na tym polega problem dzisiejszej młodzieży: bo mają porównanie, masę porównań. Wszystko jest dostępne, modne jest tzw. „wypróbowywanie się”, wierność stała się nudna: a gdy chłopak jest prawiczkiem czy dziewczyna dziewicą to okropny wstyd. Gdy ja byłem młody to był dar: nigdy nie nazywano tego „uprawianiem miłości” jakby to był jakiś sport; nigdy nie mierzono prestiżu mężczyzny ilością kobiet z którymi spał. Ale chyba trochę odbiegłem od tematu.
- Wcale nie. A nawet jeśli to…to to co pan mówi to bardzo ciekawe.
- Tak.- Pan Andrzej uśmiechnął się choć nie tak filuternie jak zwykle. A ja wciąż nie mogłam wyjść z szoku, że te słowa wydobyły się z ust tego zabawnego staruszka, któremu w głowie zawsze były wygłupy i karty.- Zaskoczyłem cię co?- Spytał chwilkę później jakby domyślając się moich myśli.
- Tak.- Przyznałam, bo i nie było co kryć. We własnych myślach wciąż przetrawiałam jego słowa.- Nawet bardzo.
- W takim razie bardzo mnie to cieszy. To znaczy fakt, iz dałem ci do myślenia. Jesteś wyjątkową dziewczyną i wierzę, że postąpisz właściwie; tak byś była szczęśliwa. Bo życzę ci tego z całego serca. Poza tym tak byłoby lepiej dla mnie, bo w takim smętnym nastroju twoje towarzystwo jest bardzo męczące.
- Dziękuję.- Odpowiedziałam troszkę rozbawiona gdy wrócił do swojego zwyczajowego kpiarskiego tonu. Przynajmniej zanim nie dodał:
- I nawet jeśli w duchu widziałbym ciebie z Arturem…
-…panie Andrzeju.- Zaperzyłam się, ale widząc jak mrugnął do mnie okiem tylko ostrzegawczo pokręciłam głową.
-…to serce nie sługa i z wielką chęcią odtańczę walca na twoim weselu z tym całym Mariuszem.
- Nie wiem czy to w ogóle kiedykolwiek nastąpi, ale bardzo dziękuję za życzenie.
- Jeśli tego pragniesz to tak się właśnie stanie.
- Tyle że chcieć to nie zawsze móc.- Odpowiedziałam mu.
Nie powiem żeby rada pana Andrzeja sprawiła, że od razu poleciałam do Mariusza jak na skrzydłach. Wciąż miałam w głowie mętlik; poza tym wbrew temu jak pięknie brzmiały wygłoszone przez staruszka słowa to i tak uważałam miłość za skomplikowaną sprawę. Poza tym bałam się spotkania z Mariuszem. Bałam się tej kategoryczności i braku odwrotu. Bo co jeśli odeśle mnie z kwitkiem? Teraz mogłam się jeszcze łudzić, że mnie kocha i mu na mnie zależy. Ale nasze następne spotkanie przecież wszystko miało rozstrzygnąć.
W czwartek ponownie wybrałam numer byłego chłopaka, ale stchórzyłam i po pierwszym sygnale się rozłączyłam. Właściwie to nie byłam nawet pewna czy nie zrobiłam tego wcześniej. Bo zaraz gorzki żal i moment w którym ze mną zerwał wrócił jak bumerang. Ale do piątku zdecydowałam, że powinnam porozmawiać z nim jeszcze raz: nawet jeśli tylko po to by spłacić mieszkanie które mi dał. Miał kasę czy nie miał, nie miałam prawa przyjmować od niego niczego…no może z drobnymi wyjątkami, pomyślałam patrząc na leżącą na biurku srebrną bransoletkę. Przypomniałam sobie okoliczności podarowania mi tego prezentu; zapowiedź inwigilacji Moniki, złośliwą pani Jastrzębską i jej okropną kolację urodzinową. A on mi jeszcze dał tę bransoletkę. Kochał mnie, byłam tego pewna. Ale z drugiej w ogóle nie ufał i wierzył w to że kocham jego kuzyna. Poza tym zranił tak po prostu rzucając. A ja chciałam się jeszcze przed nim ukorzyć? Ale byłam mu przecież winna przeprosiny, przecież prawie pocałowałam się z Arturem…
Ostatecznie wciąż bijąc się z myślami w piątkowy wieczór postanowiłam się do niego wybrać (tzn do Mariusza). Wiedziałam, że o dwudziestej powinien skończyć pracę, a przynajmniej kończył ją o tej godzinie gdy jeszcze się ze sobą spotykaliśmy, więc koło ósmej przyszłam pod jego mieszkanie. Gdy po pół godzinie się nie zjawił przypomniałam sobie, że czasami w piątki potrafił pracować do dziewiątej bo po końcu tygodnia wolał zostawiać wszystkie swoje sprawy dokończone. Dlatego wyjmując słuchawki i telefon postanowiłam usiąść na schodach i na niego poczekać. Nawet gdy chwilę później zaczął padać ten przeklęty deszcz. W pierwszej chwili pomyślałam, że to znak; znak bym poszła stąd jak najprędzej, ale z drugiej strony czułam się głupio koczując przed domem Jastrzębskiego przez (tu spojrzałam w ekran komórki)…matko, dwie godziny z czego ponad jedną na deszczu. Toby wyjaśniało dlaczego było mi tak cholernie zimno.
Z każdą upływającą minutą coraz bardziej traciłam nadzieję na to, że Mariusz wróci na noc do domu. Być może nocował u matki bądź siostry, a ja jako totalna idiotka zamiast do niego zadzwonić (a przynajmniej spróbować skoro postanowił ignorować moje telefony), po prostu siedziałam przed wejściowymi drzwiami licząc na to że przyjdzie. Ale z drugiej strony gdybym się poddała oznaczałoby to, że ponad dwie i pół godziny spędziłam na deszczu i wietrze całkiem niepotrzebnie. Dlatego nie pozostawało mi nic innego jak tylko czekać. I w końcu się doczekałam: gdy całkowicie zrezygnowana niemal leżałam na wycieraczce jak jakiś bezdomny kuląc się przed deszczem który kilka minut temu zaczął znów padać.
- Ewelina? Co ty tu robisz? I to w takim stanie?- Choć nie było to przywitanie na jakie liczyłam to mimo to uśmiechnęłam się do niego. Bo w końcu się go doczekałam. – Matko, wstań. Jesteś cała mokra.- Bez słowa sprzeciwu wykonałam polecenia Mariusza albo raczej się starałam, bo nie przewidziałam że zmarznięte i przemoczone kończyny mi to uniemożliwią. Na szczęście jednak przed upadkiem uratowały mnie bystre ramiona byłego chłopaka, który bez wahania wypuścił swoją parasolkę bym nie spadła ze schodów (no dobra, właściwie były to tylko trzy niewysokie schodki, ale mimo wszystko). W innych okolicznościach pewnie by mnie to ucieszyło; teraz jednak z trudem utrzymywałam się na ścierpniętych nogach. – Boże, jesteś przemarźnięta. Jak długo tu czekasz?
- Jakiś czas.- Odpowiedziałam mu enigmatycznie.
- Wiesz co Mariusz? Dokończymy ten projekt w weekend. Jak widzę masz teraz inne zajęcie.- Dopiero teraz  patrząc w bok zauważyłam, że przy furtce domu stoi współpracownik Jastrzębskiego, Szymek. Byłam chyba zbyt zmarznięta by czuć choć odrobinkę zakłopotania.
- Jasne, przepraszam.- Powiedział Jastrzębski.
- Nie ma za co.- Odparł mu tamten, a potem usłyszałam dźwięk zamykanej furtki. Potem Mariusz wciąż nie wypuszczając mnie z ramion zaczął kierować się w stronę drzwi wejściowych swojego domu. I wstukiwać pin.
- Parasolka.- Wyszeptałam.
- Hm?
- Zostawiłeś na dworze parasolkę.- Wyjaśniłam gdy znaleźliśmy się w środku domu.
- Pal licho parasolkę. Teraz muszę zająć się tobą. Nie mogę uwierzyć, że tak po prostu czekałaś tu w deszczu. Przecież jeszcze trochę i byś zamarzła.
- Chciałam z tobą porozmawiać.
- Więc trzeba to było zrobić jutro w dzień a nie późnym wieczorem. Albo najpierw się umówić.
- Nie odbierałeś moich telefonów.- Przypominałam.- Skąd miałam wiedzieć że teraz nie będzie podobnie?
- Idź do salonu i poczekaj na mnie. Zaraz przyniosę z łazienki ręczniki…- Rzucił jeszcze a potem prawie biegiem poszedł w stronę łazienki. A ja zamiast spełnić jego polecenie zdjęłam przemoczoną kurtkę i buty. Potem ostrożnie zaczęłam poruszać palcami u stóp. Cholera, naprawdę chyba zaczęłam zamarzać.- Co ty tu jeszcze robisz?! Przecież miałaś być w salonie.
- Nie chciałam brudzić ci dywanu i podłogi. Mam mokre skarpetki.
- Guzik mnie obchodzą podłoga i dywan. Chodź.- Narzuciwszy na mnie śnieżnobiały mięciutki ręczniczek zdecydowanie pociągnął mnie w stronę salonu. Tam znów zaprotestowałam gdy chciał bym usiadła na sofie.
- Nie mogę, bo ją zniszczę.
- Więc posadzę cię na niej siłą.- Prawie krzyknął. Był wyraźnie zirytowany. Dlatego spytałam:
- Gniewasz się na mnie?
- A nie mam powodu? Jak można być tak lekkomyślnym? Przecież padał deszcz. I choć kalendarzowo mamy wiosnę to wciąż temperatura nie przekracza pięciu stopni. A ty musiałaś tam sterczeć przynajmniej półtorej godziny. Boże, drogi. Jeśli nabawisz się zapalenia płuc to…- Nie słuchałam go dalej, bo uświadomiłam sobie dwie rzeczy. Moja wizyta zupełnie go zaskoczyła. A to spowodowało, że nie mógł powstrzymać swoich emocji. Emocji których tak bardzo w nim pragnęłam-…na dodatek jeszcze się uśmiechasz. Widzisz, już masz gorączkę.- Ciągnął wciąż zirytowanym głosem jednocześnie przykładając mi dłoń do czoła. A ja zrozumiałam że on wciąż mnie kocha. Bo w końcu zmusiłam go do ukazania prawdziwych uczuć: troski, opiekuńczości i oddania wbrew temu iż się rozstaliśmy. Nawet jeśli była to również złość na mnie samą.- Idę do kuchni po coś ciepłego do picia dla ciebie i aspirynę. A ty w tym czasie zdejmij te przemoczone spodnie i owiń się ręcznikiem. Drugim osusz sobie włosy. Przyniosę ci jeszcze jeden żeby było ci cieplej. Albo najlepiej jakieś ubranie na przebranie zanim twoje własne się wypierze i wyschnie.
- Nie trzeba.- Odpowiedziałam, ale mówiłam już tylko do ciebie. Potem przymknęłam oczy wciąż się uśmiechając pod nosem. Jakiś czas później zdjęłam mokre spodnie i skarpetki (na szczęście bieliznę miałam suchą) owijając się kolejnym miękkim ręcznikiem. Od razu poczułam się lepiej.
Po przyjściu Mariusza musiałam słuchać jego wyrzutów, wypić okropną aspirynę (oczywiście zapobiegawczo) i włożyć zostawiony tu kiedyś przez Monikę sweter. Na szczęście ostro zaprotestowałam, więc uniknęłam tego ostatniego gdy Mariusz zaproponował że przyniesie mi swój. Na to mogłam przystać, choć jego chyba rozbawiła moja demonstracja niechęci. Gdy zrobiło mi się cieplej a Mariusz odniósł moje mokre rzeczy do pralni i wrócił z powrotem do mnie, atmosfera stała się niezręczna. Bo nic nie było już do zrobienia. Poza tym, gdy minęła mu pierwsza chęć troski o mnie,  chyba zaczął zdawać sobie sprawę, że jestem dziewczyną z którą rozstał się tydzień temu. I która nie powinna mieć tu czego szukać. Zwłaszcza po jedenastej wieczorem. A może właśnie delikatnie chciał mnie spławić? Tyle, że jako dżentelmen nigdy tego nie zrobi.
- Cieplej ci już?- Spytał w pewnym momencie nie patrząc mi w oczy.
- Tak.- Odpowiedziałam.- Dziękuję. I przepraszam za kłopot.
- Mam tylko nadzieję, że ta wizyta nie sprawi że się poważnie rozchorujesz.
- Raczej nie. Mam bardzo silną odporność i byle deszcz…- urwałam, bo dokładnie w tym momencie poczułam kręcenie w nosi i kichnęłam. Mariusz spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem.- To tylko dowód na to, że mój organizm się broni przed infekcją.- Dodałam w odpowiedzi na jego nieme oskarżenie o to, iż jednak nie miałam racji.
- Przyniosę ci jeszcze coś na wzmocnienie.- Mariusz właśnie wstawał z fotela, ale ja go powstrzymałam:
- Nie, to niepotrzebne, naprawdę. Ja chciałam z tobą porozmawiać.
- W takim razie słucham.- Odpowiedział mi ponownie zajmując miejsce w fotelu. A temat który chciałam podjąć sprawił że się zmieszałam.
- Ja…ja przyszłam tu żeby cię przeprosić. To znaczy nie za to że koczowałam pod twoim domem ponad trzy godziny jak jakaś bezdomna, ale za to co wtedy powiedziałam o tobie przed klubem. Ja wcale tak nie myślę, Mariusz. Mówiłam to w złości tylko po to by cię zranić. Bo mimo tego, że mnie rzuciłeś, to jesteś wspaniałym facetem. I chciałam żebyś to wiedział nawet jeśli teraz mnie nie cierpisz.
- Ewelina to naprawdę nie jest…
-…nie, spokojnie: daj mi tylko dokończyć. Obiecuję, że nie zamierzam znów o cokolwiek błagać albo ci dorzekać. Po prostu chciałabym abyś to wiedział.- Zrobiłam krótką pauzę na zebranie myśli.- Zacznę od tego, że miałeś co do mnie rację: to co zaszło między mną a Arturem było też moją winą. I choć wcześniej tak tego nie odbierałam to teraz wiem, że go zachęcałam. Ale wcale nie dlatego, że wahałam się którego z kuzynów wybrać albo nie dlatego że wybrałabym jego gdyby dorósł do związku jak się kiedyś wyraziłeś. Nie, Artur nigdy nie byłby drogi mojemu sercu tak jak ty…to znaczy nawet gdyby przestał być taki beztroski czy obiecał że pozostanie mi wierny; albo gdyby nie było cieb…gdybym nie kochała nikogo innego to i tak nic by z tego nie wyszło.  Tyle, że…ogromnie wstyd mi się do tego przyznać, ale jego zainteresowanie mi schlebiało. Nie jestem piękną, wystrzałową laską za którą faceci oglądają się na ulicach. Od śmierci rodziców praktycznie nie mam czasu na zabawę, a przedtem nie interesowałam się rówieśnikami na tyle, by z którymś z nich zbudować coś trwalszego. Dlatego fakt, że ktoś taki jak Artur to zrobił…może było w tym coś z psa ogrodnika tak jak wyraziła się Kamila, ale nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po prostu gdy zobaczyłam go z Julitą poczułam rozczarowanie, że tak szybko mu się znudziłam. Całkiem paradoksalnie zresztą bo jednocześnie chciałam również, by Chojnacki w końcu dał mi spokój. To wszystko. Teraz wiem, jakie to było głupie; jak żenująca była moja próżność ale nie potrafię już zmienić przeszłości.
- Cieszę się, że mi o tym powiedziałaś.
- To jeszcze nie koniec. Myślałam również nad twoim spostrzeżeniem jakoby na temat mojego powściągliwszego zachowania wobec ciebie. I tu również skłamałam, bo rzeczywiście czasami w twojej obecności zachowuję się rozważniej, kontroluje swoje zachowanie, jestem mniej powściągliwa. Ale bardzo to lubię: lubię to że mnie wyciszasz, że sprawiasz że ogarnia mnie spokój. Tyle, że jeśli chodzi o przyczynę to…to wcale nie robiłam tego bo sądziłam że tego ode mnie oczekujesz czy pragnęłam cię zadowolić. Ja po prostu się bałam.
- Mnie?
- Bałam się, że zorientujesz się iż jestem całkiem inna niż ty, że nie potrafię panować nad swoimi emocjami a co dopiero próbować ich ukrywać, że popełniam gafę za gafą, że czasami po prostu jestem śmieszna jeśli nie żałosna. I okropnie bałam się, że gdy to dostrzeżesz to mnie rzucisz.
- Co?
- Nie umiem być powściągliwa jak ty: czasami po prostu gdy coś mnie bawi nie potrafię powstrzymać się od śmiechu; w kinie podczas dramatów płaczę choć wiem że to tylko zwykły wymysł dlatego też nie znoszę ich oglądać. Śmieję się głośno a gdy się wkurzę to po prostu przeklinam. Miałeś tego próbkę przed klubem gdy zdenerwowana gadałam głupoty byleby tylko ciebie zranić nie potrafiąc zachować godności. I wcale nie mam tak wyrafinowanego gustu jak ty. W porównaniu do ciebie jestem nikim: trzpiotowata, biedna panienka jakich dookoła wiele. Co mogłoby cię do mnie przekonać? Dlatego uważałam, że jeśli postaram się zachowywać choć trochę powściągliwie i ograniczę swoją spontaniczność to zrozumiesz, że jestem dla ciebie właściwa. Że to nie przejaw nieodpowiedzialności czy niestałości w uczuciach, ale po prostu mojego charakteru.
- Ewelina, przecież tyle razy powtarzałem ci, że właśnie to w tobie kochałem. Twoją naturalną radość i jakieś ciepło które nigdy nie znika, to że mała rzecz potrafi sprawić że będziesz płakać ze szczęścia. To, że w jednej chwili się śmiejesz, a zaraz po tym przypominając o czymś smutnym nie możesz powstrzymać łez. Właściwie to uwielbiam w tobie to czego ja nie mam.
- Czasami tak po prostu się mówi by kogoś nie zranić. A z twojej twarzy nigdy nie potrafię niczego wyczytać. Poza tym…kochałeś? Więc nic już tego nie zostało, nawet maciupeńka cząstka?- Spytałam bardzo cicho jednocześnie obawiając się jego odpowiedzi. Ale gdy się uśmiechnął i spojrzał zupełnie inaczej niż zwykle poczułam jakieś ukucie wokół serca.- Och, czy to znaczy że nie?
-  A jednak potrafisz czytać w mojej twarzy jak w otwartej księdze. Oczywiście, że nie. Chyba…to znaczy na pewno nie potrafiłbym przestać cię kochać.
- Więc czemu mnie porzuciłeś?
- Ewelina, tydzień temu wcale nie chciałeś zerwać. Po prostu usiłowałem ci powiedzieć, że chcę dać ci czas na oswojenie się ze swoimi uczuciami i przekonanie się czy jednak mimo wszystko nie wolałabyś się związać z Arturem. Chciałem byś sobie to poukładała i przemyślała.
- Więc…chodziło tylko o krótką przerwę?
- Właściwie…tak. No chyba, że po tym czasie to ty zdecydowałabyś że powinniśmy się rozstać.
- Chcesz powiedzieć, że…że to iż przeżyłam koszmarny tydzień jest tylko moją winą?- Prawie jęknęłam.
- Niezupełnie. Było w tym również trochę mojej winy, chyba nierozważnie dobrałem słowa, więc mogłaś odnieść takie wrażenie.- Naturalnie wiedziałam, że tylko stara się mnie pocieszyć. Ale mnie interesowało coś jeszcze.
- A nawet wtedy ani trochę o mnie nie walczyłeś?
- Kochanie, można walczyć z przeszkodami, ale nie z wiatrakami. Jeśli to ty założyłaś że zerwaliśmy, być może gdzieś tam w swojej podświadomości właśnie tego chciałaś.
- Jeszcze raz powiesz coś takiego a przysięgam, że dam ci po…- Urwałam, bo to co zamierzałam powiedzieć raczej nie było do wypowiedzenia. Ale widząc uśmiech Mariusza zrozumiałam, że mnie prowokuje. Doskonale wyczuł moment o którym kilka minut temu mu mówiłam. Jeden z tych podczas których starałam się ograniczać by nie wyjść na wulgarną i prostaczkowatą. Dlatego teraz świadoma prowokacji dokończyłam mając gdzieś takt i kolokwializm:- …a przysięgam że dam ci po gębie, pajacu. Przecież cię kocham. Całym sercem. Ślepy jesteś czy co? Sądzisz, że stałam przed twoim domem w deszczu dla rozrywki?
- Prawdę mówiąc do tej pory czasami jeszcze nie byłem tego pewny. Dlatego teraz skoro już to wiem to…
-…i jestem tego pewny.- Podsunęłam mu usłużnie.
-…i jestem tego pewny.- Powtórzył z trudem hamując nad uśmiechem- …to uroczyście oznajmiam ci, że nigdy nie pozwolę ci odejść. Gdy się ze mną pokłócić nazywając pajacem, gdy będziesz chciała dać mi po gębie albo nawet to zrobisz, gdy znów będziesz narzekać na moją nudną pracę. Wtedy też będę cię kochał. I będę o ciebie walczyć. Już nigdy nie pozwolę by ktokolwiek lub cokolwiek nas rozdzieliło.- O Boże, to było takie słodkie i pełne żaru, że łzy same stanęły mi w oczach. Pospiesznie zamrugałam by je odgonić, bo teraz nie chciałam płakać. Ale Mariusz i tak zauważył w jakim jestem stanie. Ostrożnie przysunął się na sofie delikatnie przechylając moje ciało w stronę swojego ramienia. Z prawdziwą przyjemnością się w niej wtuliłam.
- Nigdy mnie nie zostawiaj i nie pozwól nadinterpretowywać swoich słów.- Powiedziałam w jego klatkę piersiową.
- Obiecuję, że tego nie zrobię. A ty obiecaj, że o każdych swoich obawach będziesz mi mówiła. I przestaniesz się kontrolować i zachowywać tak bym twoim zdaniem się tobą nie rozczarował. Bo to po prostu niemożliwe. Taką ciebie kocham.
- A jeśli zacznę klnąć jak szewc, nosić pomarańczowe bluzki i przefarbuję się na rudo? Zacznę wprawiać cię w zakłopotanie i robić odważne rzeczy na które mam ochotę?
- Kolor włosów czy ubrań nie sprawi, że staniesz się kim innym. Co to wulgaryzmów sam czasami ich używam a wprawić mnie w zakłopotanie bardzo trudno. Jesli chodzi o odważne rzeczy, hm…myślę że jeśli to nie będzie walka z kobrą w tajlandzkich zawodach lub skok przez okno z drugiego piętra to jestem w stanie to przeżyć.
- Nie, nie mam zamiaru ryzykować swojego życia. Miałam na myśli coś całkiem innego, ale…czy w Tajlandii naprawdę są takie zawody?
- Tak, nigdy o nich nie słyszałaś?
- Prawdę mówiąc nie. I skłonności samobójczych też nie mam, więc skakać z drugiego piętra też nie zamierzam.
- Więc jakie odważne rzeczy miałaś na myśli?
- No cóż…na przykład takie.- Podniosłam głowę, a potem dłońmi objęłam Mariusza za szyję trochę pochylając ją bym bez przeszkód mogła go pocałować.- I takie.- Kontynuowałam kilka sekund później tyle że tym razem moje usta zsunęły się na jego policzki a potem szyję. Dłonie natomiast zaczęły błądzić po jego karku. – Lubię ukazywac swoje uczucia. Co ty na to?
- Hm, uważam że jakoś to zniosę.
- Jakoś to zniesiesz?- Powtórzyłam z niedowierzaniem. W odpowiedzi tylko się roześmiał. Nie zrobił tego jednak tak powściągliwie jak dotąd.- Chcę żebyś przy mnie zawsze robił to w ten sposób.- Dodałam dotykając wskazującym palcem jego ust.- Chcę żebyś gdy jesteś przy mnie szczęśliwy mi to pokazywał.
- Ja przecież jestem z tobą szczęśliwy. Po prostu nie nawykłem do okazywania uczuć w tak wylewny sposób. Chociaż przy tobie i tak szczerzę sie jak głupiec.
- Uśmiech jest tym niby wylewnym sposobem?
-  Twój na pewno. I dlatego go uwielbiam.
- Próbujesz odwrócić kota ogonem.
- Wcale nie. I chciałbym powiedzieć, że wyglądasz ślicznie w moim sweterku.
- Dzięku…Widzisz? Znów to robisz.
- Może trochę. A więc obiecuję, że przy tobie będę śmiał się tak często jak mam ochotę nawet jesli inni uznają że brak mi piątej klepki.
- I nigdy nie unikaj kłótni.
- Oczywiście.
- A gdy cię obrażam nie udawaj, że tego nie słyszałem i wykrzycz mi moje wady.
- Tak, pułkowniku.- Darowałam sobie zruganie go, bo prawdę mówiąc w tej chwili byłam bardzo szczęśliwa. Ale musiałam omówić jeszcze jedną rzecz.
- Co do twojego mieszkania to zamierzam oddać ci za nie pieniądze co do złotówki. I planowałam to zrobić nawet gdybyśmy się rozstali na amen, więc to co sugerowałam przed klubem to było kłamstwo.
- Przecież ustaliliśmy że o tym zapominamy, prawda?
- Tak, ale…
- Ale?
- Ale było mi bardzo przykro gdy trochę ochłonęłam i zdałam sobie sprawę jak cię zraniłam mówiąc te wszystkie rzeczy.
- To już nieważne, Ewelina. Naprawdę. Ja też cię zraniłem.- Odpowiedział mi całując w skroń. Po chwili, jakby z wahaniem spytał:- Czy rozmawiałaś potem z Arturem?
- Gdy wróciłam na moment do klubu ostro go zrugałam, ale potem nie. Nie mam zamiaru kontynuować z nim znajomości. Sądziłam, że jest moim przyjacielem a on jest tylko potwornym egoistą który chce postawić na swoim.
- Po prostu cię kocha.
- Nie prosiłam go o to.
- Teraz jesteś niesprawiedliwa.
- A ty go bronisz?
- Wcale nie. Ale doskonale potrafię zrozumieć, bo sam czuję to samo.
- Ale w przeciwieństwie do niego mnie nie dręczysz i nie usiłujesz przekonać że cię kocham. To już raczej ja muszę cię stale o tym przekonywać. Poza tym nie mówmy już o nim. Wolę spędzać czas znacznie przyjemniej.- Znów wtuliłam się w Mariusza zamykając na moment oczy. Uwielbiałam czuć łączącą nas czułość. Chwilę później ponownie się pocałowaliśmy, a raczej ja go pocałowałam, bo przez ostatni tydzień bardzo mi tego brakowało. Jakiś czas później, gdy tak po prostu siedzieliśmy w ciszy spytałam go:
- Mogę zostać u ciebie na noc?- Poczułam, że jego ciało znieruchomiało, ale gdy się odezwał głos miał taki jak zwykle.
- Jasne, w końcu jest już późno. Pościelę ci w pokoju gościnnym.
- Nie, głuptasie.- Zaprzeczyłam trochę rozbawiona i trochę zirytowana.- Pytałam o to czy mogę spędzić tę noc z tobą.
- Dlaczego?
- Jak to dlaczego?
- Ewelina, nie musisz mi niczego udowadniać. Wiem, że mnie kochasz i nic nie czujesz do Artura. I tak jak mówiłem wierzę w to całym sercem.
- To nie miał być dowód. Po prostu tego chcę...właściwie już od jakiegoś czasu.
- Naprawdę?
- Tak, naprawdę. A ty znasz mnie na tyle by wiedzieć jak wiele to dla mnie znaczy i że nigdy nie zdecydowałabym się na to dla jakiegoś dowodu czy chwili słabości.
- Kocham cię.- Powiedział mi tylko w odpowiedzi. A potem poniósł na rękach aż do swojej sypialni.