Łączna liczba wyświetleń

środa, 4 marca 2015

Cienie przeszłości: Rozdział XX: Nowy rozdział.



Kilka dni po rozwodzie, spacerując ulicami miasta błądziłam bez celu wśród znanych i mniej znanych mi uliczkach Warszawy (pojechałam tam autobusem by odwiedzić grób swojego synka). Rozmyślałam o swoim życiu zastanawiając się co mam teraz zrobić. Czułam się tak jakbym przeżyła już wszystko co był w stanie ofiarować mi los. Bo moje szczęście, choć krótkie było intensywne. Przeżyłam historię niczym z harlequinowskiego romansu z Jackiem, potem pokochałam prawdziwą i dojrzałą miłością  Łukasza, który stał się moim mężem. Następnie urodziłam dziecko, któremu dane było żyć tylko kilkanaście miesięcy. A potem twardo spadłam na ziemię i wszystko straciłam. Co gorszego jeszcze mogło mnie czekać skoro straciłam najbliższe mi osoby? Właśnie tak podchodziłam teraz do życia. Jak człowiek, który nie ma już nic do stracenia, którego los nie może już niczym zaskoczyć. Nie ze strachem, a całkowitą rezygnacją. Bo przestałam wierzyć w szczęśliwe zakończenia. Nie byłam w stanie wyrwać się z otchłani melancholii choć ona i tak była stokroć lepsza od depresji i całkowitego załamania jakie przeżyłam. Tyle, że każdy dzień był walką; walką o to by się nie poddać. By po otworzeniu oczu uświadomić sobie że mój syn nie żyje i wstać z łóżka. By potem przemyć twarz i się ubrać, by się uczesać i zjeść śniadanie. A potem stwarzając pozory normalności udać że oglądam telewizję lub czytam książkę by w końcu nadszedł upragniony wieczór i pora dnia oznajmiająca, że teraz bez żadnych podejrzeń mogę wreszcie oddać się w objęcia Morfeusza. I choć na chwilę zapomnieć o bólu który towarzyszy mi nieustannie w ciągu dnia.
Właśnie tak sobie mówiłam. Każdą czynność rozbierałam na czynniki pierwsze a te na małe atomy by nie urosły do tak skomplikowanych, że nie mogłabym sobie z nimi poradzić. Bo były dla mnie trudne. Tak oczywiste i naturalne dla innych potrzeba umycia zębów dla mnie była kilkoma minutami pocierania swoich ust szczoteczką przy jednoczesnym patrzeniu na własne odbicie w lustrze. Patrzeniu na te martwe oczy jakby bez życia gdy już nie musiałam udawać, na usta wygięte w podkówkę nawet jeśli usilnie starałam się by choć ich kąciki znalazły się w górze. Przypominaniu sobie, że często w tym samym czasie kąpałam również Kubusia by zaoszczędzić na czasie a on ze śmiechem próbował wyrwać mi szczoteczkę z buzi…
Dlatego lubiłam spacerować. To pozwalało mojemu ciału czymś się zająć, czymś co nie było bezsensownym leżeniem w łóżku i gapieniem się w sufit jak zwykłam spędzać wolny czas. Tak jak dzisiaj. Mimo dość chłodnej pogody, (było dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia) zdałam sobie sprawę, że doszłam aż do ulicy rynku. Przypomniałam sobie wówczas o ślubie Beti i Krzyśka, który miał się odbyć już za 48 godzin. A ja nawet nie byłam w stanie zmusić się by wysłać im kartę z życzeniami.
- Miłość, praca i pieniądze. Cyganka prawdę ci powie.- W końcu, po ponad kilkudziesięciu minutach marszu ocknęłam się  słysząc dziwnie znajomy głos.  Stanęłam jak wryta tuż przed starszą kobietą ubraną w wyblakłą już czarną do ziemi suknię. Nie sądziłam, że ją pamiętam, ale w chwili gdy ją ujrzałam od razu wiedziałam kim jest. Wyglądała tak samo jak ponad trzy i pół roku temu: ta sama pomarszczona, niemal pomarańczowa twarz, dziwna narośl na lewym policzku, wąskie blade usta. Nawet fryzurę miała tę samą z tym, że szare kosmyki splecione w warkocz zdawały się być dłuższe.- No kochaniutka, wywróżyć ci?- Przerwałam rozmyślanie na temat jej zewnętrznej aparycji, gdy zorientowałam się że kobieta mówi do mnie. Zaraz potem monotonne, lekko śpiewne słowa pojawiły się w mojej głowie niczym echo, a uczucie deja vu się nasiliło.
„Widzę ból, zrani cię głęboko przez ciebie samą. Uważaj na dumę, ona może cię zgubić. I strach. A ten drugi mężczyzna też jest niebezpieczny. On będzie próbował cię odzyskać, ale spowoduje tylko ból.  I widzę trzeciego mężczyznę. Tak. Ten zrani cię najbardziej, choć to nie będzie jego wina. Przysporzy ci też najwięcej radości. Ale gdy odejdzie zniszczy twój cały świat, bo będziesz go kochać jak żadnego innego mężczyznę na świecie.
(…) to nie będzie jej kochanek. To inny rodzaj miłości. Nie fizyczna. A mężczyzna jest jakiś dziwny…    
Widzę śmierć. Nie, nie twoją kochaniutka. Ale ona cię powoli zabije”
To właśnie te słowa ponad 3 lata temu powiedziała mi staruszka patrząc w karty. Przepowiedziała, że zgubi mnie moja własna duma.
Że w moim życiu pojawi się trzeci oprócz Łukasza i Jacka mężczyzna, którego będę kochać najbardziej na świecie i który nieświadomie mnie zrani.
Teraz już wiedziałam, że chodziło o mojego synka, który już nie żyje. I to jego dotyczyła też wróżba ze śmiercią.
- Panienko decydujesz się czy nie?- Powtórzyła staruszka, przerywając magiczny zaśpiew. Wolno potrząsnęłam głową.
- Jakiś czas temu już mi pani wywróżyła.- Odezwałam się suchym tonem, który nawet w moich uszach brzmiał obco.- I choć w to nie wierzyłam, na moje nieszczęście wróżba się spełniła.- Bez słowa odeszłam dalej nie czekając na jej odpowiedź, ale Cyganka i tak jej udzieliła.
- Wszystko jest zapisane w kartach, ale tak jak przeszłości nie można zmienić, tak na przyszłość możemy wpłynąć. Musisz tylko modlić się o wstawiennictwo Księżyca i gwiazd z twojego zodiakalnego znaku. Jeśli je przebłagasz zmienisz swój los. Poza tym widzę u ciebie wielką aurę. Ona jest oznaką siły.- Dodała biorąc w swoją pomarszczoną dłoń moją. A ja miałam ochotę się roześmiać. Siły? Jakiej siły?- Tak, dużej siły.- Powtórzyła jakby zdawała sobie sprawę z moich myśli- Widzę koniec, ale nie ostateczny. Ten koniec jest początkiem czegoś nowego, tak jak każdy kij ma dwa końce. Ufaj sobie i wsłuchuj się w swój wewnętrzny głos. I pamiętaj, że to ryba będzie twoim wrogiem. Strzeż się ryby.- Jeszcze minutę temu powiedziałabym, że bajdurzenia Cyganki są tylko groźnie brzmiącymi słowami. Jeszcze minutę temu roześmiałbym się jej w twarz ironizując z jej „przepowiedni”. Jeszcze minutę temu w ogóle nie zastanawiałabym się nad tym by traktować je poważnie. Bo jeszcze minutę temu nie byłam świadoma, że to co wydarzyło się 3 lata temu spełniło się co do joty. Dlatego teraz spytałam tylko bez śladu jakiejkolwiek ironii:
- Ryby?
- Tak, ryby. Ryba nie jest w komitywie z rakiem, którym jesteś. Ryba udaje przyjaciela, ale tak naprawdę myśli tylko o własnych korzyściach. Strzeż się ryby.- Wyjaśniła, a ja w końcu zrozumiałam, że chodzi jej o osobę będącą właśnie tym zodiakalnym zwierzęciem.- A jeśli chodzi o twoją przyszłość to…
-…chyba nie chcę je znać.- Przerwałam jej szybko.- Dziękuję i do widzenia.
- Do widzenia.- Usłyszałam tylko zanim puściłam się odruchowo pędem w stronę centrum miasta, czyli tam gdzie dawniej mieszkałam. Zatrzymałam się dopiero wtedy gdy nie mogłam już dalej biec. Ale wciąż słyszałam ten przeklęty głos, tę cholerną wróżbę sprzed trzech lat:
„Będziesz musiała być silna bo albo ty ją pokonasz, albo ona pokona ciebie. Bo wtedy będziesz całkiem sama. I sama będziesz musiała walczyć o szczęście. Inaczej wszystko przegrasz. Lub wszystko wygrasz. Nie bój się zaufać. Bo na razie przed tobą jest tylko ciemność i cierpienie ”
Oto moja przyszłość: ciemność i cierpienie jak powiedziała wróżka. I miała rację, bo tak jak i ja wiedziała, że po śmierci synka już nigdy nie uda mi się tak naprawdę podnieść. Może i wstanę z klęczek, może nawet zrobię parę kroków do przodu, ale nigdy już nie będę mogła iść normalnie. Iść wyprostowana, z głową dumnie uniesioną do góry z odwagą przyjmującą to co niesie życie. Bo już zawsze będę zgarbioną, załamaną życiem kobietą, dla której każdy krok będzie walką. Dla której każdy dzień życia ze świadomością, że jej własne się tak  naprawdę już dawno skończyło będzie katorgą. Znów moim umysłem zawładnęła niemoc i panika, a zmęczony wysiłkiem organizm spazmatycznie łapał powietrze. Kontrola myśli nie pomogła. Dopiero ostatnie zdanie z mojej przepowiedni sprawiło, że odzyskałam nad sobą panowanie.
„Gdy zaufasz, może odnajdziesz szczęście.”
Słysząc to rozejrzałam się dokładanie dookoła siebie, bo byłam niemal pewna, że to Cyganka dobiegając za mną w  to miejsce je wymówiła. Ale wokół mnie nie było żywego ducha. A słyszane słowa pochodziły z mojej pamięci.
„Gdy zaufasz, może odnajdziesz szczęście.”
Czy to znaczy, że była jeszcze dla mnie nadzieja? Że ten koniec naprawdę był początkiem czegoś innego? Że czeka mnie jeszcze coś dobrego? Jakoś trudno było mi w to uwierzyć. Ale mimo to uwierzyłam. Po raz pierwszy od śmierci Kuby uwierzyłam. Niemal czułam jak wewnątrz mnie budzi się nadzieja. Nadzieja na lepsze jutro, którą jak sądziłam pochowałam wraz z synkiem w małej trumnie. I o dziwo sprawiła to okultystyczna wróżba, a nie coniedzielna msza.

ROK PÓŹNIEJ

- Nie powinnaś tam iść, Karolina.- Odezwała się do mnie mama. Ja byłam jednak całkowicie skoncentrowana na zakładaniu pantofli. Potem zaczęłam wkładać żakiet. Nadal czarny tak jak reszta moich ubrań mimo iż dawno minął już okres stosownej żałoby po Kubusiu..- Karolciu, proszę zostań. Po co chcesz tam iść? Znowu chcesz się katować?
- Chcę usłyszeć wyrok.
- Przecież pan Włodzimierz Kowalski z pewnością nam go przekaże. Obiecał mi, że do mnie zadzwoni. Nie ma potrzeby być ty…
-… mamo proszę.- Przerwałam jej.- Chcę tam iść. Poza tym nie będę sama.
- Jacek też z tobą idzie?
- Tak.- Przytaknęłam. Gdy nic nie odpowiedziała spojrzałam na nią. Z jej miny mogłam wyczytać, że to również jej się nie podoba. Bo jakiś czas temu wyjawiłam jej prawdę o Tomku czy raczej Jacku, która stała się przyczyną naszego rozstania kilka lat temu. I choć wielokrotnie powtarzałam, że już nie jest przestępcą ale świadkiem koronnym to i tak nie akceptowała go w roli mojego przyjaciela. Sadziłam, że to właśnie jego uważa za przyczynę  mojego rozwodu z Łukaszem. Tak samo zresztą jak państwo Kowalscy, z którymi od tego czasu praktycznie się ze mną nie kontaktowali. Pani Mariola odwiedziła mnie kilka razy próbując przekonać, że dla niej nadal będę córką, ale chyba sama w to nie wierzyła. Z kolei pan Włodzimierz…on mnie wyraźnie potępił choć starannie starał się to ukryć.
Przeglądając się w lustrze i głośno wzdychając podeszłam  do mojej rodzicielki i pocałowałam ją w policzek.- Muszę tam iść, mamo. Muszę zobaczyć to na własne oczy.
- To ci zaszkodzi.
- Nie, pomoże. Być może po ponad półtora roku od śmierci Kuby ostatniego z jego morderców spotka zasłużona kara. A ja chce przy tym być.
- Boję się. Boję się, że potem…
-…nic mi nie będzie. Wiem, że sprawiłam ci masę kłopotów i cierpienia w ciągu tego czasu, ale obiecuję że od teraz będę silna. Tamto załamanie się już nie powtórzy. Dlatego chcę zamknąć ten rozdział definitywnie. Nie będę mogła spokojnie spać gdy nie usłyszę wszystkiego na własne uszy. To będzie dla mnie jak oczyszczenie, jak…jak katarsis gdy po ponad półtora roku ci przestępcy wreszcie  zostaną skazani.
- Skoro tak to odbierasz, to idź. – Na pożegnanie jeszcze objęłam ją mocno i wyszłam.
Podczas ostatecznego terminu rozprawy praktycznie przez cały czas wpatrywałam się w siedzącego na ławie oskarżonych Radosława Pajęczaka. Tylko on z całej czwórki jeszcze nie został skazany. Górski trafił do więzienia na 15 lat z powodu odwieszenia mu wyroku warunkowego i  dodaniu do tego kradzież auta oraz kilka innych przestępstw jakich się dopuścił po wyjściu na wolność łącznie z nieumyślnym zabójstwem Kuby. Pajęczak był dużo gorszy. O ile w tym pierwszym mogłam dostrzec jakiekolwiek ślady człowieczeństwa o tyle ten mężczyzna wydawał mi się być go pozbawiony. Jego wzrok był całkowicie obojętny jakby nie obchodziło go to co dzieje się wokół niego, a cała postawa wyrażała jawne lekceważenie. Zapewne, gdyby na początku rozprawy adwokat nie kazał mu pozbyć się gumy do życia miałby ją w ustach aż do tej pory.
Gdy zeznawał zrozumiałam czemu mama tak bardzo się o mnie bała. Bo gdy sędzia wyczerpawszy pulę pytań dotyczących jego innych przewinień (w odróżnieniu od Górskiego nigdy nie siedział w więzieniu), zaczął pytać o porwanie Kuby.
- Szef kazał porwać dzieciaka, to porwałem.- Zarówno jego ton jak i samo znaczenie wypowiedzi było jawną kpiną. Ale gdy zaczął opisywać szczegóły zrobiło mi się niedobrze.- Pierwszego dnia związaliśmy go by nie uciekł. A poza tym stale wrzeszczał i płakał. A potem nie chciał jeść. Mówiłem Górskiemu, żeby go do tego zmusił, bo ten szczyl zdechnie, ale on twierdził że nic mu nie będzie. Był nam potrzebny żywy by zwabić Iriosa, to znaczy tego tajniaka.
- Ma pan na myśli Łukasza Kowalskiego?- Spytał sędzia.
- Tak.
- Proszę więc posługiwać się pełnymi nazwiskami a nie pseudonimami.
- Tak, proszę pana…znaczy się, wysoki sądzie.
- A więc po co mieliście zwabić Łukasza Kowalskiego?
- Szef chciał się zemścić. On kręcił z jego córką.
- Proszę dokładnie opisać miejsce porwania. Kto zorganizował porwanie i jak przebiegało krok po kroku.
- Przecież już w postępowaniu przygotowawczym mówiłem to kilka razy…
- Niech świadek odpowiada na pytania.- Ciężko westchnąwszy, Pajęczak zaczął opowiadać. A z każdym jego słowem moje serce pokrywało się lodem. Wielu szczegółów nie znałam. Na przykład nie miałam pojęcia o tym, że nie mając nic do picia poili Kubusia piwem. Dwuletniego chłopca!
- W porządku?- Spytał szeptem w pewnym momencie siedzący obok mnie Jacek. Zauważył co się ze mną działo.- Pamiętaj, że możemy w każdej chwili wyjść.
- Nie. Chcę wysłuchać go do końca.
- To może nie być przyjemne.
- Wiem. Ale muszę przez to przejść.- Przez moment mierzyliśmy się wzrokiem, aż w końcu wyczułam moment gdy ustąpił. Mocniej ścisnął moją dłoń w pokrzepiającym geście.
- Dobrze, zostaniemy.
Tak więc zostaliśmy do końca. Aż w końcu odczytano wyrok : Radosław Pajęczak został skazany na 25 lat więzienia. A ja poczułam prawdziwą ulgę. Wychodząc z sali w pewnym momencie zauważyłam kobietę o długich blond włosach. A właściwie to wyczuwając na sobie czyjś wzrok, to ja na nią spojrzałam.
Bez słowa patrzyłyśmy na siebie prosto w oczy. Zastanawiałam się po co ona tu dzisiaj przyszła. Chciała sprawdzić co się stanie z jej przyjacielem Radkiem? A może jawnie kpiła z wymiaru sprawiedliwości? Przecież dobrze wiedziała kto porwał Kubusia; że zlecił to jednemu ze swoich ludzi jej ojciec. Byłam tego w 100% pewna. A jednak nic nie powiedziała, a policja też nie miała na to żadnych dowodów.
- Co ona tu robi?- Spytał mnie Jacek najwyraźniej dopiero zauważając Karinę Bajkowską w chwili gdy do mnie machnęła jakbyśmy były przyjaciółkami a nie wrogami.
- Nie mam pojęcia. Ale najwyraźniej czegoś ode mnie chce.
- Nie podchodź do niej.
- Masz mnie za głupią? Nie mam zamiaru rozmawiać z tą kobietą. Chodźmy już.- Pociągnęłam Jacka za dłoń w stronę wyjścia. Ale tuż przy drzwiach nie oparłam się pokusie i się obejrzałam.
Karina patrzyła na mnie ironicznie, a jej wzrok mnie prowokował:” No jak to, uciekasz przede mną? No, ale w końcu czego można się spodziewać po kimś takim jak ty?” Ja jednak nie przyjęłam wyzwania.
- Sądziłem, że siedzi w więzieniu.- Znów podjął ten temat Bończak gdy znaleźliśmy się na zewnątrz budynku sądu.
- Była przez jakiś czas w areszcie. Ale nic na nią nie znaleziono, więc musieli ją wypuścić.
- To chyba jakaś kpina. Przecież to córka przestępcy. I wiedziała o machlojkach ojca.
- Tak.- Powiedziałam z odrobinką melancholii przypominając sobie wizytę w więzieniu gdy doskonale wiedziała o porwaniu Kubusia, ale umyła od tego ręce. A poza tym orientowała się kim był Jacek i że zdradził jej ojca. O w jego współpracy z Mochą również. Nie była niewinną córeczką przestępcy, o nie. Doskonale wiedziała jak zarabia na życie jej ukochany tatuś. Tatuś, który również teraz siedział w więzieniu. Tak samo z resztą jak wielki pan i boss narkotykowy Mochowski. (Ten sam, dla którego dawniej dilował Jacek.) Ale cała banda groźnych przestępców za kratami nie ucieszyłaby mnie tak bardzo jak widok tej tandetnej blondynki w więzieniu.
- Wiesz czego od ciebie chciała?
 - Nie mam pojęcia. Nie widziałam jej od czasu…no od tamtej wizyty w więzieniu.
- Ach tak.- Skwitował to tylko i więcej nie powracał do tematu tej kobiety.- Chcesz wracać do domu? A może masz ochotę na gorącą czekoladę na poprawę humoru? Korzystając z okazji, że jesteśmy w mieście?
- Ty stawiasz?- Spytałam starając się przyłączyć do jego wesołego tonu. Niestety, bezskutecznie. Bo jeszcze nie potrafiłam się śmiać. Uśmiech wychodził mi całkiem szczerze, ale śmiech…od śmierci Kuby nic mnie już nie bawiło. Bo on stale gościł w mojej duszy, sercu, głowie zaszczepiając w niej smutek.
- Jasne.
- A więc skorzystam z tej niepowtarzalnej okazji.
Już kilkanaście minut później byłam w ciepłym mieszkaniu Jacka w dłoniach trzymając gorący kubek brązowego płynu. Czułam się błogo rozluźniona siedząc swobodnie na sofie przed telewizorem. Tak jak wiele razy wcześniej.
Odkąd Jacek przeprowadził się do Warszawy często go odwiedzałam. Po śmierci Kuby rzadko widywałam się z moimi przyjaciółkami. Po prostu nie czułam się dobrze w towarzystwie szczęśliwych matek. Zwłaszcza, że Beti wciąż była w siódmym niebie z Krzyśkiem i swoimi córeczkami. Do dziś pamiętam tę niezręczną ciszę która zapadła gdy spotkałam się z nią któregoś dnia na mieście. Próbując zagaić normalną rozmowę opowiedziała z detalami jaki prezent kupiła swojemu mężowi z okazji 2 rocznicy ślubu. A ja chcąc zażartować życzyłam jej wszystkiego najlepszego. Tyle, że potem dodałam: i obyście doczekali trzeciej i nie rozwiedli się po trzeciej tak jak ja z Łukaszem. Wówczas Beata spojrzała na mnie jakbym co najmniej życzyła jej śmierci. A ja przeprosiłam ją i wymawiając się ważnym spotkaniem pożegnałam.
Z kolei Krysia doczekała się pierwszego maleństwa: urodziła jej się Ola, która teraz miała bodajże 9 miesięcy. Ale ja od czasu śmierci Kuby, nie wiedzieć czemu nie pałałam miłością do dzieci. Choć do końca tak nie było: po prostu nawet rozmowa o nich wyprowadzała mnie z równowagi. Moja psychoterapeutka, do której nadal uczęszczałam na cotygodniowe spotkania twierdziła, że po prostu zazdroszczę innym kobietom ich pociech, bo swoją straciłam, ale ja nie byłam pewna czy to prawda. Bo przecież powinno być aż odwrotnie: na widok dzieci powinnam się rozczulać, znajdować w nich pocieszenie po stracie synka, a ja jeszcze bardziej się tylko denerwowałam.
Jedynie z Asią mogłam porozmawiać w miarę naturalnie nie bojąc się poruszyć problemowego tematu. To znaczy mogłam, bo ostatnio dowiedziałam się, że ona również jest przy nadziei. A ja nie wiedziałam czy się z tego śmiać czy nie. Wszyscy: począwszy od moich przyjaciółek a skończywszy na siostrze mieli dzieci lub się ich spodziewali. A ja musiałam zadowolić się martwym synem. Inna sprawa, że być może tak mi się po prostu wydawało. W końcu Asia miała już 32 lata i to był dla niej najwyższy czas na dziecko. Nawet jeśli ze swoim Krystianem nie mieli jeszcze nawet ślubu. Poza tym istnieje chyba nawet taka teoria, że ludzie smutni widzą wokół siebie samych szczęśliwych, single zakochanych, a starsi- młodych. Więc może ta sama zasada działała w moich przypadku, pomyślałam. Muszę o to koniecznie zapytać panią Górską na następnej sesji.
- A więc jak się czujesz ze świadomością, że wszyscy winni siedzą już za kratami?- Usłyszałam pytanie Jacka, który usiadł teraz obok mnie na sofie.
- Wolna. I jednocześnie pusta. Ale to dobry rodzaj pustki. Czuję się jak…jak skorektorowana kartka.
- Skorektorowana kartka?- Powtórzył zdezorientowany.
- Tak.- Spojrzałam na niego.- Bo wiesz, nie mogę powiedzieć że jestem niezapisaną kartką. Zawsze będę pamiętała o przeszłości. I ona zawsze będzie we mnie siedzieć. Dlatego widzę siebie jako zapisaną kartkę, na której ktoś coś bezmyślnie napisał. A dziś poczułam tak jakby ktoś zmazał te słowa korektorem.
- Czyli że możesz zacząć od nowa?- Zastanowiłam się chwilę.
- Chyba tak.- Odparłam z wahaniem.- Ale nadal nie jest mi łatwo.
- Powinnaś znaleźć sobie jakieś zajęcie: choćby iść do pracy. Siedząc bezczynnie w domu masz tylko czas na myślenie i gdybanie.
- Sugerujesz, ze powinnam wreszcie zejść z garnuszka mamy i ojczyma?
- Wiesz, że nie o to mi chodziło.
- Tak,. Ale…chyba nie dam jeszcze rady. Boję się.
- Karola, nie możesz tak do tego podchodzić. Czasami lepiej od razu rzucić się na głęboką wodę.
- Może. Ale nie w moim przypadku.
- Wręcz przeciwnie.
- Chcesz się ze mną pokłócić, tak? A ta czekolada była tylko próbą przekupstwa?- Spytałam usiłując nadać mojemu głosowi żartobliwy ton.
- Jesteś niemożliwa.- Pokręcił głową upijając łyk swojej czekolady. Potem poklepał mnie po ramieniu. – Ale i tak jesteś najdzielniejszą kobietą którą znam.
- Nie, nie jestem.- Znów poczułam przypływ smutku, dlatego oparłam głowę na ramieniu Jacka i zaczęłam patrzeć się w telewizor.- Jestem słaba jak dziecko.
- Wiele osób na twoim miejscu by się załamało, a ty próbujesz. Tylko to się liczy.
- Jakoś nie znam żadnego przypadku.
- No cóż…ja też nie, ale wiem że tak jest.- Wygięłam kąciki ust w uśmiechu. Jacek był czasami taki rozbrajający. W jego towarzystwie czułam się rozluźniona i bezpieczna. Bezpieczna, ale nie tak bardzo jak to robiła cała moja rodzina. Bo Bończak nie próbował na siłę unikać tematu Kubusia gdy o nim mówiłam; nie próbował udawać że nic się nie stało ani na siłę wyciągać mnie do teatru czy kina. Nie namawiał też do zmiany kolorystyki garderoby o której prawdę mówiąc się przyzwyczaiłam. Bo choć okres żałoby już się dla mnie skończył to jednak czerń nadal pozostała. Nie dlatego, że na siłę chciałam obnosić się ze swoim cierpieniem. Po prostu w czerni czułam się dobrze, kolorowe rzeczy wiązały mi się z frywolnością i radością które dla mnie już przecież nie istniały. Bo ja czułam się czarna również w środku. Poza tym to nie było tak, że cały czas chodziłam w czerni. Ubierałam się również w granaty i ciemne chłodne barwy, ale zdecydowanie unikałam pasteli. Jednak dla mamy to i tak była czerń. „Jesteś jeszcze młoda”, tłumaczyła. „A ubierając się tak wyglądasz jakbyś była podsuszoną czterdziestoletnią starą panną”
- Co pływa w twoim kubku?- Zainteresowałam się widząc jakąś białą chmurkę w cieczy Jacka.
- Pianka.
- Co?
- Widziałem to ostatnio w filmie. Owocowe pianki w czekoladzie lub kakao.
- Kto pije czekoladę z pianką?
- Ja. Jest naprawdę dobra. Przynieść ci?
- Nie, dziękuję.- Odpowiedziałam nie mogąc ukryć niechęci.
- To naprawdę dobre.
- Raczej dziecinne.
- Chcesz powiedzieć, że jestem staruszkiem?
- Nie, ale dzieckiem też nie…- Droczyliśmy się tak ze sobą całkowicie ignorując włączony film. A ja, choć się do tego nie przyznałam zaczęłam  w pewnym momencie rozważać jego słowa. Czy byłam już gotowa na powrót do pracy? Na pewno nie na tak odpowiedzialne stanowisko jakim byłam poprzednio pracując w banku jako kasjerka. Ale coś lekkiego? Coś co przynajmniej zajmie moje ciało?
Tak, to był dobry pomysł. I kolejny krok ku powrotowi do normalności jak to w duchu nazywałam. No i z pewnością mama ucieszy się  z tego. Bo dużo rzeczy robiłam dla niej.
Wciąż pamiętałam jak bardzo się o mnie martwiła i troszczyła po moim domniemanym samobójstwie. Jak wiele wycierpiała, gdy ja egoistyczna w swoim cierpieniu nie dostrzegałam jak ją ranię. Dlatego nie chciałam dłużej być dla niej udręką.
Gdy wróciłam do domu poinformowałam ją o swoich planach. Tak jak się spodziewałam była zaskoczona, ale i…szczęśliwa. Widziałam w jej oczach radość, niemal tak jakby powiedziała mi wprost: „nareszcie zaczęłaś żyć, a nie wegetować.”
Tak jak sobie postanowiłam, tak się stało. Nie wybrałam niczego ambitnego: zwykła praca na poczcie przy okienku i rozdawanie przesyłek. Ale ta nieskomplikowana czynność bardzo mi pomogła. Bo w końcu w moim życiu pojawił się jakiś cel. Stopniowo też zaczęłam zauważać rzeczy, na które już od bardzo długiego czasu nie zwracałam uwagi: ludzi dookoła dla których teraz musiałam być miła bo stanowili moich klientów, mój codzienny wygląd czy fakt że własna matka musi mnie utrzymywać w wieku prawie 31 lat. To wywołało u mnie poczucie wstydu: wstydu, którego już dawno nie czułam. Dlatego postanowiłam podjąć następny cel w moim „powrocie do normalności”. A mianowicie wyprowadzić się z domu. Do tego jednak musiałam oszczędzić trochę pieniędzy.
Początkowo zamierzałam wynająć jakieś mieszkanie na obrzeżach miasta bym miała niedaleko do rodzinnej wsi, ale potem zmieniłam zdanie. Postanowiłam znowu wrócić do stolicy i wynająć mieszkanie tam. To z kolei wywoływało nowy problem: musiałam znaleźć sobie nową pracę.
Tu nieocenioną pomocą wykazała się dla mnie Patrycja, która była moją dawną koleżanką w liceum a także sąsiadką w dzieciństwie. Dlatego też znała fragment jakże żałosnej historii mojego życia. Teraz jednak prowadziła w Warszawie małą kwiaciarnię, która właściwie wcale nie była taka mała. Poszukiwała pracownicy (dawniej zajmowała się tym osobiście) z powodów osobistych, którymi było- co nietrudno zgadnąć- dziecko. Jednak mimo to oferta była świetna i z miejsca ją przyjęłam. No, może po kilkudniowym wahaniu. W końcu zdawałam sobie sprawę ,że zaoferowano mi ją niejako z litości.
Gdy po trzech miesiącach nadeszła chwila rozstania mama z łzami w oczach zapewniała mnie, że nie muszę  się wcale wyprowadzać, że tutaj nikt mnie nie wygania i że jeśli chcę mogę zostać tu ile chcę. Ja jednak wyjaśniłam jej, że to jest mi potrzebne. Wtedy zrozumiała, że ma to dla mnie znacznie większy sens niż tylko wyprowadzka. Że jest również sprawdzianem nowego życia, testem który wykaże czy to demony pokonają mnie czy ja je.
- A więc wszystkiego dobrego, kochanie. Gdy tylko dojedziesz zadzwoń, a gdy tylko się lepiej zaaklimatyzujesz odwiedzę cię.– Potem, gdy zjawił się już Jacek który pomagał mi wziąć wszystkie rzeczy (miał mnie również zawieść do mieszkania, które- zbiegiem okoliczności- mieściło się właściwie w tej samej dzielnicy co jego) zaskoczyła obejmując go na pożegnanie tak samo jak mnie i szepcząc coś do ucha. Dopiero jakiś czas później gdy byliśmy już w podróży spytałam go o to.
- Twoja mama dziękowała mi za to, że wyrwałem cię z tego stanu.- Wyznał niechętnie.
- Ach. A więc w końcu cię zaakceptowała.
- Na to wygląda.- Ponieważ prowadził, mogłam bez trudu obserwować jego twarz. Teraz zauważyłam, że ma jakiś dziwny wyraz.
- Powiedziała coś jeszcze?
- Wiesz, wydaje mi się, że ona sądzi iż jestem dla ciebie kimś więcej niż przyjacielem.- Wyznał po chwili milczenia.
- O.- Powiedziałam tylko tę jedną sylabę, bo nie wiedziałam co mam jeszcze powiedzieć.
- I kazała mi cię drugi raz nie skrzywdzić.
- O Boże, nie powiedziała tego.
- Powiedziała. Mówiła, że nie chce abyś znowu przeze mnie płakała.
- Czasami jest okropna.- Skomentowałam to mając nadzieję, że nie będzie dłużej drążyć tego tematu.
- Bardzo cierpiałaś po naszym rozstaniu?
- Czemu teraz o to pytasz? Nie sądzisz, że to trochę nieodpowiednia pora? Minęło już od tego okresu dużo czasu. Właściwie to już tak prehistoryczne czasy, że ich nie pamiętam.
- Więc?- Drążył. Ciężko westchnęłam.
-  Tak, wtedy chyba też trochę mi odbiło. W końcu byłeś moim pierwszym chłopakiem, a podobno pierwszą miłość zawsze się pamięta, nie? Poza tym teraz jest na to dowód.
- Jaki dowód?- Spojrzał na mnie znad kierownicy.
- No bo nawet po tylu latach my się przyjaźnimy.
- Aaa- Mrugnął tylko. Wydawał się być lekko rozczarowany, ale może mi się tak tylko wydawało.
- Fajnie, że będziemy obydwoje mieszkać w Warszawie.
- No i bliżej przyjaciółek, co?
- Tak.- Westchnęłam ciężko uświadamiając sobie jak bardzo je ostatnio zaniedbałam. Tym bardziej, że moim głównym powodem do zadowolenia był fakt, że będę mogła teraz częściej odwiedzać Kubę na cmentarzu, bo został pochowany właśnie w stolicy. Ale tego nie zamierzałam mówić Jackowi. - Może w końcu uda mi się je przekonać, że zrobiłam kolejny krok ku normalności.
- Co zrobiłaś?- Spytał zaskoczony.
- Kolejny krok ku normalności.- Jacek roześmiał się.- Hej, mówię poważnie. Sporządziłam sobie taką listę rzeczy które muszę zrobić by zacząć żyć jak każdy człowiek. To znaczy…tak jak przed.
- Takich jak wyprowadzka i znalezienie pracy?
- Aha. Teraz na tej liście jest rezygnacja z sesji terapeutycznych. A właściwie to już nie ma, bo zostawiłam Górskiej wiadomość na poczcie głosowej.
- Brawo, już dawno ci powtarzałem że to nie jest potrzebne.
- Ale było.
- Co w takim razie masz jeszcze na tej swojej liście?
- No cóż: wiele różnych rzeczy.- Ucięłam, bo on i tak by tego nie zrozumiał. Dla mnie takie małe rzeczy jak zrobienie czegoś dla siebie, kupienie ubrań w innym kolorze niż zimna beż czy czerń, uśmiech czy śmiech były nadal trudne.
- Na przykład?
- Chociażby wyjście do kina.- Wymyśliłam na poczekaniu.
- Więc za to możemy zabrać się już na samym początku. Co ty na to żebyśmy poszli w piątek do kina?
- O nie. To nie takie proste. Mówiłam ci, że nie mam na to ochoty. Przynajmniej na razie.
- Czemu? Przecież zdajesz sobie sprawę, że to jest problem bo zamieściłaś to na tej swojej liście. To tak prawie tak jakbyśmy oglądali w domu film.
- Może. Ale wyjście do ludzi…nie mogę.- Nie chciałam mu wyznać, że wiąże się to ze świadomością, że będę się dobrze bawić podczas gdy mój syn tkwi gdzieś pod ziemią. Bo w każdej takiej chwili gdy zaczynałam się choćby minimalnie odprężać i odcinać od przeszłości czułam się tak jakbym go zdradzała.
- Okej. Więc w takim razie powiedz mi co jest na szczycie tej listy…jak ją nazwałaś? Powrotu do normalności?
- Tak. I nie musisz się z tego nabijać.
- Muszę, bo jesteś normalna, a jakaś tam lista wcale nie jest ci potrzebna aby to udowodnić. No więc?
- No więc…- urwałam, bo właśnie przypomniałam sobie co to było. Chciałam się jeszcze raz mieć dziecko. Chciałam wziąć ślub, mieć dzieci i nie bać się że za rok lub za dwa to się skończy. Chciałam mieć za męża nudnego elektryka…albo raczej hydraulika (bo mimo wszystko elektrykowi grozi niebezpieczeństwo porażenia prądem; hydraulik jakby nie patrzeć jest zdecydowanie bezpieczniejszy) i nie zastanawiać się czy w tej chwili żyje lub ryzykuje życie czy jeszcze nie. Chciałam by spędzał ze mną wieczory na grze w karty, oglądaniu telewizji i innych banalnych czynnościach. Chciałam po prostu by przy mnie był. Z dala od niebezpieczeństw świata, od jego pędu i zmienności. Potrzebna była mi opoka nadająca jakąś stałość w życiu. Tego właśnie pragnęłam.
- Hej, powiesz mi wreszcie?- Drążył Bończak gdy ja na moment zatopiłam się we własnych myślach. Zaraz jednak oprzytomniałam. Ale przecież nie powiem mu prawdy…
- Chciałam skoczyć na bungie.- Skłamałam. Ale gdy Jacek posłał mi rozbawione spojrzenie domyśliłam się, że mi nie uwierzył.

poniedziałek, 2 marca 2015

Cienie przeszłości: Rozdział XIX: I co dalej?

KOLEJNEJ CZĘŚCI MOŻECIE SPODZIEWAĆ SIĘ PO JUTRZE LUB W CZWARTEK, CHOĆ MAM NADZIEJĘ, ŻE SIĘ WYROBIĘ DO ŚRODY.
MIŁEGO CZYTANIA. :)
PS: Tylko znowu mnie nie "oskalpujcie"



Pędem rzuciłam się do drzwi odpychając Łukasza. Nie mogłam uwierzyć w to co się działo, czułam że jeśli szybko nie obejmę Kuby on także zniknie.
– Czy to sen?- Spytałam odruchowo ze łzami na policzkach gdy tuliłam szczuplutkie, malutkie ciałko mojego synka.
– Nie, to nie sen Karolina.- Usłyszałam głos Łukasza, który nie wiadomo kiedy zmaterializował się przy nasz. Potem poczułam jego chłodne wargi na czole.
– Ale przecież...przecież on nie żył. Przecież lekarz powiedział, że żyje i był w kostnicy i w trumnie...
– Kara, to nie był nasz syn. Oni się pomylili. Kubę znaleziono wczorajszym wieczorem u jakichś ludzi. Nie wiedział jak ma na imię i trafić do domu, więc do nich przyszedł. Dopiero słysząc w telewizji o tej sprawie zorientowali się, że to ten chłopiec.
– Ale...kim w takim razie było zmarłe dziecko? Przecież on wyglądał tak jak nasz syn.- Nadal nie mogłam w to uwierzyć.
– Czysty przypadek, zapewniam cię. Podobno istnieje nawet teoria, że każdy człowiek ma swojego sobowtóra.
– Nie, nie mogę w to uwierzyć. Kochanie, powiedz że to prawda. Powiedz, że jesteś tu z mamusią.- Poprosiłam przyciśniętego do mnie synka. Zachichotał próbując się odepchnąć.
–   Udusisz mnie mamo.
–   Matko, przepraszam.- Tak gwałtownie go puściłam, że aż klapnął na tyłek.
Ponownie się zaśmiał.
– Mama szalona!- Zapiszczał, a ja z ulgi się roześmiałam. Kiedy nauczył się tak dobrze i wyraźnie mówić? Boże, to przecież niemożliwe by po takim koszmarze spotkało mnie takie szczęście, myślałam. I rzeczywiście, to było niemożliwe, bo słysząc dźwięk pioruna potężny błysk zajął cały pokój. Pamiętając o tym jak Kuba bał się burzy od razu chciałam go ponownie przytulić, jednak w miejscu gdzie jeszcze przed chwileczką siedział był tylko dywan.
– Kubuś?- Spytałam cicho.- Gdzie jesteś?- Nikt mi nie odpowiedział. Przerażona zaczęłam kręcić się w kółko na czworakach szukając synka i krzycząc jego imię. Potem krzyczałam już imię męża, który też przecież chwilę temu tutaj był przekrzykując rozszalałą burzę i grzmiące pioruny. W końcu wstałam próbując zapalić światło, ale okazało się to niemożliwe. Być może z powodu burzy nastąpiła jakaś awaria, więc nadal spowijała mnie ciemność.- Nie bawcie się tak ze mną, proszę.- Załkałam po raz kolejny po omacku przeszukując pokój.- Kuba? Łukasz? Gdzie jesteście? Gdzie się schowaliście?- Łzy dosłownie zalewały mi twarz.- Proszę...proszę odezwijcie się.- Jedyną odpowiedzią był kolejny piorun. Zwinięta w kulkę łkałam w swoje kolana nie mogąc uwierzyć w to co się niedawno stało.
A więc znów dopadł mnie mój znajomy koszmar. Znów okazywało się, że Kuba żyje i ma się dobrze a ja nadal mieszkam z Łukaszem. Tyle, że tym razem był zupełnie inny niż poprzednio: nie odbywał się w przeszłości, ale w chwili obecnej. Nie mogłam uwierzyć, że moja własna podświadomość spłatała mi takiego figla. Podobno śnimy najczęściej o swoich obawach lub marzeniach, więc pewnie dlatego wciąż prosząc w duchu o to by Kuba wrócił mój mózg stworzył wyimaginowaną wizję sytuacji, która choć bardzo prawdopodobna nie mogłaby wydarzyć się w rzeczywistości. Ale jednocześnie była tak bardzo realistyczna, że niemal czułam dziecięcy zapach owocowego szamponu do włosów mojego synka unoszący się po pokoju. Szloch przeszedł w urywany oddech, potem czkawkę. Nie mogłam jednak spać, bo pioruny i wizja własnej beznadziejności nie pozwalała mi na to. W duchu wciąż od nowa i na nowo odtwarzałam swój realistyczny sen. A właściwie koszmar.
– Daj mi już spokój- Poprosiłam cicho nie wiadomo kogo.- Proszę. Nie dajesz mi szansy na normalną egzystencję w dzień, więc pozwól mi znaleźć ukojenie chociaż w nocy. Czy chcesz bym oszalała? Odpowiedz ty cholerny Boże! O to ci chodzi?!- Krzyczałam już płaczliwie.- W takim razie możesz być z siebie dumny, bo niewiele ci brakuje. Patrz już jestem szalona!- Płacz znowu wrócił. Dodatkowo nasilony silnym bólem głowy i żołądka, który niemal podszedł mi do gardła. Z trudem doczłapałam się do łazienki zanim nie zwymiotowałam. W ciągu całego dnia zjadłam tylko połówkę jabłka, więc zwróciłam tylko żółć. Mimo to skurcze były tak silne, że niemal padałam z nóg.
Czułam się tak, jakbym umierała. Chciałam nawet zawołać z góry mamę lub Bartosza, ale jednocześnie jakimiś przebłyskami świadomości nie chciałam by widzieli mnie w takim stanie. Nieskończenie wolnym krokiem jak mi się wydawało wróciłam do swojej sypialni czując jak na moje czoło z wysiłku wstępuje pot. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Niemal padałam z nóg, ale bałam się zasnąć nie chcąc by szalony sen znów wrócił. I znów zniszczył mur który budowałam przez ostatnie dni. Leżałam więc tak na podłodze dobrych kilka minut zanim przypomniałam sobie o tabletkach nasennych. Z trudem wymacałam niedużą fiolkę i prawie opróżnioną już szklankę z wodą. Wyjęłam trzy tabletki po namyśle dorzucając jeszcze jedną. Popiłam je wodą. Gdy po kilku minutach sen nadal nie przychodził wściekła połknęłam jeszcze kilka. Przez ciemność nie widziałam dokładnie ile, ale miałam nadzieję, że ta ilość pomoże mi wreszcie uwolnić się od tego całego koszmaru. I w końcu udało mi się. Moje powieki stały się ciężkie, gdy niezgrabnie padłam na łóżko. A potem była tylko ciemność.
O Boże, jaka ona blada. Czy ona umrze?
Karolina, słyszysz nas? Lekarz powiedział, że powinna się niedługo obudzić. Kochanie, powiedz coś.
Dlaczego, dlaczego ona to zrobiła?
Głosy wokół mnie zdawały mi się zlewać w jedno. Próbowałam unieść powieki, ale nie byłam w stanie. Tym bardziej do wypowiedzenia jakiegoś słowa. Potem znów straciłam przytomność.
Obudziłam się dopiero na dźwięk miarowej aparatury i bólu na ręce. Próbowałam zrozumieć dlaczego i wymacałam niewielką rurkę. Syknęłam usiłując się podnieść.
–   Pani Karolino, słyszy mnie pani?
–   Obudziła się?
–   Na to wygląda. Proszę tu poczekać. Ja zawołam lekarza prowadzącego.
– Tak oczywiście.- Dopiero teraz rozpoznałam głos mojej przyjaciółki Beaty.- Karola, słyszysz mnie?
–   Beti?- Szepnęłam słabo na co usłyszałam jęk.
– O Boże, to cud. Dzięki ci.- Jeszcze raz próbowałam otworzyć oczy, ale światło raziło mnie tak mocno, że zaniechałam tego. Przy czwartym podejściu mogłam jako tako dostrzec zaniepokojoną aczkolwiek podnieconą twarz Beaty.
–   Co się stało?
–   Nie pamiętasz?- Spytała z niepokojem.- Miałaś... miałaś mały wypadek.
–   Wypadek?
–   Tak.
–   Jaki wypadek?
– Później ci powiem. Przepraszam cię na chwilę. Pójdę zawołać Marlenę i twoją mamę. Łukasz też jest w szpitalu.
–   Nie, nie idź- Poprosiłam ją.
– Co się stało?- W jej oczach dostrzegłam coś czego nie chciała mi powiedzieć.- Beti...- Pospieszałam ją.
–       Nic nie pamiętasz, prawda? Lekarz uprzedzał nas, że tak może być. No cóż, ty...
–   Karolina, nareszcie!- Do pokoju wparował Tomek przerywając nam rozmowę.
Ujął moją dłoń do ręki delikatnie gładząc.- Jak się czujesz?
–   Dobrze. Ale nadal nie rozumiem co się stało. I dlaczego tu jestem.
–   To szpital.
–   Domyśliłam się. Ale dlaczego...
–   Poczekasz tu z nią? Ja zawołam resztę.- Wtrąciła się moja przyjaciółka.
–   Dobrze.- Odparł jej Kownacki. Moja irytacja zaczęła wzrastać.
– O jakim ona mówi wypadku?- Tomek spojrzał na mnie z takim samym niepokojem jak poprzednio Beata.- Hej, muszę wiedzieć.
–   Naprawdę nic nie pamiętasz?
– Gdyby tak nie było nie pytałabym cię o to. Cholera, czemu jest mi tak niedobrze?
–   Miałaś robiony bardzo nieprzyjemny zabieg.
–   Jaki?
– Gastroskopię.- Dopiero teraz układanki puzzli zaczęły pasować na swoje miejsce. Koszmar, że Kuba nadal żyje, paskudna burza i te tabletki nasenne...
–   A więc... a więc wzięłam ich za dużo?- Tomek uciekł wzrokiem w bok.
–   Tak.
– Było ciemno i nie widziałam zbyt dobrze.- Wymamrotałam. Potem po pokoju weszli inni: mama, moja siostra, teściowa i mąż. Od tego ostatniego nie mogłam oderwać wzroku. Nie widziałam go od tak dawna... Praktycznie od dnia pogrzebu Kubusia. Od tego czasu minęło już ponad pół miesiąca. Zdziwiło mnie jak przez ten czas się zmienił. Nigdy nie miał na twarzy zarostu (poza epizodem gdy udawał Irosa wdzięcząc się do Kariny Bajkowskiej), choć często musiał golić się dwa razy dziennie a teraz jego brodę i policzki znaczył dość spora broda. Zastanawiałam się czy zapomniał się ogolić czy celowy zabieg. Bo o dziwo, pomyślałam że wygląda tak jeszcze atrakcyjniej, choć ciemny zarost podkreślał jeszcze bladość jego policzków i zapadnięte oczy. Przez moment, zanim wróciła złość miałam ochotę go przytulić, by on mnie przytulił. Ale szybko wróciłam do rzeczywistości. Wyglądał źle? Dobrze mu tak. Powinien cierpieć tak jak ja. Nie móc spać po nocach śniąc o naszym synu w czasie teraźniejszym tak jakby jeszcze żył. Czy on musiał przez to przechodzić? Miałam szczerą ochotę go o to zapytać.
–   Jak się czujesz córeczko?- Kolejna osoba przywitała mnie tym pytaniem.
–   W porządku, mamo.- Odparłam.- Długo tu jestem?
– Dwa dni i część nocy. Bartosz znalazł cię rano gdy....- Przełknęła głośno ślinę z trudem hamując łzy. Gdy Łukasz ją objął spytałam z niepokojem:
–   Mamo, wszystko dobrze?- Słysząc moje pytanie załkała jeszcze głośniej.
Próbowałam ją jakoś uspokoić.- Hej, już wszystko dobrze. Wiem, że trochę napsułam ci krwi, ale te tabletki... Po prostu miałam koszmar, że... że Kuba... wydawało mi się, że on nadal żyje. I wtedy...ja nie mogłam zasnąć więc je wzięłam...Mamo, proszę...
–   Przepraszam.- Wypowiedziała tylko to jedno słowo i wybiegła. Zdezorientowana spojrzałam na twarze wszystkich dookoła. Każdy odwracał wzrok, był smutny i w jakiś sposób zażenowany. Dlaczego?- Czemu milczycie? Czy ktoś mi powie co się tutaj dzieje?
– Karola, dlaczego chciałaś to zrobić?- Odezwała się w końcu moja siostra.- Wiem, co przeżyłaś, ja też jestem matką i niedługo zostanę nią po raz kolejny, ale to nie powód by targać się na własne życie.
–   Co?- Słysząc moje pytanie Marlena zbliżyła się do mojego łóżka.
– Wiesz co przeżywaliśmy w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin? Mało nie umarłam odbierając telefon od mamy. Wiesz jak ona się czuła? A Wojtek? Miał ważny egzamin i olał go tylko po to by do ciebie przyjechać.- Jej głos się lekko załamał.- Jak mogłaś nam to zrobić?
– Przecież ja...to nieprawda.- Zdołałam zaprzeczyć. Boże, a więc oni wszyscy myślą, że ja...? Nie miałam jednak szansy dodać niczego więcej, bo do sali wszedł doktor chcąc mnie zbadać karząc wszystkim wyjść.- Czy oni...oni myślą, że chciałam popełnić samobójstwo?- Spytałam cicho lekarza. Słysząc to pytanie spojrzał na mnie.
–   A tak nie było?
– Oczywiście, że nie. Ja chciałam tylko iść spać. Od śmierci mojego...to znaczy od dawna nie mogę normalnie spać. Dlatego muszę wspomagać się tabletkami.
– I dlatego wzięła ich pani prawie piętnaście? Wie pani, że nawet cztery mogą spowodować poważne komplikacje?
– Co...? Nie miałam pojęcia, że aż tyle. Nie było prądu i ja... ja od dawna brałam trzy, bo mniejsza dawka na mnie nie działała. Naprawdę miałam poważne problemy ze snem.
– Skąd miała pani środek...- Tu wymienił nazwę leku, który spożyłam.- Jest na receptę.
– Wiem, ale dostałam je od sąsiadki. Mama kupiła mi wcześniej jakieś w aptece, ale były na bazie ziół i nic mi nie pomagały. Te, tak.
– Nic dziwnego, bo mają silne działanie odprężające. Jednak w nadmiernej ilości powodują poważne komplikacje. Zwłaszcza na pusty żołądek.
–Ja...ostatnio nie miałam apetytu- Dodałam głupio czując się jak niesforne dziecko karcone przez nauczyciela.- Przepraszam.
–       Nie mnie pani powinna przepraszać. Powinna się pani cieszyć, że w takim razie ten głupi wybryk nie skończył się inaczej. Jeszcze godzina i straciłaby pani nerkę. Następna zakończyłaby pani życie. Następnym razem radziłbym więc uważać ze spożywaniem leków przepisanych na receptę innej osobie. Na razie proszę odpoczywać.- Miałam świadomość, że lekarz nie potraktował  mnie z należną łagodnością, ale jednocześnie taka terapia szokowa pozwoliła mi przejrzeć na oczy. W ciągu kilku następnych dniu spędzonych w szpitalu, a potem powrocie do domu nieustannie o tym rozmyślałam. I w końcu zdecydowałam.
Łukasz miał rację. Najwyższy czas, bym w końcu pogodziła się ze śmiercią mojego synka i zaczęła żyć dalej. Nie pozwalając mu odejść popadałam tylko w coraz to większą depresję i nerwicę, a nawet szaleństwo. Na dodatek moje tłumaczenia, co do prawdziwości wypadku ze środkami nasennymi nie zdały się na wiele. Mama, tak jak i inni uważali, że chciałam popełnić samobójstwo i dołączyć do synka. Przestałam więc tłumaczyć wszystkim, że tak nie było.
Na początek, gdy tylko wróciłam do rodzinnego domu przestałam się irytować gdy traktowano mnie jak skorupkę jajka. Zjadałam, choć właściwie należałoby powiedzieć: wmuszałam w siebie jedzenie starając się zjeść chociaż dwa posiłki dziennie. Kilka razy byłam nawet na zakupach, ale gdy zapominałam o głównych produktach które kazała mi kupić mama zrezygnowałam. Zamiast tego umówiłam się dwa razy z przyjaciółkami i choć z trudem, to jednak zmusiłam się do wyjścia do cukierni. Choć jednocześnie czułam się niezręcznie, jakbym kalała pamięć własnego synka od śmierci którego minął zaledwie miesiąc.
Byłam też wyrozumiała dla wszystkich, którzy nieustannie dotrzymywały mi towarzystwa. Jak mówiłam mama nie uwierzyła w moją wersję tego co się stało, więc teraz starała się nie dopuścić do tego bym była sama. Doszło nawet do tego, że
spałam z nią w pokoju do którego Bartosz wstawił drugie łóżko. Było mi z tym głupio, ale jednocześnie po jakimś czasie zdołałam dostrzec zalety tej sytuacji. Bycie z kimś pozwalało mi zapomnieć o własnych problemach i skupić się na rozmówcy. Na razie jednak nie byłam w stanie zmusić się do szczerej rozmowy z mężem, choć on również odwiedził mnie kilkakrotnie. Jednak nasze spotkania ograniczyły się tylko do zdawkowych frazesów o mojej samopoczucie i dalsze plany.
Coraz lepiej rozumiałam się z Jackiem. Na stała przeprowadził się do Warszawy z Gdańska porzucając pracę i dom właściwie bez powodu. Twierdził, że chciał zmiany i tęsknił za stolicą jednak ja wiedziałam, że robił to dla mnie. On, chyba jako jedyny rozumiał, że omijanie tematu Kuby podczas rozumów przynosi wręcz odwrotne skutki. Dlatego pytał mnie o jego ulubiony kolor, dania czy zabawki. A ja z uśmiechem opowiadałam mu o tym jak wszystkim. W którymś momencie jednak się zakłopotał. Zauważyłam to i spytałam go:
– Czy chcesz mnie o coś spytać? Coś się stało?
– Nie, Karola. Po prostu...- Urwał na moment uciekając wzrokiem z mojej twarzy. Potem jednak dodał z wahaniem.- Nie sądzisz, że...że to wszystko dla ciebie samej jest zbyt trudne?- Zrozumiałam teraz jego wahanie. Wiedział, że poruszamy się po śliskim gruncie.
– Tomek, ja...ja wiem, że moje zachowanie znacznie odbiega od normalności, ale uwierz mi, że próbuje. Naprawdę.
–   Nie o to mi chodziło. Wiem, że to prawda, i świetnie ci idzie, ale...
–   Ale?
–   Ale nie sądzisz, że sama sobie z tym nie poradzisz?
–   Co masz na myśli?
–   Mam na myśli lekarza.
–   Psychiatrę.- powiedziałam twardo. Pokręcił głową.
– Nie. Psychologa. To wcale nie sugeruje niczego złego. Po prostu czasami taka rozmowa potrafi zdziałać bardzo wiele.
– Mogę rozmawiać z tobą.- Powiedziałam ze złością.- Nie mam zamiaru opowiadać o Kubusiu obcej babie lub facetowi, który go nawet nie znał i nie rozumie mojej straty.
–  Karolina, to jest profesjonalista. On ci pomoże.
– Nie, okej?- Przez chwilę milczał, tak że myślałam iż dał sobie spokój z tym durnym pomysłem.
– A jeśli cię o to poproszę?- Spytał. Zaprzeczyłam stanowczo, ale po kilku następnych próbach, uległam.
Okazało się, że to nie był taki głupi pomysł. Być może i moja mentorka nie znała Kuby to jednak wydawała się szczerze zainteresowana moją historią. Już po pierwszym spotkaniu czułam się lepiej i nie omieszkałam opowiedzieć o tym Tomkowi. Zadowolony podkreślał, że to jego zasługa, bo on mnie do tego namówił, a ja po raz pierwszy od śmierci Kuby szczerze mnie rozbawił. Jednak gdy tylko moje usta uniosły się do góry zdałam sobie sprawę, że to nie na miejscu. W końcu mój syn nie żyje, a ja zamierzałam się uśmiechnąć już w półtora miesiąca po jego śmieci?
Z czasem, wracałam do równowagi. Na piątym spotkaniu z panią Górską, bo tak nazywała się pani psycholog (swoim nazwiskiem wywołując u mnie nieprzyjemne skojarzenie z Grzegorzem Górskim, który porwał mojego syna i doprowadził do jego śmierci)  Okazało się jednak, że wiedziała co robi i mówi. Bo powiedziała mi coś, przed czym uciekałam przez ostatnie tygodnie.
–   A więc co z twoim mężem? Masz z nim kontakt?
– Z Łukaszem? Nie.- Odparłam nie mogąc spojrzeć jej w oczy. Opowiedziałam jej podczas poprzedniej wizyty, że jego postać nierozerwalnie kojarzy mi się ze śmiercią Kuby i nie potrafię oddzielić tych dwóch wydarzeń. Że nie potrafię już patrzeć mu w twarz nie widząc w nich mordercy synka.
– Ale wiesz, że to nie była jego wina, prawda?- Spytała mnie.- Twój mąż nie ponosi bezpośredniej winy za śmierć Kuby. To był wypadek. Taki jak spotkał ciebie w momencie gdy połknęłaś za dużo tabletek.
– Jakoś nie widzę związku.
– Wręcz przeciwnie. Wtedy też wszyscy myśleli, że popełniłaś samobójstwo, a wcale tak nie było. Jak czuła się ta sąsiadka, która dała ci fiolkę po tym wypadku?
–  Czuła się winna.
– Właśnie. A jak czułaby się gdybyś umarła? Sądzisz, że nie obwiniałaby się za twoją śmierć?
– Pewnie tak.- Przypomniałam sobie zapłakaną twarz pani Gawrońskiej. Ona naprawdę uważała, że to była jej wina. A przecież tak nie było.- Ale nie w przypadku Kuby. Gdyby nie prowadził tej sprawy, gdyby nie był tą wtyczką i  nie kpił z przestępców nic by się nie stało. I gdyby nie był z CBŚ.
–   I gdybyś go w ogóle nie spotkała też, prawda?
–   Tak.- Przytaknęłam nie wiedząc do czego zmierza.
– A więc Kuba też by się nie narodził.- W końcu złapała mnie w pułapkę. Zła już miałam ochotę powiedzieć, że Kubuś nie był jego synem, ale dałam sobie spokój z tą dziecinną zagrywką. Bo przecież wcale tak nie było.
– Być może.- Przyznałam ostrożnie. Potem głęboko wciągnęłam powietrze ustami.- Ja to wiem. To znaczy tak mi się wydaje. Ale to nie znaczy, że to akceptuję.
– Karolino, rozumiem cię. Usilnie próbujesz zrzucić na kogoś winę za śmierć syna, bo tylko to powoduje, że możesz dać ujście swojej frustracji w bardziej konkretne miejsce, a nie obwiniając cały świat. Ale w ten sposób tylko siebie niszczysz. I swojego męża też.- Zrobiła krótką pauzę.- Wiesz, że wspólnie byłoby wam łatwiej przez to przejść?
–   Nie sądzę.
– A ja wręcz przeciwnie. Byliście rodzicami Kubusia i to wy kochaliście go najmocniej. Nikt inny nie pojmie waszego bólu.
–   Nie rozumie pani tego co wcześniej powiedziałam? Ja nie mogę, nie potrafię.
– Nie możesz czy nie chcesz?- Och jak ja nienawidziłam tego spokojnego, niemal śniętego głosu wszystkich psychologów. I tych ich podchwytliwych stwierdzeń czy odpowiadania pytaniem na pytanie.
–   Nie mogę.
– Kochasz swojego męża? Karolino?- Popędzała mnie gdy ja milczałam szukając odpowiedzi wewnątrz siebie. Czy go kochałam? W tej chwili nie wiedziałam nawet co to znaczy. Dlatego tak jak to zwykle była w takich sytuacjach czułam potrzebę ataku.
–   Co to w ogóle za pytanie?- Zastosowałam ten sam wybieg co pani psycholog odpowiadając pytaniem na jej pytanie.
- Proste. Tak czy nie?- Drążyła. Głośno westchnęłam.
- Ja…nie wiem.- wyszeptałam w końcu.  Bo naprawdę tak było. Nie czułam już nic. Na myśl o Łukaszu przypominałam sobie o jego ostatniej akcji i tym co spotkało przez to mojego syna. Całą miłość przelałam na niego. Gdy umarł moja cała miłość też.
–   A dawniej? Mówiłaś, że poznaliście się w niesprzyjających okolicznościach.
–   Tak...dawniej, dawniej bardzo się kochaliśmy.- Z grubsza opowiedziałam jej całą historię.
– Ach tak.- Podsumowała.- A więc twój przyjaciel Tomek czy raczej Jacek jest w rzeczywistości twoim byłym partnerem...- Nie powiedziała nic więcej robiąc jakieś zdanie w notatkach. - Więc skupmy się na czymś innym. Mówiłaś, że zamierzasz znaleźć pracę. Jak ci idzie?
To spotkanie dało mi do myślenia. Ona miała rację: dłużej nie mogłam już trwać tak w zawieszeniu, na garnuszku matki, udając że nie mam męża. Nie mogłam chować głowy w piasek. Zbierając się w sobie przez cały dzień w końcu umówiłam się z Łukaszem na spotkanie.
Fakt, że spotkanie miało odbyć się dopiero w sobotę, bo pracował tylko upewniło mnie w mojej decyzji. Bo zdałam sobie w końcu sprawę, że między nami nie ma przyszłości. Ja nie potrafiłam tak po prostu wymazać Kubusia z mojego życia, nie potrafiłam zapomnieć o tym że gdyby nie praca Łukasza być może nadal byłby ze mną. Poza tym doszłam do wniosku, że nasze małżeństwo rozpadło się już dużo wcześniej. Przecież już kilka miesięcy temu kłóciłam się z mężem o jego nadmierny pracoholizm, nieustępliwość, udawanie dziewczyna tamtej gangsterki... Przyczyn
było niemało. Dopiero śmierć Kuby pozwoliła mi to dostrzec. Znikła gdzieś cała magia i miłość jaka dawniej nas łączyła, znikła czułość i delikatność którą sobie okazywaliśmy, pozostawiając nieufność i lęk. Kuba zaczął być jedynym co nas łączyło. Po jego śmierci nie zostało już nic.
O dziwo moja decyzja zbytnio nie zdziwiła Łukasza. Owszem, był zaskoczony, ale jak sam powiedział spodziewał się tego.
–       W naszej sytuacji pozostały tylko dwa wyjścia: albo rozwód, albo wspólne życie. Po twoich wyprowadzkach i rozmowach zrozumiałem, że możliwe jest tylko pierwsze. Pozostało tylko do ustalenia kiedy to ma nastąpić.
–       A więc się zgadzasz?- Spytałam odrobinę zażenowana. Właściwie nie wiem czego się spodziewałam. Na pewno nie tak beznamiętnej reakcji. Bo Łukasz wyglądał tak jakby uszło z niego całe życie. Nie z powodu tego co mu obwieściłam, o nie. Był jakby wyzuty już wcześniej, wyglądał nawet gorzej ode mnie. Jakby to co mu powiem zupełnie nie miało dla niego żadnego znaczenia. I może tak właśnie było. Może psycholog się myliła, może nigdy nie moglibyśmy pomóc sobie nawzajem uleczyć ran, bo nie tylko ja już tego nie chciałam, ale on również.
–       A mam jakieś wyjście?- Spytał niemal z uśmiechem.- Mam cię przekonać, że jednak jest dla nas jakaś szansa gdy sam wiem, że jej nie ma?- Na moment poczułam w gardle wielką gulę.
„I przysięgam ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. W zdrowiu i w chorobie, w szczęściu i nieszczęściu…”, w głowie usłyszałam słowa ślubnej przysięgi, którą kiedyś składałam Łukaszowi. Przypomniałam sobie ten moment gdy z trudem hamując wzruszenie włożyłam mu pierścionek na palec, a on z błyszczącymi oczami bezgłośnie samym ruchem warg wyszeptał: „Kocham cię.” Gdzie podział się ten pewien siebie młody mężczyzna, który obiecywał mi cały świat? I gdzie się podziała ta pełna nadziei dziewczyna, która w to wierzyła? Zastanowiłam się tylko kto tak bardzo zniszczył nasze życie. Czy to był naprawdę Bóg? Złośliwy los, fatum? A może to my jesteśmy kowalami własnego losu? Nie miałam już zielonego pojęcia. Po śmierci Kuby moje podejście do duchowości i wiary w życie inne niż doczesne bardzo się zmieniło.
–       A ty uważasz, że jest dla nas jakaś szansa?- Spytałam cicho sama się sobie dziwiąc że to robię. Łukasz spojrzał na mnie przyoblekając na twarz  maskę.
–       A ty?- Odparł pytaniem. Jeszcze kilka minut temu byłam pewna, że tak. Że chcę rozwodu. Ale teraz, gdy ten moment nadszedł zawahałam się. Przypomniałam sobie te wszystkie chwile, które przeszliśmy razem z moim mężem: tę radość w początkowych miesiącach, noce podczas których potrafił kochać się ze mną kilkakrotnie aż do rana śmiejąc się potem z mojego niewyspania, drobne czułości i prezenty przy byle okazji albo nawet bez nich. Potem coraz częstsze i dłuższe dyżury w pracy, wślizganie się do domu jak złodziej by mnie nie obudzić i wsuwanie się do łóżka niemal ukradkiem; ciągłe kłótnie o Tomka i sprawę którą się zajmował, strach przed zdradą gdy nie wkładał obrączki, pocałunek z tamtą kobietą, aż wreszcie porwanie i śmierć naszego syna.
–   Tak, jestem pewna.- Powiedziałam stanowczo ostatecznie upewniając cię co do
słuszności swojej decyzji.- Muszę zacząć wszystko od nowa, bo inaczej zwariuję.- Wyjaśniłam nawet nie zdając sobie sprawy, że się przed nim tłumaczę.- Wiem, że pewnie myślisz, że to się już stało, ale uwierz mi że jeszcze nad tym jako tako panuję.- Roześmiałam się sztucznie ze swojego żartu.- I naprawdę nie chciałam popełnić tego samobójstwa. To znaczy... wzięłam te tabletki przez przypadek. To znaczy, tak dużą ilość. Bo ja nie chciałam…
–       Wiem.- Szybko spojrzałam na niego chcąc wybadać, czy mówi to dla świętego spokoju czy naprawdę w to wierzy. I znów nie mogłam niczego wyczytać z jego twarzy. W pewien sposób mnie to zaskoczyło, bo choć nigdy nie był dla mnie otwartą księgą to jednak jego twarz nigdy nie przypominała maski.- Mnie...mi też...
–       Też ci się śni?- Dokończyłam domyślnie. Nie odpowiedział, więc powtórzyłam pytanie po raz pierwszy od czasu śmierci Kubusia próbując zrozumieć co on tak naprawdę czuję.- Wiesz, ja zawsze czekam na noc. Bo w moich snach on nadal żyje.- Uśmiechnęłam się smutno i spuściłam głowę.-  Widzę go takiego jak dawniej: radosnego, pełnego energii. I czasami słyszę tę melodię. Tę z pozytywki o cukierkowej królewnie. Nawet jeśli w rzeczywistości nikt jej nie słyszy, bo…
- Przepraszam, muszę załatwić jeszcze coś ważnego. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
- Oczywiście.- Odpowiedziałam sztywno czując, że chwila porozumienia między nami bezpowrotnie mija. Zwłaszcza gdy wstał z krzesła szykując się do wyjścia unikając mojego wzroku.  A więc to koniec wizyty? To ma się tak skończyć? Chyba tak.- Łukasz!- Zawołałam go jeszcze. Przystanął, ale się nie odwrócił.- Czy... czy to ja mam się tym zająć?
–       Jeśli chcesz to ja mogę złożyć papiery. Najpierw jednak musimy uporządkować naszą sytuację majątkową.
–   Jak to?- Spytałam głupio.
–       Chodzi głównie o mieszkanie i kredyt, który jeszcze nie został do końca spłacony.
–   No tak. Jak zamierzasz to rozwiązać?
–       Jeszcze nie wiem. Chcesz to mieszkanie?- Przypomniałam sobie te wszystkie wspomnienia o Kubusiu które dręczyły mnie nawet w moim rodzinnym domu gdzie kilkakrotnie przebywał Kuba, a co dopiero tam gdzie spędził całe swoje dwuletnie życie?
–   Nie.- Powiedziałam.
–       A więc wystawię je na sprzedaż. Może ktoś je kupi i w ten sposób spłacimy długi.
–   A ty... ty gdzie będziesz mieszkał?
–       Poradzę sobie. Nie sądzę, by po sprzedaży zostały jakieś pieniądze, ale jeśli tak się stanie to oddam ci je.- Chciałam go jeszcze o coś zapytać, zatrzymać by nie odchodził, ale on całą swoją postawą, to znaczy nawet nie odwracając się do mnie z powrotem komunikował, że marzy o czymś wręcz przeciwnym. Dlatego stłumiłam to uczucie.
–   Dobrze. Jakby coś, to masz moją komórkę. Zadzwoń.
–       Jasne.- Rzucił, a potem wyszedł z pokoju. A ja czułam się tak jakby uszło ze mnie całe powietrze.
I tak, niemal pół roku później stałam przed sądem okręgowym naprzeciwko siebie widząc twarz swojego męża. Męża, który już za parę minut miał stać się moim byłym mężem.
Przez kilka ostatnich miesięcy go nie widziałam. Tak jak poprosiłam kontaktował się ze mną tylko telefonicznie. Początkowo sądziłam, że po prostu unika mego towarzystwa. Dopiero przypadkowe spotkanie z moją teściową na mieście uzmysłowiło mi dlaczego. Bo Łukasz wyjechał z Warszawy. Przeprowadził się do Lublina dostając podobno jakąś interesującą propozycję pracy. Z trudem tłumiłam żal. A więc znowu praca okazała się dla niego najważniejsza. Niektórzy z pewnością sądzili, że po śmierci syna stanowi to dla niego ucieczkę przed bólem i pustką; tylko nieliczni tacy jak ja, jego (już niedługo była) żona zdawałam sobie sprawę, że tak nie było. Bo Łukasz miał teraz doskonałą wymówkę do tego, by kultywować swój nadmierny pracoholizm i poddawać się misji ratowania świata tak jak zawsze to robił. Czas pozwolił mi nawet nie dostrzegać w tym niczego złego. Owszem, pracował zbyt wiele, ale przecież zdawałam sobie z tego sprawę już przed ślubem. To nie jego wina, że naiwnie wierzyłam, że dla mnie się zmieni. Niektórzy tacy już po prostu są: jedni lubią życie kury domowej, inni bogatego partnera, jeszcze inni podróże. Łukasz wybrał sobie za cel zbawianie świata i to przynosiło mu przyjemność. Szkoda tylko, że często bohaterzy uważani są za tych najlepszych. Dlaczego nikt nie podkreśla faktu, że gdzieś mają własną rodzinę? Że nawet własne życie nie jest dla nich ważne?  Bo co mi z tego, że matka owej dziewczyny którą uratował mój mąż w parku już po śmierci Kubusia mi dziękowała? Owszem, mogłam udawać przed samą sobą, że szczycę się mając za męża kogoś takiego jak Łukasz, ale to nie była prawda. Bo wybaczcie, ale jak dla mnie te wszystkie uratowane osoby mogłyby zginąć, jeśli tylko mój Kubuś miałby wrócić. Może i ta myśl była samolubna, jednak prawdziwa.
–       A więc pytam po raz ostatni. Czy są państwo całkowicie pewni, że nie istnieją żadne podstawy do podtrzymania tego związku?- Głos zabrał mój adwokat. Nie mieliśmy procesu, bo doszliśmy z Łukaszem do obopólnego porozumienia.- Pani Karolino? Panie Łukaszu?- Cisza która zaległa po tym pytaniu zdawała mi się trwać wieczność. Jakby na niewidzialną komendę po raz pierwszy od rozpoczęcia tej sprawy spojrzeliśmy na siebie z Kowalskim  jednocześnie. Wewnątrz siebie poczułam tylko pustkę. Już nie potrafiłam wykrzesać z siebie jakichkolwiek emocji, dalej żyć przy boku Łukasza tak jakby nic się nie stało, tak jakby Kubuś nie istniał. Czułam również smutek, ale nie z powodu swojej decyzji, ale zmarnowanego życia. Miałam prawie 28 lat, a czułam się tak jakbym miała ich 82. Jakby spotkało mnie już wszystko co miało się wydarzyć. A więc czy istniała jakaś nadzieja lub cień szansy na to, żeby kontynuować nasz związek? Istniała tylko jedna odpowiedź, której Łukasz udzielił pierwszy:
–   Nie.- Jego głos pośród ciszy wydał mi się brzmieć jak echo.
–   Nie.- Powtórzyłam.
–       A więc, w toku poniższej sprawy orzekam rozwód między....- Sędzia zaczął recytować swoją formułkę zmieniając tylko dane personalne osób rozwodzących się, a ja nie mogłam przestać czuć się tak jak obserwatorka. Czy zawsze tak było? Czy każdy rozwód przygnębiał aż tak bardzo?
Wychodząc z sali czekali na mnie najbliżsi. Moje dwie przyjaciółki, siostra i mama. Na Łukasza nikt nie czekał.
–       I jak poszło? Wszystko dobrze?- Spytali nas. Z wisielczym humorem pomyślałam sobie jak głupie było to pytanie. Co ma być dobrego w rozwodzie dwojga ludzi którzy jeszcze kilka lat temu szczerze się kochało? I jak mogło pójść?
–   W porządku.- Odparł za mnie Łukasz.
–       Cieszę się.- Odpowiedziała moja mama. Szybko jednak dodała:- To znaczy nie cieszę się z waszego rozwodu, ale jeśli tak postanowiliście to dobrze, że doszliście do porozumienia.
–       Tak.- Odpowiedział jej mój były już mąż lekkim uśmiechem. Potem spojrzał na moje towarzyszki aż w końcu na mnie.- Muszę już iść, bo za godzinę mam pociąg. Gdyby okazało się, że jakieś formalności nie są dopełnione albo... albo gdyby stało się coś co wymagałoby mojej obecności to skontaktuj się z moimi rodzicami, bo zmieniłem numer telefonu.  Najlepiej z ojcem.
–   Jasne.- Potwierdziłam czując się niezwykle niezręcznie i dziwnie. Zastanawiałam się czemu nie dał mi swojego numeru telefonu teraz nie pozwalając się kontaktować ze sobą telefonicznie. Bał się, że będę go prześladować?
–   A więc, do zobaczenia Karolino. Życzę ci wszystkiego najlepszego.
–       Ja tobie też. Powodzenia... w pracy.- W odpowiedzi tylko się do mnie uśmiechnął jakby doskonale wiedział, że tak naprawdę nigdy nie zaakceptuję jego miłości do CBŚ. A potem po prostu się odwrócił i odszedł.