Łączna liczba wyświetleń

środa, 24 maja 2017

Nowy początek, Rozdział X

Hej wszystkim :) Ta część będzie niejako "przełomem" w całej historii (po przeczytaniu zrozumiecie dlaczego) i domyślicie się o co chodziło mi w tej zmianie gatunku o której uprzedzałam. Mimo wszystko mam nadzieję, że wam się spodoba. Poza tym rozwieje wszelkie wątpliwości :)
No i niestety muszę was uprzedzić, że kolejna nie tak prędko :( Masę pracy mam teraz że normalnie nie wyrabiam a wydaje mi się że nic nie robię. W dodatku już niedługo sesję czas zacząć ;( Także na razie nie zawieszam pisania, po prostu uczciwie uprzedzam, że do niedzieli może się nic nie pojawić.
Ale teraz miłego czytania.

CZĘŚĆ II

PIERWSZE DNI PO WYPADKU

Budziła się powoli jakby ostatkiem świadomości starając się opóźnić to, co nieuniknione. Bo wcale nie chciała się obudzić. W głowie oprócz silnego bólu czuła wielki zamęt, a jej ciało zdawało się być ciężkie jak wielka bryła ołowiu. Najgorsze były jednak dźwięki znajdującej się niedaleko aparatury. I zrozumiała, że jednak nie umarła.
Próbując przełknąć ślinę napotkała tak wielki opór, że się zakrztusiła. Potem poczuła, że się dusi nie mogąc złapać oddechu. Czuła się tak jakby jej gardło było jedną wielką raną, która powiększała się gdy tylko próbowała zdobyć dla swoich płuc najmniejszy haust powietrza.
- Proszę oddychać spokojnie nosem! Proszę pani, słyszy mnie pani?! Gardło zostało bardzo głęboko przecięte: to cud że tchawica jest tylko lekko draśnięta. Doktor, potrzebny lekarz Piotrowski!- Jak przez mgłę docierały do niej słowa…no właśnie kogo? Pielęgniarki? Ale nic nie mogła poradzić na to, iż rozumiejąc ich sens nie była w stanie ich spełnić. Panika chwyciła jej umysł w swoje olbrzymie macki wyciskając z oczu łzy. Potem znów straciła przytomność.
Nie wiedziała ile czasu minęło od jej poprzedniej śpiączki, ale tym razem gardło nie wydawało się być płynną lawą. Przypomniała sobie słowa tamtej kobiety: a więc miała przecięte gardło. Nie miała pojęcia jak to się mogło stać skoro spadła ze schodów, ale przynajmniej znała już przyczynę bólu.
Ostrożnie otwierając oczy zarejestrowała rażące w oczy światło, przez które z powrotem je zamknęła. Dopiero kilka sekund później odważyła się je otworzyć. Ku swojej uldze spostrzegła, że leży sama w dość ładnym pokoju szpitalnym. I choć cieszył ją brak ludzi, to jednak język miała tak suchy, że wydawał się jej być przytknięty do gardła. Chciała kogoś zawołać lub krzyknąć, ale z jej gardła wydobył się tylko charchot, który sprawił jej ta wielki ból, że aż poczuła mroczki przed oczami. Nie miała pojęcia co ma zrobić i jak sobie poradzić czując napływające do oczu łzy. Na dodatek każde, nawet najmniejsze przełknięcie śliny wywoływało tak wielki ból jakby połykała stos szpilek. Starała się poruszyć ręką, ale ta wydawała się jakby przytwierdzona do łóżka. W geście bezsilności odwróciła lekko głowę, tak jak była w stanie. Potem przymknęła oczy. Trwała w tym stanie kilka minut aż znów nie zjawiła się jakaś pielęgniarka.
- O, obudziła się pani.- Odezwała się szeroko się uśmiechając. Zosia starała się dać znak informując kobietę o swoich potrzebach, ale ponownie poniosła sromotną porażkę. Ale przynajmniej osiągnęła tyle, że młodziutka dziewczyna zorientowała się iż coś jest nie tak.- Co się dzieje? Coś panią boli?- Zosia w duchu krzyczała z bezsilności nie wiedząc co począć. Męczyła się jak ryba wyjęta z wody próbując wydać z siebie coś co nie przypominałoby charchotu dzikiego zwierzęcia, ale nie była w stanie. Na koniec pielęgniarka po prostu wyszła z pokoju bez słowa. A ona wiedziała, że będzie się męczyć jeszcze jakiś czas.
- Dzień dobry, stażystka powiedziała że odzyskała pani przytomność. Zapewne nie może pani mówić.- Ostatkiem sił Zofia delikatnie pokręciła głową.- Rozumiem. Chce pani pić?- Słysząc to pytanie miała ochotę rzucić się do stóp czterdziestoletniej kobiety. I oczywiście zrobiłaby to gdyby jej ciało chciało z nią współpracować.- No tak, w takim razie już podaję. Poradzi sobie pani ze słomką?- Choć kosztowało ją to wiele bólu i wysiłku, Zosi udało się w końcu wypić kilka kropli błogosławionego płynu. Cieszyła się gdy pielęgniarka zaczęła sama z siebie opowiadać:- Miała pani dużo szczęścia, bo kawałek szkła który utkwił w tchawicy zapobiegł krwotokowi. Poza tym najbardziej ucierpiała głowa: choć na szczęście skończyło się tylko na wstrząśnieniu mózgu. Nie odniosła pani żadnych znaczących obrażeń poza licznymi obtarciami czy zadrapaniami. Wszystkie kości i narządy wewnętrzne są całe. Pani koleżanka nie miała tyle szczęścia.- Zosia domyśliła się, że chodzi o Wiktorię, ale że nie była w stanie o nią zapytać, a pielęgniarka kontynuowała zupełnie inny wątek więc nie dowiedziała się co dokładnie miałoby oznaczać „nie miała tyle szczęścia”. Czy Szymborska złamała jakąś kończynę? A może poważnie uszkodziła wątrobę lub pokiereszowała twarz szkłem które wbiło jej się w gardło? Albo co najgorsze: umarła? Mimo wszystko miała nadzieję, że tak się nie stało.- Od Sylwestrowej nocy minęły dwa dni i mamy tu istny kocioł z powodu prasy, bo media nieźle rozdmuchały tę aferę. Bądź co bądź prawie straciła pani życie. O, już wystarczy? Nie chce pani więcej wody? Rozumiem. Pani ojciec bardzo się martwi: wiele razy dzwoni pytając czy się pani obudziła. Chciał nawet przenieść panią do prywatnej kliniki, ale ze względu na stan zdrowia uświadomiliśmy mu że tak będzie dla pani bezpieczniej.- Jej nieśmiały ojciec to zrobił? Zosia poczuła silne wzruszenie wiedząc jak bardzo rodzice muszą się o nią martwić. Bardzo chciała by rozmawiająca z nią pielęgniarka przekazała im, że czuje się dobrze: w końcu jak mówiła dziś był już drugi grudnia i musieli odchodzić od zmysłów. Była pewna, że pewnie warują pod drzwiami czekając aż w końcu będą mogli wejść. Ale pielęgniarka w ogóle o tym nie wspomniała.- Aha, a jak oczy? Nie pieką? Nie wiedzieliśmy że nosi pani szkła kontaktowe; dopiero trzeciego dnia pobytu ktoś w szpitalu zwrócił uwagę na pojawiające się zapalenie i je usunęliśmy. Doktor twierdzi, że wszystko z pani wzrokiem w porządku i mam nadzieję, że pani to potwierdzi. Jeśli tak jest to proszę mrugnąć dwa razy.- Zosia odruchowo to zrobiła, bo rzeczywiście nie bolały ją oczy, ale nie rozumiała jakim cudem w jej oczach niby znalazły się soczewki skoro ich nie nosiła. Ale jej myśli i tak były bardzo rozbiegane, dlatego szybko przestała zawracać sobie tym głowę.
Sama nie wiedziała kiedy zasnęła, dopóki wieczorem (a przynajmniej tak jej się wydawało, bo za oknem panowały egipskie ciemności) nie otworzyła oczu. Tym razem przy jej łóżku siedziała pielęgniarka trzymająca w ręku gazetę (jak zdążyła się zorientować była to ta sama stażystka która nie rozumiała jak bardzo była spragniona). Gdy zorientowała się, iż już nie śpi od razu zaproponowała jej wodę. Z wisielczym humorem Zosia pomyślała, że w końcu się czegoś nauczyła.
Stażystka również zaczęła zasypywać ją gradem informacji, ale w przeciwieństwie do swojej starszej koleżanki nie interesowały jej fakty, ale plotki i cała otoczka skandalu. Zosia dowiedziała się więc, że gdy obie z Wiktorią Szymborską spadły ze schodów, jeden z towarzyszących im mężczyzn (nie umiała rozpoznać po opisie dziewczyny czy to był Karol czy Arek) wybiegł zaczynając wołać o pomoc a drugi został na dole dzwoniąc po pogotowie. I w ten sposób zanim dojechała karetka wszyscy wiedzieli już o wypadku tracąc zainteresowanie zbliżającym się nowym rokiem.
- Już następnego dnia na każdym kanale w telewizji można było dowiedzieć się o wypadku. Dostało się nawet właścicielom tej sali w której odbywało się przyjęcie: no bo kto to widział żeby zbite szkło z butelki warlało się po schodach? Przecież omal pani nie zabiło przecinając gardło, nie? Ale swoją drogą to Krezus Bank zrobił sobie niefajną reklamę: niech pani zobaczy tutaj: już nawet gazety o tym piszą.- Dziewczyna prawdopodobnie chciała być miła i rozmową umilić Zosi czas, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Wypadek który przeżyła nie był dla niej jak dla towarzyszącej jej dziewczyny tylko skandalem, ale wielką traumą. Bo pamiętała ten ogromny ból w czaszce gdy uderzyła nią o twarde podłoże. Chciała nawet teraz dotknąć tego miejsca, ale nie była w stanie, tak mało miała siły. Na dodatek czuła się totalnie skołowana, jak gdyby jej własne ciało nie chciało jej słuchać. Zastanawiała się tylko kiedy i jak ostrym szkłem przebiła sobie gardło.
Stażystki wcale nie zniechęciły jej zamknięte oczy, bo wciąż gadała jak najęta. Dopiero dając jej wieczorną porcję leków i zmieniając kroplówkę zdecydowała chyba, że czas się zamknąć. Nie wyszła jednak z sali, ale znów usiadła na krześle w rogu pomieszczenia czytając swoją gazetę. Zosia pomyślała, że chyba zamierza czuwać nad nią przez całą noc.
Przez cały wieczór a potem następną dobę nieustannie budziła się i traciła przytomność mimo iż nie miała na to wpływu. Dopiero cztery dni po upływie od wypadku poczuła, że jej mózg zaczyna pracować, a ciało odpowiada na jej reakcję. Odważyła się nawet usiąść na szpitalnym łóżku.
Zdziwiło ją, jak bardzo wychudła i w ogóle jej ciało wydawało jej się być nie jej: miała problemy z właściwym ocenianiem odległości i wielkości. Poza tym gardło nie bolało tak bardzo, choć wciąż nie mogła mówić. Zastanawiało ją tylko jedno: czemu nikt jej nie odwiedza? Do tej pory jedynym gościem jakiego miała był sam prezes Krezus Banku, który chyba poczuwał się w obowiązku złożenia jej wizyty; Zosia pamiętała co stażystka mówiła o nagonce prasowej. No i pielęgniarki z lekarzami. A gdzie mama i taka? Gdzie Maria z Ignacym? Gdzie Jowita, Emilia albo Ewa? Gdzie Ksawery? Przecież z pewnością znaleźliby chwilę by do niej zajrzeć. Czemu więc lekarze nie chcieli ich wpuścić? Zosia czuła się bardzo samotna, a świadomość faktu iż nie może się z nikim komunikować sprawiało, że mogła tylko myśleć. A raczej odtwarzać słowa Karola Rogalskiego w których razem z Arkiem naigrywał się z jej miłości do niego.
Za każdym razem, mimo upływu czasu, to wspomnienie wywoływało w niej tak paraliżujący ból, że wyciskało z oczy łzy nie mniejszy niż ten za sprawą gardła. Naprawdę nie potrafiła zrozumieć jak ktoś mógł być aż tak okrutny jak on, jak mógł traktować aż tak przedmiotowo. Później zaczęła myśleć o tym feralnym sylwestrze jak o deja vu. W końcu dziewięć lat temu wykpiono ją podobnie sprawiając, że skończyła w szpitalu. Z tym, że tym razem powinna być wdzięczna iż świadkiem jej upokorzenia była tylko Wiktoria Szymborska a nie jej znajomi ze szkoły oraz okolicy na imprezie.
Zawsze gdy o tym myślała, dziękowała lekarzom że nikogo do niej nie wpuszczają. Bo na samą myśl o konieczności konfrontacji z rzeczywistością wpadała w panikę. Nie miała pojęcia jak ta cała sprawa się rozwiąże, nie miała pojęcia co ma zrobić ze swoim życiem skoro nie może pracować w tym samym miejscu co Arek ani tym bardziej z nim dalej mieszkać.
A przede wszystkim to nie miała pojęcia jak pozbyć się uczucia którym go darzyła.
Teraz, z perspektywy czasu, nie mogła uwierzyć jak bardzo była głupia. Bo rzeczywiście podała mu się na tacy: przecież on nawet nie musiał o nic jej prosić ona i tak wykonywała jego polecenia piorąc czy gotując dla niego. Do myślenia powinien dać jej fakt, że bezceremonialnie poświęcił ją wplątując w konflikt z Wiktorią podczas pracy każąc wrócić po materiały do mieszkania podczas gdy sam zabawiał się z jakąś dziewczyną. Ale nie, ona głupia wciąż wierzyła i łudziła się że ją pokocha nie ucząc się na błędach. Nie czując niczego dziwnego w fakcie, że kazał jej ukrywać ich związek tak jak- jak wyraził się wtedy Karol?- w sztuce Romeo i Julia? Boże, była taka żałosna że teraz chciało jej się tylko rzygać. W myślach wciąż wyzywała się od skończonych idiotek, ale to dołowało ją tylko jeszcze bardziej.
Piątego dnia w końcu mogła wstać z łóżka o własnych siłach z pomocą pielęgniarki. Znów poczuła to dziwne uczucie zaburzenia przestrzeni i odległości, ale kładła to na krab zażywanych leków. Poza tym ucieszyła się, że udało jej się wypowiedzieć słowo „kartka” tak by pielęgniarka zrozumiała o co jej chodzi. Wtedy zapisała swoje pytanie: Dlaczego nikt nie może mnie odwiedzać?
- Ależ wszyscy mogą panią odwiedzać.- Odparła momentalnie pielęgniarka, która akurat z nią była. To skonsternowało Zosię.
A moi rodzice? Siostra, napisała.
- Był tu pani ojciec i jakaś starsza kobieta…to mogłaby być matka. Ale siostra? Chyba nikogo takiego nie widziałam.- Wiedząc, że nie uzyska nic więcej siląc się na empatię napisała:
Wiktoria?
- Nie rozumiem?- Mrugnęła wtedy pielęgniarka, a ona miała ochotę wywrócić oczami bo napisanie nazwiska znienawidzonej szefowej w tej chwili było dla niej prawie nieosiągalne.
Wiktoria Szymborska? Żyje?
- Ależ proszę pani, oczywiście że pani żyje.- Śmiech pielęgniarki zabrzmiał nieco sztucznie.
Pytam o nią.
- O kogo?- Tym razem nie powstrzymała przewrócenia oczami dając sobie spokój z pytaniami. Postanowiła, że zapyta kogoś innego kto się zjawi, najlepiej lekarza a nie młodą dziewczynę, która nie potrafi odpowiedzieć na jej pytanie.- W takim razie zostawiam panią samą, pani Szymborska. Za dziesięć minut wracam.- Zosia zarejestrowała błąd pielęgniarki, ale uznała go za zwykłe przejęzyczenie. Choć do tej pory wiele faktów jej się nie zgadzało, jeszcze nie docierało do niej co tak naprawdę się stało.

PIĘĆ DNI PO WYPADKU

Gdy pierwszy raz miała tyle siły by móc załatwić się sama a nie korzystać z  przyczepionego cewnika, uznała odbicie swojej twarzy za halucynacje. Potem zdjęto jej bandaż z głowy i dotykając jej nie wyczuła burzy loków: wtedy też tłumaczyła to sobie koniecznością obcięcia jej grubej szopy. Nie chciała wnikać w to, czemu w takim razie jej krótka szczecinka jest całkiem prosta skoro już przy skórze powinna skręcać się w paciorki. Nawet swój zmieniony głos tłumaczyła raną na gardle. Ale z godziny na godzinę zaczęła wpadać w panikę. Co to do cholery miało znaczyć? Czym oni ją faszerują skoro wydaje jej się, że jest inną osobą? Czując ogarniającą ją panikę wyszła na zewnątrz korzystając z tej nielicznej okazji, że była sama. Na korytarzu krzątało się kilka osób, ale nie wydawali się jej być szkodliwi. Szła tak jakiś czas nie wiedząc właściwie gdzie idzie gdy nagle zauważyła swoją siostrę, która mignęła jej w korytarzu. Marysia jej nie widziała, więc nie pozostało jej nic innego jak ją dogonić. Dlaczego tylko jest taka mała? Wciąż ma zaburzenia przestrzeni? Starając się o tym nie myśleć tylko skupić na śledzeniu siostry weszła na jakieś piętro, a potem jeszcze kolejne. Ale wchodzenie po schodach było dla niej tak dużym wysiłkiem, iż ledwie udawało jej się złapać oddech, a i tak robiła to bardzo wolno. No i zgubiła Marię. Nie miała pojęcia czy poszła jeszcze wyżej czy skręciła do jednego z pokoi tutaj. Dlaczego nie miała przy sobie komórki? Gdzie były do cholery jej osobiste rzeczy?
- Przepraszam panią, a pani z jakiej jest sali?- Zosia zorientowała się, że te słowa ktoś wymawia do niej, ale je zignorowała decydując się iść prosto.- Halo, proszę pani, mówię do pani. Proszę się zatrzymać…- Wciąż ignorując jakąś kobietę z personelu medycznego starała się iść jak najszybciej. Właściwie teraz nie było w tym żadnego celu, ale czuła że musi to zrobić. Że musi uciec. I było to właściwie uczucie, bo ponownie ujrzała Marię skręcającą do jednej z sal.- Niech się pani zatrzyma!- Krzyczała wciąż za nią kobieta, ale od upragnionych drzwi dzieliło ją tak niewiele, że nie mogła tego zrobić.- Jacek pomóż mi, ona krwawi i nie reaguje na polecenia, nie wiem co powinnam…
W końcu tam dotarła. Do sali w której leżała młoda dziewczyna otoczona wieloma osobami, które tłoczyły się w niewielkim pokoiku. Starsza, na oko pięćdziesięciokilkuletnia kobieta ocierając łzy z oczu tuliła się do mężczyzny w podobnym wieku. Druga, dużo młodsza trzymała za rękę innego mężczyznę. Oprócz nich w pokoju było jeszcze dwóch mężczyzn oraz trzy inne młode kobiety. Wszystkie te postacie dobrze znała, wszystkie były jej bliskie. Nie rozumiała tylko czemu są tutaj zamiast być z nią. Ale gdy wołająca ją pielęgniarka złapała ją za rękę z towarzyszącym jej pielęgniarzem zmuszając do odejścia sprawiła, że ludzi w sali w którą się wpatrywała spojrzeli na nią odsłaniając twarz młodej kobiety leżącej bez ruchu.
I wtedy głośno krzyknęła nie zwracając uwagi na przeogromny ból jaki to wywołuje niszcząc zapewne zagojone już rany na gardle.
Bo twarz młodej kobiety też była jej bardzo dobrze znana.
To była jej twarz.

***

Arek, wchodząc po szpitalnych schodach na trzecie piętro, jak zawsze od czterech dni miał nadzieję, że tym razem stan Zosi się poprawił. Ale gdy tylko zauważył wychodzącą z jej pokoju właśnie Marię wiedział, że nic się nie zmieniło. Mimo to spytał:
- Obudziła się już?
- Nie, wciąż śpi.- Usłyszał tak samo rozczarowującą odpowiedź jakiej się spodziewał.- Ale lekarze zapewniają, że może wybudzić się w każdej chwili.- Nic na to nie odpowiedział. Zdawał sobie sprawę, że Marysia może mieć rację, ale mimo wszystko…mimo wszystko lekarze nie wiedzieli dlaczego Zosia się nie budzi skoro- oprócz złamanego nadgarstka oraz rozcięcia głowy- wyszła z wypadku cało. Najpewniej winę ponosiło właśnie mocne uderzenie w głowę, które sprawiło, że coś z jej mózgiem było nie tak. A on tak bardzo chciał by się obudziła. – Arek, ona na pewno się wybudzi cała i zdrowa.- Dodała łagodnie kobieta widząc smutek malujący się na twarzy Żylińskiego. I owszem, wciąż uważała że nie jest odpowiednim facetem dla zakochanej w nim jej młodszej siostrzyczki, ale teraz bardzo się o nią troszczył. I cierpiał tak jak wszyscy.
- Nie rozumiesz.- Młody mężczyzna pełen poczucia winy pokręcił głową.- Ona szła to tej piwnicy, bo chwilę wcześniej poprosiłem ją o rozmowę.      Gdyby nie to być może…
- …gdybanie nic nie da. Nie cofniemy czasu. Powiedz lepiej co chciała od ciebie policja?
- Sprawa się nagłośniła, przez co policja dla samego spokoju musiała się wtrącić. W końcu muszą zdementować te niestworzone historie o rzekomym zepchnięciu.
- Tak, widziałam ten artykuł w gazecie.- Prychnęła Marysia.- Ciekawe tylko niby kto miałby zepchnąć moją siostrę i tę jej szefową…Ale dość o tym. Za pół godziny mam sesję z klientem, dlatego szczegóły opowiesz mi później. Poza tym ty również z pewnością chciałbyś do niej wejść.
- Tak.
- A więc do zobaczenia. I naprawdę o nic się nie obwiniaj.- Arek uśmiechnął się do Marysi nieznacznie pokrzepiony jej słowami. Tylko to nie ona widziała leżącą bez ruchu Zosię z wielką plamą krwi spływającą z jej głowy. Nie ona musiała zatamować krwawienie z szyi Wiktorii Szymborskiej mając ochotę zająć się swoją ukochaną. Ale ten durny Karol oczywiście spanikował zostawiając go na dole samego. A te kilka minut do przyjazdu karetki były dla niego piekłem. Pospiesznie zbadawszy puls obu kobiet wydawało mu się, że nie słyszy go u Zosi. Był pewien, że ona nie żyje.
A potem zjawiło się wiele osób: sanitariusze, uczestnicy przyjęcia, przechodzący gapie. A on wciąż czuł się jak w transie. Słyszał wypowiadane do siebie słowa jednego z lekarzy, ale nie do końca rozumiał ich sens. Był tylko w stanie powiedzieć, że Zosia nie żyje a Wiktoria obficie krwawi z szyi z tkwiącym w jej gardle kawałkiem szkła którego zdecydował się nie wyciągać. Gdy spełnił swoje zadanie miał ochotę wejść na górę a potem na zewnątrz gdy usłyszał słowa sanitariusza:
- Nie żyje? Czuję puls. Ta kobieta…- Dosłownie w trzech susłach znalazł się przy leżącej jak martwa Zosi starając się pomóc lekarzom, choć ci zaczęli odciągać go od ciała. Ale mimo to został. Aż do czasu zniknięcia jej w karetce.
- Cześć Jowita.- Powiedział otrząsając się z nieprzyjemnych wspomnień witając się z siedzącą przy łóżku Zosi kobietą.
- Witaj bohaterze.- Odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
- Bohaterze?
- Nie czytałeś dzisiejszych gazet? Gdyby nie twoja interwencja Wiktoria Szymborska by nie żyła.
- Ach to.- Mrugnął tylko. Prawdę mówiąc to już dwa dni temu sam prezes Krezus Banku dziękował mu, gdy zauważył go w banku (Arek akurat składał podanie o kilkudniowy urlop by móc być przy Zosi) iż to właśnie dzięki jego pierwszej pomocy Wiktoria nie umarła. A on był wtedy w stanie tylko skinąć głową. Bo życie Szymborskiej niewiele go obchodziło: oczywiście byłoby mu przykro gdyby umarła- tak samo jak z powodu śmierci każdego człowieka. Chciał tylko by jego Zosia się obudziła.- Wciąż jesteśmy na czołówkach gazet co?
- Kto jak kto, ale ty będziesz sławny. Dołączyli nawet jakieś zdjęcie na którym widać twoją twarz. Niedługo będziesz rozchwytywany…- Jowita paplała starając się im obydwojgu poprawić humor, ale wiedziała że to bezcelowe. Ona sama patrząc na nieruchomą przyjaciółkę miała łzy w oczach, a w oczach Arkadiusza dostrzegała ogromny smutek gdy teraz zbliżał się do jej łóżka. Potem pogładził ją po policzku. Gdyby nie znała prawdy, dla kogoś postronnego mogłoby się wydawać, że jest kimś więcej niż przyjacielem pacjentki.- Ach, i wiesz że nasza szefowa się obudziła?
- Hm?
- Cruella. Złego diabli nie biorą. Zjawiła się tutaj koło południa. Jezu, wyglądała makabrycznie z rany na gardle ciekła jej krew. A potem gdy zaczęła wydawać z siebie jakich charchot…brr…dwójka pielęgniarzy musiała ją odciągać od drzwi. Nie mam pojęcia dlaczego chciała odwiedzić Zosię.
- W końcu obie uczestniczyły w wypadku: może chciała sprawdzić co z nią.- Odparł Arek na odczepnego.
- Albo jest jeszcze inny powód.
- Niby jaki?- Może dziwny ton albo wymowne milczenie Jowity wzbudziły w nim zainteresowanie.
- A co jeśli część dziennikarzy się nie myli?
- Co masz na myśli?
- Arek, przecież one spadły obie: to jasne że nie stało się to przypadkiem.
- Sugerujesz, że Wiktoria zepchnęła Zosię ze schodów? To niedorzeczne.
- Ale tłumaczyłoby poczucie winy. A tobie co dziś powiedziała policja?
- Nic, to ja musiałem odpowiadać na ich pytania a nie oni na moje.
- Wiem, ale może ich pytania coś sugerowały?
- Nie, po prostu z powodu poważnych obrażeń dwóch osób muszą zbadać tą sprawę dla świętego spokoju. Nie mają nawet cienia podejrzeń, iż to mogłoby być coś innego niż wypadek.
- Może. Ale nie zastanawia cię co one robiły tam razem?
- Nie wiem: pewnie spotkały się przypadkiem.
- Nigdy nie wierzyłam w przypadki.
- Jowita, to nie żadna powieść kryminalna.
- Przecież wiem, nie rób ze mnie jakieś wariatki. Ale to mi się naprawdę nie podoba.
***

Głęboki ból sprawił, że znów odzyskała przytomność. Otworzywszy oczy zdała sobie sprawę, że nachyla się nad nią wiele osób. Chciała je wszystkie odepchnąć nie rozumiejąc co się dzieje, ale one nie pozwalały. W dodatku gardło znów piekło niemiłosiernie. Czy to jest sen, pytała samą siebie w duchu. A może ja umarłam? Tylko czemu w takim razie czuję ból? I dlaczego do cholery jestem tu gdy moje ciało leży dwa piętra wyżej? Co się do diabła dzieje?! W natłoku myśli i bólu czuła się coraz bardziej skonfundowana, zagubiona i samotna. Chciała zobaczyć tatę, przytulić się do mamy, zapłakać na ramieniu Marysi, porozmawiać z przyjaciółkami i Ksawerym którego przecież zostawiła na przyjęciu. Biedaczek, a jak on się teraz musi czuć? I dlaczego nikogo przy mnie nie ma? Widocznie musieli dać jej jakieś środki, bo poczuła ukucie w ramieniu a potem całe jej ciało zwiotczało. Nie chciała tego, ale tuż przez zaśnięciem miała nadzieję, że wszystko minie.

OSIEM DNI PO WYPADKU

Kolejne dwa dni spędziła albo przykuta do łóżka specjalnym pasem, albo nafaszerowana lekami. Oczywiście wielokrotnie słyszała że to dla jej dobra.
- Musi pani oszczędzać gardło pani Szymborska. W przeciwnym wypadku może nawet dość do uszkodzenia strun głosowych…
Zosia nawet wtedy kręciła głową próbując zapobiec nazywaniu siebie nazwiskiem Cruelli. Jak oni mogą ją tak nazywać? I dlaczego w lustrze obija się jej twarz? Czy to efekt działania leków? A może przeszczepili jej mózg? Gdy ponownie odwiedził ją pan Stefan Adamczyk zaczęła nawet sądzić, że ma coś nie po kolei z głową. Bo on też myślał, że ona jest Wiktorią zapewniając, że wszystko będzie dobrze.
- Zająłem się Aleksandrem, więc nie musisz się o niego martwić. Jest teraz ze mną w moim mieszkaniu. Klucz miałem od portiera, mam nadzieję że się nie gniewasz że go pożyczyłem. A sprawami banku też nie musisz się martwić: inwestorzy rozumieją, że teraz nie jesteś w stanie przyjmować ich osobiście i życzą ci dużo zdrowia. Zresztą wszyscy pracownicy Krezus Banku składają ci życzenia. Mają nadzieję, że niedługo do nich wrócisz. Aha, i przywiozłem ci parę twoich rzeczy. Wiem, że przez te rozcięte gardło bardzo cierpisz, ale może chociaż to odrobinę umili ci rekonwalescencję.
Facet mówił i mówił, a Zosia w myślach zastanawiała się kim u diabła jest Aleksander? Jacy inwestorzy? I portier? Przecież ona wynajmuje mieszkanie razem z Arkiem i Ksawerym, nie ma mowy…
-…podziękować panu Żylińskiemu.- Słysząc nazwisko Arkadiusza Zosia wbiła spojrzenie prosto w Adamczyka. Widocznie uznał to za przejaw zainteresowania, bo kontynuował:- Tak, to dzięki niemu żyjesz. Gdyby nie zatamował krwawienia nie byłoby nas dzisiaj tutaj. Jako jedyny zachował zimną krew za co mu zresztą osobiście podziękowałem.
Dzięki niemu żyjesz? Jako kto? Jako duch w ciele Wiktorii? A może naprawdę jestem Wiktorią Szymborską z poplątaną piątą klepką? Może tylko wydaje mi się, że jestem Zofią Niemcewicz?
Panika znów zalała jej umysł. Drżącymi rękoma sięgnęła jeszcze po kartkę i długopis.
Mój telefon, napisała.
- Ach, rzeczywiście: wszystkie twoje rzeczy leżą w schowku. Mam poprosić pielęgniarkę żeby je przyniosła?- Skinęła głową a potem w napięciu czekała przez kilka minut. Dopiero po przyjściu jakiejś kobiety z damską torebką w dłoni się ożywiła. Z powodu licznych skaleczeń na dłoniach miała problem z jej otwarciem, więc po prostu wyrzuciła wszystko co w niej było na łóżku.- Ostrożnie, pomógłbym ci gdybyś mnie poprosiła…
Zosia nie zwracała uwagi na słowa Adamczyka: interesowała ją tylko zawartość komórki. Ucieszyła się, gdy wreszcie złapała ją w swoje ręce. Ale szybko rozczarowała nie będąc w stanie odblokować ekranu. No jasne,  w końcu to nie był jej telefon.
- Jakiś problem? Ach, nie pamiętasz hasła?- Niepewnie skinęła głową jeszcze parę razy próbując na chybi trafił narysować jakiś znak. Jak można się było spodziewać, nadaremnie. Zła, zrzuciła telefon z łóżka tak że rozdzielił się na kilka części.- Spokojnie. Tylko spokojnie. Zaraz powiem lekarzom o twoich kłopotach z pamięcią. Może wtedy zrozumieją, że nie muszą zakuwać cię w łańcuchy jak chorej.
Kłopoty z pamięcią? Ale przecież ona pamiętała.
Wiedziała skąd wzięła się jej mała blizna niedaleko łokcia (choć teraz niestety jej nie miała), pamiętała pięćdziesiąte urodziny mamy, wesele Marysi i Ignacego.
Pamiętała dzień gdy pisała maturę i po raz pierwszy złamała nogę.
Pamiętała Bartosza Krawczyka i wspólne spacery z Ksawerym.
Pamiętała wypady z przyjaciółkami do klubu karaoke i pogardliwy wzrok Wiktorii po tym jak publicznie ośmieliła się jej przeciwstawić w pracy.
Do cholery przecież pamiętała wszystko! Dlaczego więc teraz wydaje jej się, że jest Cruella?! Co z nią nie tak? Albo dlaczego wszyscy do cholery starają się jej wmówić, że nią jest?

***
Arek stał przy łóżku Zosi wpatrując się w jej śpiącą twarz. Jednocześnie cały czas trzymał jej bezwładną dłoń w swojej naiwnie licząc, że w którymś momencie może go uścisnąć dając znak że go słyszy.
- Zosiu, kochanie, obudź się w końcu.- Szeptał raz po raz. Mógł sobie na to pozwolić: w końcu nikogo nie było teraz w pokoju. Poza tym odkąd dziewczyna miała wypadek Arkowi nie w głowie była jakaś tajemniczość czy udawanie. Czekał tylko na przebudzenie się Zosi tak aby razem mogli ogłosić to całej rodzinie.- Śpisz już tak długo, dziś mija dziewiąty dzień. Wiem, że pewnie ty sobie odpoczywasz, ale ja odchodzę od zmysłów. Chciałbym w końcu powiedzieć ci jak bardzo cię kocham, ale jeśli się nie obudzisz to tego nie usłyszysz. No dalej, nie rób mi znowu na złość. Może zasłużyłem na to by teraz przeżywać tak wielki strach za to jak ostatnio cię traktowałem, ale z chęcią ci to wynagrodzę, obiecuję. Nigdy więcej nie dam ci żadnym powodów do zwątpienia we mnie albo moją miłość. Tylko nie karz mi dłużej czekać, błagam. Bo przez ciebie zwariuję. I tak stale zadręczam się tym, że to przeze mnie poszłaś do tej piwnicy. Gdybym tylko trochę zaczekał może…może udałoby się tego uniknąć. Ale z drugiej strony nie zrozumiałbym, że to co czuję to miłość bo uświadomił mi to dopiero Karol. Wiesz, miałaś całkowitą rację: to płytki facet który nie rozumie tego co nas łączyło. I nie zamierzam dalej się z nim zadawać zwłaszcza po tym jak cię nazwał. Od początku powinienem cię słuchać w tej kwestii; w ogóle bardzo często powinienem cię słuchać. I od teraz będę, naprawdę. Dlatego po prostu musisz otworzyć oczy. Musisz.
- Przepraszam pana, przyszłam zmienić kroplówkę. – Monolog Arka przerwało nadejście pielęgniarki. Wtedy dyskretnie wytarł oczy.
- Proszę bardzo, już się odsuwam.
- Nie szkodzi, proszę siedzieć: poradzę sobie z drugiej strony.- Rezolutna pielęgniarka z wieloletnim doświadczeniem odmierzyła odpowiednią dawkę.- Narzeczony?
- Słucham?
- Jest pan jej narzeczonym?
- Jeszcze nie. Miałem…to znaczy wciąż mam nadzieję, że kiedyś tak się stanie.
- Spokojnie, proszę być w dobrej myśli. Nie takich tutaj mieliśmy i budzili się jak nowo narodzeni. Pańska dziewczyna po prostu musi trochę dłużej pospać i tyle. Przyda jej się taki odpoczynek.
- Oby miała pani rację.
- Na pewno, kochaniutki na pewno.
- Będzie tu pani jeszcze przez chwilę? Chciałem tylko iść na chwilę do bufetu po coś do picia. A nie chciałbym by została sama.- Prawdę mówiąc nie to jej było w głowie, ale z powodu smutku na twarzy tego młodego człowieka zgodziła się.
- Proszę iść, zaczekam.
- Bardzo dziękuję.- Gestem dała mu znak żeby wyszedł, a potem dokończyła swoją pracę z zakładaniem kroplówki. Nie lubiąc bezczynności sprawdziła działanie wszystkich urządzeń i stanu pacjentki. Ale gdy zabrała głos jej słowa nie były już pełne optymizmu takiego jakim uraczyła Arka:
- Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś obudzisz dziewczyno.

***
SZESNAŚCIE DNI PO WYPADKU

Wariowała.
Nie było innego wyjścia.
Albo to oni chcieli z niej zrobić wariatkę.
Na dodatek skierowali ją do psychiatry i to na polecenie samego Adamczyka. Cierpliwie (a raczej niecierpliwie) czekała tylko aż z jej gardłem polepszy się na tyle by w końcu mogła mówić a nie cicho warczeć.
Wielokrotnie pisała na kartce papieru, że nie jest Wiktorią Szymborską tylko Zofią Niemcewicz, starała się zawrzeć nawet parę szczegółów ze swojego życia, ale oni jej nie słuchali. Wciąż nakazywali się uspokoić i nie denerwować. Ale jak miała być spokojna gdy usiłowali wmówić jej, że jest kimś innych? To powodowało, że świrowała jeszcze bardziej. I wiedziała, że jeśli tak dalej pójdzie to całkiem zwariuje. Najgorsze było to, że stale ktoś jej towarzyszył, więc nie mogła nic zrobić sama. Nie mogła wyjść z własnego pokoju nie wspominając już o szpitalu by dowiedzieć się co dzieje się z jej ciałem, by spotkać kogoś z rodziny. Nie mogła przekonać się, że ma rację w imię jej normalności co zakrawało na ironię.
Dopiero dwa tygodnie po wypadku była w stanie coś powiedzieć choć gardło sprawiało jej przy tym ból. Ale nie zważała na to uparcie powtarzając jedno zdanie jak mantrę: Nie jestem Wiktorią. Ale im bardziej ona je powtarzała, tym bardziej oni nie chcieli jej słuchać. Udało jej się uzyskać tylko tyle, że na dwa dni przeniesiono ją na oddział psychiatryczny.
W końcu się załamała. W zasadzie i tak długo trzymała się w ryzach. Czuła się nieszczęśliwa, chora i samotna nie mogąc liczyć na nikogo. Długo płakała wyrzucając pielęgniarki z pokoju i nie pozwalając się nikomu do siebie zbliżyć. Ale nie chciała pozwolić na to by wciąż podawali jej ogłupiające leki. Tyle, że  jej działania były wprost proporcjonalne do ich działań.
- Proszę, nie chce żadnej strzykawki.- Chrypiała zaślepiona przez łzy i zmęczona płaczem. Jednocześnie jakąś cząstką swojej świadomości wiedziała, że zachowując się w ten żałosny sposób utwierdza tylko lekarzy w swojej niepoczytalności a może nawet szaleństwie.- Błagam. Nie wiem co się stało, ale to nie ja. To nie moja twarz. Zróbcie coś i mi pomóżcie.- W odpowiedzi na swoje błagania niezmiennie słyszała:
- Pani Szymborska proszę się uspokoić. Robimy to dla pani dobra. Pański ojczym…
Dalej zwykle nie słuchała.
Ale tym razem postanowiła zrobić coś innego.
- Proszę przyprowadzić do mnie Marię Niemcewicz…co znaczy Grabarczyk.- Poprawiła się, bo przecież jej siostra od trzech lat była mężatką.
- Słucham?
- Chcę się z nią widzieć. To moja…to siostra tej dziewczyny z którą spadłam ze schodów.
- Ale ja nie mogę…
- Błagam. A jeśli naprawdę pani nie może to niech przyjdzie do mnie pan Adamczyk i to załatwi.
- Proszę dać rękę bym mogła podać leki.
- Obiecuje pani?!
- Pani Wiktorio...
- Tak czy nie? Inaczej ich nie wezmę.- Z pewnością wyglądała wtedy jak główna bohaterka egzorcyzmów Emily Rose ze spoconą ze zmęczenia bladą twarzą, przekrwionymi z niewyspania oczami i charczącym głosem. Ale miała to gdzieś.

- Dobrze obiecuję.- Pielęgniarka nie była głupia. Pacjentka była bardzo oporna, ale jej ojciec za odpowiednią pieniężną rekompensatą sprawił, że i tak traktowano ją wyjątkowo wyrozumiale: dostała osobną salę, przy jej łóżku stale czuwała jakaś pielęgniarka albo stażystka a sam lekarz odwlekał odwiedziny policjantów tłumacząc się słabym zdrowiem pacjentki. Jak dla niej Szymborskiej po prostu kompletnie odbiło (o ile wcześniej wszystko było z nią w porządku). Ale mimo wszystko postanowiła poinformować Adamczyka o prośbie córki.

16 komentarzy:

  1. Ale zaskoczenie co to miał być za gatunek opowiadania? Czyżby zamiana dusz ? Tylko nie mów że dusza Zosi będzie żyła w ciele Wiktorii i jeszcze Arek z nią będzie

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem sceptycznie nastawiona do tego. Przyzwyczaiłam się do Twoich opowiadań w jednym stylu i chyba takie wolałabym czytać. Co nie zmienia faktu, że piszesz świetnie, nie wiem jak to dalej potoczysz, ale będę czytać i mam nadzieję że kiedyś wrócisz do poprzedniego gatunku :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, mówiąc bardziej precyzyjnie to zmieniłam tylko niejako gatunek opowiadania dodając do niego element fantasy, mój styl pozostał ten sam :) No ale jeśli faktycznie z tego powodu opowiadanie nie przypadnie do gustu to trudno. Dogodzenie 100% czytelników jest niemożliwe. Ale mam nadzieję, że może z czasem przekonasz się do Nowego początku (tak jak ja przekonałam się stopniowo do książek fantasy).
      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Nie napisałam że nie będę czytać opowiadania, jestem z Tobą od bardzo dawna i czytam każde Twoje opowiadanie jeszcze jak wstawiałaś części na quku. Mam wrażenie że chciałaś mi dopiec początkiem swojego komentarza zupełnie nie wiem dlaczego :-)

      Usuń
    3. Absolutnie nie! Nie miałam zamiaru ci dopiec jak się wyraziłaś :) Po prostu komentarz pisałam w drodze z pracy, będąc zgrzana, zmęczona i głodna (przyznasz, że zabójcza mieszanka), co sprawiło że pisałam rzeczowo a na koniec nawet nie przeczytałam tego co napisałam. Ale gdy zrobiłam to po twojej odpowiedzi muszę przyznać ci rację: użyłam nieco niefortunnego zwrotu co sprawiło, że mogłam zabrzmieć nieco "wrednie". Dlatego jeśli cię uraziłam to przepraszam :) Po prostu chodziło mi o to że czasami coś czego nie lubimy okazuje się po jakimś czasie znośne a potem nawet wręcz ulubione, ale oczywiście nie dla wszystkich (co widać w przypadku tej części opowiadania po komentarzach: jednym wątek fantasy przypadł do gustu, innym nie). Oczywiście bardzo chciałabym żeby za jakiś czas mimo początkowej niechęci opowiadanie ci się spodobało, ale nie obrażę się jeśli tak się nie stanie. Właśnie taki miał być sens mojego pierwszego komentarza :) Aha, no i bardzo liczę na twoje kolejne opinie następnych części- nawet jeśli- a raczej zwłaszcza- wciąż będziesz na "nie". Pozdrawiam jeszcze raz :)

      Usuń
  3. Nie lubię takiej tematyki opowiadania...:/ Szkoda, że nie piszesz tak, jak dawniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak napisałam wyżej, dogodzenie wszystkim czytelniczkom (czytelnikom) jest niemożliwe, dlatego pozostaje mi mieć nadzieję, że z czasem przekonasz się do tego opowiadania, a jeśli nie, to znajdziesz autorów takich które będą odpowiadać ci bardziej. Z mojej strony mogę dodać, że żadnych latających świń ani najazdu kosmitów w tym opowiadaniu nie przewiduję, więc gatunek fantasy ogranicza się tylko do jednego incydentu z tego rozdziału.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Jeżeli o mnie chodzi, to też jestem zawiedziona ;(

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja nie jestem zawiedziona. Wręcz przeciwnie. Spodziewałam się tego od momentu kiedy przeczytałam wróżbe z ciasteczka. I jestem bardzo ciekawa jak dalej potoczy się opowiadanie. Często jest tak że autor ma ochotę na odskocznie od swojego garunku i zrobienie czegoś innego. Także ja bede czekać niecierplowie na nowe rozdziały��

    OdpowiedzUsuń
  6. Musiałam sobie przypomnieć tą wróżbę ale ta zamiana dusz to chyba nie na zawsze. Ja byłabym za cudownym wybudzeniem Zosi ale zgadza się że Wiktoria musiałaby odejść wtedy na zawsze. I wątek rozmowy to już teraz nie wiem czy to Wiktoria jako Wiktoria rozmawia z siostra Zosi czy Zosia. Kto wie jaki masz plan. To jednak trudny gatunek cokolwiek to jest :-) niestety dla mnie chyba za trudny bo na razie to poplątanie z pomieszaniem. Ale jak zawsze na świetnym poziomie pisarskim

    OdpowiedzUsuń
  7. Musiałam przypomnieć sobie tą wróżbę bo wyleciała mi z głowy.. Super część, choć nie podejrzewałabym, że aż tak to się pogmatwa. Czekam z niecierpliwością na kolejne części :-) Natalia

    OdpowiedzUsuń
  8. Dodawałas ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie miałam czasu na pisanie :( Ale postaram się, żeby coś pojawiło się jutrzejszego wieczora

      Usuń
  9. Czy tylko dla mnie się nie wyświetla czy jeszcze nie wstawiłaś ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, tak jak uprzedzałam będę miała opóźnienie, ale myślę że już jutro uda mi się coś wstawić i może wtedy do niedzieli wrzucę kolejną część.

      Usuń
  10. A ja jestem ZACHWYCONY tym opowiadaniem ! :D
    Pozdrawiam autorkę :)

    OdpowiedzUsuń