Hej wszystkim :) Ta część będzie niejako "przełomem" w całej historii (po przeczytaniu zrozumiecie dlaczego) i domyślicie się o co chodziło mi w tej zmianie gatunku o której uprzedzałam. Mimo wszystko mam nadzieję, że wam się spodoba. Poza tym rozwieje wszelkie wątpliwości :)
No i niestety muszę was uprzedzić, że kolejna nie tak prędko :( Masę pracy mam teraz że normalnie nie wyrabiam a wydaje mi się że nic nie robię. W dodatku już niedługo sesję czas zacząć ;( Także na razie nie zawieszam pisania, po prostu uczciwie uprzedzam, że do niedzieli może się nic nie pojawić.
Ale teraz miłego czytania.
CZĘŚĆ II
PIERWSZE
DNI PO WYPADKU
Budziła
się powoli jakby ostatkiem świadomości starając się opóźnić to, co
nieuniknione. Bo wcale nie chciała się obudzić. W głowie oprócz silnego bólu
czuła wielki zamęt, a jej ciało zdawało się być ciężkie jak wielka bryła
ołowiu. Najgorsze były jednak dźwięki znajdującej się niedaleko aparatury. I
zrozumiała, że jednak nie umarła.
Próbując
przełknąć ślinę napotkała tak wielki opór, że się zakrztusiła. Potem poczuła,
że się dusi nie mogąc złapać oddechu. Czuła się tak jakby jej gardło było jedną
wielką raną, która powiększała się gdy tylko próbowała zdobyć dla swoich płuc
najmniejszy haust powietrza.
-
Proszę oddychać spokojnie nosem! Proszę pani, słyszy mnie pani?! Gardło zostało
bardzo głęboko przecięte: to cud że tchawica jest tylko lekko draśnięta.
Doktor, potrzebny lekarz Piotrowski!- Jak przez mgłę docierały do niej słowa…no
właśnie kogo? Pielęgniarki? Ale nic nie mogła poradzić na to, iż rozumiejąc ich
sens nie była w stanie ich spełnić. Panika chwyciła jej umysł w swoje olbrzymie
macki wyciskając z oczu łzy. Potem znów straciła przytomność.
Nie
wiedziała ile czasu minęło od jej poprzedniej śpiączki, ale tym razem gardło
nie wydawało się być płynną lawą. Przypomniała sobie słowa tamtej kobiety: a
więc miała przecięte gardło. Nie miała pojęcia jak to się mogło stać skoro
spadła ze schodów, ale przynajmniej znała już przyczynę bólu.
Ostrożnie
otwierając oczy zarejestrowała rażące w oczy światło, przez które z powrotem je
zamknęła. Dopiero kilka sekund później odważyła się je otworzyć. Ku swojej
uldze spostrzegła, że leży sama w dość ładnym pokoju szpitalnym. I choć cieszył
ją brak ludzi, to jednak język miała tak suchy, że wydawał się jej być
przytknięty do gardła. Chciała kogoś zawołać lub krzyknąć, ale z jej gardła
wydobył się tylko charchot, który sprawił jej ta wielki ból, że aż poczuła
mroczki przed oczami. Nie miała pojęcia co ma zrobić i jak sobie poradzić czując
napływające do oczu łzy. Na dodatek każde, nawet najmniejsze przełknięcie śliny
wywoływało tak wielki ból jakby połykała stos szpilek. Starała się poruszyć
ręką, ale ta wydawała się jakby przytwierdzona do łóżka. W geście bezsilności
odwróciła lekko głowę, tak jak była w stanie. Potem przymknęła oczy. Trwała w
tym stanie kilka minut aż znów nie zjawiła się jakaś pielęgniarka.
-
O, obudziła się pani.- Odezwała się szeroko się uśmiechając. Zosia starała się
dać znak informując kobietę o swoich potrzebach, ale ponownie poniosła sromotną
porażkę. Ale przynajmniej osiągnęła tyle, że młodziutka dziewczyna zorientowała
się iż coś jest nie tak.- Co się dzieje? Coś panią boli?- Zosia w duchu
krzyczała z bezsilności nie wiedząc co począć. Męczyła się jak ryba wyjęta z
wody próbując wydać z siebie coś co nie przypominałoby charchotu dzikiego
zwierzęcia, ale nie była w stanie. Na koniec pielęgniarka po prostu wyszła z
pokoju bez słowa. A ona wiedziała, że będzie się męczyć jeszcze jakiś czas.
-
Dzień dobry, stażystka powiedziała że odzyskała pani przytomność. Zapewne nie
może pani mówić.- Ostatkiem sił Zofia delikatnie pokręciła głową.- Rozumiem.
Chce pani pić?- Słysząc to pytanie miała ochotę rzucić się do stóp
czterdziestoletniej kobiety. I oczywiście zrobiłaby to gdyby jej ciało chciało
z nią współpracować.- No tak, w takim razie już podaję. Poradzi sobie pani ze
słomką?- Choć kosztowało ją to wiele bólu i wysiłku, Zosi udało się w końcu
wypić kilka kropli błogosławionego płynu. Cieszyła się gdy pielęgniarka zaczęła
sama z siebie opowiadać:- Miała pani dużo szczęścia, bo kawałek szkła który
utkwił w tchawicy zapobiegł krwotokowi. Poza tym najbardziej ucierpiała głowa:
choć na szczęście skończyło się tylko na wstrząśnieniu mózgu. Nie odniosła pani
żadnych znaczących obrażeń poza licznymi obtarciami czy zadrapaniami. Wszystkie
kości i narządy wewnętrzne są całe. Pani koleżanka nie miała tyle szczęścia.-
Zosia domyśliła się, że chodzi o Wiktorię, ale że nie była w stanie o nią
zapytać, a pielęgniarka kontynuowała zupełnie inny wątek więc nie dowiedziała
się co dokładnie miałoby oznaczać „nie miała tyle szczęścia”. Czy Szymborska
złamała jakąś kończynę? A może poważnie uszkodziła wątrobę lub pokiereszowała
twarz szkłem które wbiło jej się w gardło? Albo co najgorsze: umarła? Mimo
wszystko miała nadzieję, że tak się nie stało.- Od Sylwestrowej nocy minęły dwa
dni i mamy tu istny kocioł z powodu prasy, bo media nieźle rozdmuchały tę
aferę. Bądź co bądź prawie straciła pani życie. O, już wystarczy? Nie chce pani
więcej wody? Rozumiem. Pani ojciec bardzo się martwi: wiele razy dzwoni pytając
czy się pani obudziła. Chciał nawet przenieść panią do prywatnej kliniki, ale
ze względu na stan zdrowia uświadomiliśmy mu że tak będzie dla pani
bezpieczniej.- Jej nieśmiały ojciec to zrobił? Zosia poczuła silne wzruszenie
wiedząc jak bardzo rodzice muszą się o nią martwić. Bardzo chciała by
rozmawiająca z nią pielęgniarka przekazała im, że czuje się dobrze: w końcu jak
mówiła dziś był już drugi grudnia i musieli odchodzić od zmysłów. Była pewna,
że pewnie warują pod drzwiami czekając aż w końcu będą mogli wejść. Ale
pielęgniarka w ogóle o tym nie wspomniała.- Aha, a jak oczy? Nie pieką? Nie
wiedzieliśmy że nosi pani szkła kontaktowe; dopiero trzeciego dnia pobytu ktoś
w szpitalu zwrócił uwagę na pojawiające się zapalenie i je usunęliśmy. Doktor
twierdzi, że wszystko z pani wzrokiem w porządku i mam nadzieję, że pani to
potwierdzi. Jeśli tak jest to proszę mrugnąć dwa razy.- Zosia odruchowo to
zrobiła, bo rzeczywiście nie bolały ją oczy, ale nie rozumiała jakim cudem w
jej oczach niby znalazły się soczewki skoro ich nie nosiła. Ale jej myśli i tak
były bardzo rozbiegane, dlatego szybko przestała zawracać sobie tym głowę.
Sama
nie wiedziała kiedy zasnęła, dopóki wieczorem (a przynajmniej tak jej się
wydawało, bo za oknem panowały egipskie ciemności) nie otworzyła oczu. Tym
razem przy jej łóżku siedziała pielęgniarka trzymająca w ręku gazetę (jak
zdążyła się zorientować była to ta sama stażystka która nie rozumiała jak
bardzo była spragniona). Gdy zorientowała się, iż już nie śpi od razu
zaproponowała jej wodę. Z wisielczym humorem Zosia pomyślała, że w końcu się
czegoś nauczyła.
Stażystka
również zaczęła zasypywać ją gradem informacji, ale w przeciwieństwie do swojej
starszej koleżanki nie interesowały jej fakty, ale plotki i cała otoczka
skandalu. Zosia dowiedziała się więc, że gdy obie z Wiktorią Szymborską spadły
ze schodów, jeden z towarzyszących im mężczyzn (nie umiała rozpoznać po opisie
dziewczyny czy to był Karol czy Arek) wybiegł zaczynając wołać o pomoc a drugi
został na dole dzwoniąc po pogotowie. I w ten sposób zanim dojechała karetka
wszyscy wiedzieli już o wypadku tracąc zainteresowanie zbliżającym się nowym
rokiem.
-
Już następnego dnia na każdym kanale w telewizji można było dowiedzieć się o
wypadku. Dostało się nawet właścicielom tej sali w której odbywało się
przyjęcie: no bo kto to widział żeby zbite szkło z butelki warlało się po
schodach? Przecież omal pani nie zabiło przecinając gardło, nie? Ale swoją
drogą to Krezus Bank zrobił sobie niefajną reklamę: niech pani zobaczy tutaj:
już nawet gazety o tym piszą.- Dziewczyna prawdopodobnie chciała być miła i
rozmową umilić Zosi czas, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Wypadek który
przeżyła nie był dla niej jak dla towarzyszącej jej dziewczyny tylko skandalem,
ale wielką traumą. Bo pamiętała ten ogromny ból w czaszce gdy uderzyła nią o
twarde podłoże. Chciała nawet teraz dotknąć tego miejsca, ale nie była w
stanie, tak mało miała siły. Na dodatek czuła się totalnie skołowana, jak gdyby
jej własne ciało nie chciało jej słuchać. Zastanawiała się tylko kiedy i jak
ostrym szkłem przebiła sobie gardło.
Stażystki
wcale nie zniechęciły jej zamknięte oczy, bo wciąż gadała jak najęta. Dopiero
dając jej wieczorną porcję leków i zmieniając kroplówkę zdecydowała chyba, że
czas się zamknąć. Nie wyszła jednak z sali, ale znów usiadła na krześle w rogu
pomieszczenia czytając swoją gazetę. Zosia pomyślała, że chyba zamierza czuwać
nad nią przez całą noc.
Przez
cały wieczór a potem następną dobę nieustannie budziła się i traciła
przytomność mimo iż nie miała na to wpływu. Dopiero cztery dni po upływie od
wypadku poczuła, że jej mózg zaczyna pracować, a ciało odpowiada na jej
reakcję. Odważyła się nawet usiąść na szpitalnym łóżku.
Zdziwiło
ją, jak bardzo wychudła i w ogóle jej ciało wydawało jej się być nie jej: miała
problemy z właściwym ocenianiem odległości i wielkości. Poza tym gardło nie
bolało tak bardzo, choć wciąż nie mogła mówić. Zastanawiało ją tylko jedno:
czemu nikt jej nie odwiedza? Do tej pory jedynym gościem jakiego miała był sam
prezes Krezus Banku, który chyba poczuwał się w obowiązku złożenia jej wizyty;
Zosia pamiętała co stażystka mówiła o nagonce prasowej. No i pielęgniarki z
lekarzami. A gdzie mama i taka? Gdzie Maria z Ignacym? Gdzie Jowita, Emilia
albo Ewa? Gdzie Ksawery? Przecież z pewnością znaleźliby chwilę by do niej
zajrzeć. Czemu więc lekarze nie chcieli ich wpuścić? Zosia czuła się bardzo
samotna, a świadomość faktu iż nie może się z nikim komunikować sprawiało, że
mogła tylko myśleć. A raczej odtwarzać słowa Karola Rogalskiego w których razem
z Arkiem naigrywał się z jej miłości do niego.
Za
każdym razem, mimo upływu czasu, to wspomnienie wywoływało w niej tak
paraliżujący ból, że wyciskało z oczy łzy nie mniejszy niż ten za sprawą gardła.
Naprawdę nie potrafiła zrozumieć jak ktoś mógł być aż tak okrutny jak on, jak
mógł traktować aż tak przedmiotowo. Później zaczęła myśleć o tym feralnym
sylwestrze jak o deja vu. W końcu dziewięć lat temu wykpiono ją podobnie
sprawiając, że skończyła w szpitalu. Z tym, że tym razem powinna być wdzięczna
iż świadkiem jej upokorzenia była tylko Wiktoria Szymborska a nie jej znajomi
ze szkoły oraz okolicy na imprezie.
Zawsze
gdy o tym myślała, dziękowała lekarzom że nikogo do niej nie wpuszczają. Bo na
samą myśl o konieczności konfrontacji z rzeczywistością wpadała w panikę. Nie
miała pojęcia jak ta cała sprawa się rozwiąże, nie miała pojęcia co ma zrobić
ze swoim życiem skoro nie może pracować w tym samym miejscu co Arek ani tym
bardziej z nim dalej mieszkać.
A
przede wszystkim to nie miała pojęcia jak pozbyć się uczucia którym go darzyła.
Teraz,
z perspektywy czasu, nie mogła uwierzyć jak bardzo była głupia. Bo rzeczywiście
podała mu się na tacy: przecież on nawet nie musiał o nic jej prosić ona i tak
wykonywała jego polecenia piorąc czy gotując dla niego. Do myślenia powinien
dać jej fakt, że bezceremonialnie poświęcił ją wplątując w konflikt z Wiktorią
podczas pracy każąc wrócić po materiały do mieszkania podczas gdy sam zabawiał
się z jakąś dziewczyną. Ale nie, ona głupia wciąż wierzyła i łudziła się że ją
pokocha nie ucząc się na błędach. Nie czując niczego dziwnego w fakcie, że
kazał jej ukrywać ich związek tak jak- jak wyraził się wtedy Karol?- w sztuce
Romeo i Julia? Boże, była taka żałosna że teraz chciało jej się tylko rzygać. W
myślach wciąż wyzywała się od skończonych idiotek, ale to dołowało ją tylko
jeszcze bardziej.
Piątego
dnia w końcu mogła wstać z łóżka o własnych siłach z pomocą pielęgniarki. Znów
poczuła to dziwne uczucie zaburzenia przestrzeni i odległości, ale kładła to na
krab zażywanych leków. Poza tym ucieszyła się, że udało jej się wypowiedzieć
słowo „kartka” tak by pielęgniarka zrozumiała o co jej chodzi. Wtedy zapisała
swoje pytanie: Dlaczego nikt nie może mnie odwiedzać?
-
Ależ wszyscy mogą panią odwiedzać.- Odparła momentalnie pielęgniarka, która
akurat z nią była. To skonsternowało Zosię.
A
moi rodzice? Siostra, napisała.
-
Był tu pani ojciec i jakaś starsza kobieta…to mogłaby być matka. Ale siostra?
Chyba nikogo takiego nie widziałam.- Wiedząc, że nie uzyska nic więcej siląc
się na empatię napisała:
Wiktoria?
-
Nie rozumiem?- Mrugnęła wtedy pielęgniarka, a ona miała ochotę wywrócić oczami
bo napisanie nazwiska znienawidzonej szefowej w tej chwili było dla niej prawie
nieosiągalne.
Wiktoria
Szymborska? Żyje?
-
Ależ proszę pani, oczywiście że pani żyje.- Śmiech pielęgniarki zabrzmiał nieco
sztucznie.
Pytam
o nią.
-
O kogo?- Tym razem nie powstrzymała przewrócenia oczami dając sobie spokój z
pytaniami. Postanowiła, że zapyta kogoś innego kto się zjawi, najlepiej lekarza
a nie młodą dziewczynę, która nie potrafi odpowiedzieć na jej pytanie.- W takim
razie zostawiam panią samą, pani Szymborska. Za dziesięć minut wracam.- Zosia
zarejestrowała błąd pielęgniarki, ale uznała go za zwykłe przejęzyczenie. Choć
do tej pory wiele faktów jej się nie zgadzało, jeszcze nie docierało do niej co
tak naprawdę się stało.
PIĘĆ
DNI PO WYPADKU
Gdy
pierwszy raz miała tyle siły by móc załatwić się sama a nie korzystać z przyczepionego cewnika, uznała odbicie swojej
twarzy za halucynacje. Potem zdjęto jej bandaż z głowy i dotykając jej nie
wyczuła burzy loków: wtedy też tłumaczyła to sobie koniecznością obcięcia jej
grubej szopy. Nie chciała wnikać w to, czemu w takim razie jej krótka szczecinka
jest całkiem prosta skoro już przy skórze powinna skręcać się w paciorki. Nawet
swój zmieniony głos tłumaczyła raną na gardle. Ale z godziny na godzinę zaczęła
wpadać w panikę. Co to do cholery miało znaczyć? Czym oni ją faszerują skoro
wydaje jej się, że jest inną osobą? Czując ogarniającą ją panikę wyszła na
zewnątrz korzystając z tej nielicznej okazji, że była sama. Na korytarzu
krzątało się kilka osób, ale nie wydawali się jej być szkodliwi. Szła tak jakiś
czas nie wiedząc właściwie gdzie idzie gdy nagle zauważyła swoją siostrę, która
mignęła jej w korytarzu. Marysia jej nie widziała, więc nie pozostało jej nic
innego jak ją dogonić. Dlaczego tylko jest taka mała? Wciąż ma zaburzenia
przestrzeni? Starając się o tym nie myśleć tylko skupić na śledzeniu siostry
weszła na jakieś piętro, a potem jeszcze kolejne. Ale wchodzenie po schodach
było dla niej tak dużym wysiłkiem, iż ledwie udawało jej się złapać oddech, a i
tak robiła to bardzo wolno. No i zgubiła Marię. Nie miała pojęcia czy poszła
jeszcze wyżej czy skręciła do jednego z pokoi tutaj. Dlaczego nie miała przy
sobie komórki? Gdzie były do cholery jej osobiste rzeczy?
-
Przepraszam panią, a pani z jakiej jest sali?- Zosia zorientowała się, że te
słowa ktoś wymawia do niej, ale je zignorowała decydując się iść prosto.- Halo,
proszę pani, mówię do pani. Proszę się zatrzymać…- Wciąż ignorując jakąś
kobietę z personelu medycznego starała się iść jak najszybciej. Właściwie teraz
nie było w tym żadnego celu, ale czuła że musi to zrobić. Że musi uciec. I było
to właściwie uczucie, bo ponownie ujrzała Marię skręcającą do jednej z sal.-
Niech się pani zatrzyma!- Krzyczała wciąż za nią kobieta, ale od upragnionych
drzwi dzieliło ją tak niewiele, że nie mogła tego zrobić.- Jacek pomóż mi, ona
krwawi i nie reaguje na polecenia, nie wiem co powinnam…
W
końcu tam dotarła. Do sali w której leżała młoda dziewczyna otoczona wieloma
osobami, które tłoczyły się w niewielkim pokoiku. Starsza, na oko
pięćdziesięciokilkuletnia kobieta ocierając łzy z oczu tuliła się do mężczyzny
w podobnym wieku. Druga, dużo młodsza trzymała za rękę innego mężczyznę. Oprócz
nich w pokoju było jeszcze dwóch mężczyzn oraz trzy inne młode kobiety.
Wszystkie te postacie dobrze znała, wszystkie były jej bliskie. Nie rozumiała
tylko czemu są tutaj zamiast być z nią. Ale gdy wołająca ją pielęgniarka
złapała ją za rękę z towarzyszącym jej pielęgniarzem zmuszając do odejścia
sprawiła, że ludzi w sali w którą się wpatrywała spojrzeli na nią odsłaniając
twarz młodej kobiety leżącej bez ruchu.
I
wtedy głośno krzyknęła nie zwracając uwagi na przeogromny ból jaki to wywołuje
niszcząc zapewne zagojone już rany na gardle.
Bo
twarz młodej kobiety też była jej bardzo dobrze znana.
To
była jej twarz.
***
Arek,
wchodząc po szpitalnych schodach na trzecie piętro, jak zawsze od czterech dni
miał nadzieję, że tym razem stan Zosi się poprawił. Ale gdy tylko zauważył
wychodzącą z jej pokoju właśnie Marię wiedział, że nic się nie zmieniło. Mimo
to spytał:
-
Obudziła się już?
-
Nie, wciąż śpi.- Usłyszał tak samo rozczarowującą odpowiedź jakiej się
spodziewał.- Ale lekarze zapewniają, że może wybudzić się w każdej chwili.- Nic
na to nie odpowiedział. Zdawał sobie sprawę, że Marysia może mieć rację, ale
mimo wszystko…mimo wszystko lekarze nie wiedzieli dlaczego Zosia się nie budzi
skoro- oprócz złamanego nadgarstka oraz rozcięcia głowy- wyszła z wypadku cało.
Najpewniej winę ponosiło właśnie mocne uderzenie w głowę, które sprawiło, że
coś z jej mózgiem było nie tak. A on tak bardzo chciał by się obudziła. – Arek,
ona na pewno się wybudzi cała i zdrowa.- Dodała łagodnie kobieta widząc smutek
malujący się na twarzy Żylińskiego. I owszem, wciąż uważała że nie jest
odpowiednim facetem dla zakochanej w nim jej młodszej siostrzyczki, ale teraz
bardzo się o nią troszczył. I cierpiał tak jak wszyscy.
-
Nie rozumiesz.- Młody mężczyzna pełen poczucia winy pokręcił głową.- Ona szła
to tej piwnicy, bo chwilę wcześniej poprosiłem ją o rozmowę. Gdyby nie to być może…
-
…gdybanie nic nie da. Nie cofniemy czasu. Powiedz lepiej co chciała od ciebie
policja?
-
Sprawa się nagłośniła, przez co policja dla samego spokoju musiała się wtrącić.
W końcu muszą zdementować te niestworzone historie o rzekomym zepchnięciu.
-
Tak, widziałam ten artykuł w gazecie.- Prychnęła Marysia.- Ciekawe tylko niby
kto miałby zepchnąć moją siostrę i tę jej szefową…Ale dość o tym. Za pół
godziny mam sesję z klientem, dlatego szczegóły opowiesz mi później. Poza tym
ty również z pewnością chciałbyś do niej wejść.
-
Tak.
-
A więc do zobaczenia. I naprawdę o nic się nie obwiniaj.- Arek uśmiechnął się
do Marysi nieznacznie pokrzepiony jej słowami. Tylko to nie ona widziała leżącą
bez ruchu Zosię z wielką plamą krwi spływającą z jej głowy. Nie ona musiała
zatamować krwawienie z szyi Wiktorii Szymborskiej mając ochotę zająć się swoją
ukochaną. Ale ten durny Karol oczywiście spanikował zostawiając go na dole
samego. A te kilka minut do przyjazdu karetki były dla niego piekłem.
Pospiesznie zbadawszy puls obu kobiet wydawało mu się, że nie słyszy go u Zosi.
Był pewien, że ona nie żyje.
A
potem zjawiło się wiele osób: sanitariusze, uczestnicy przyjęcia, przechodzący
gapie. A on wciąż czuł się jak w transie. Słyszał wypowiadane do siebie słowa
jednego z lekarzy, ale nie do końca rozumiał ich sens. Był tylko w stanie
powiedzieć, że Zosia nie żyje a Wiktoria obficie krwawi z szyi z tkwiącym w jej
gardle kawałkiem szkła którego zdecydował się nie wyciągać. Gdy spełnił swoje
zadanie miał ochotę wejść na górę a potem na zewnątrz gdy usłyszał słowa
sanitariusza:
-
Nie żyje? Czuję puls. Ta kobieta…- Dosłownie w trzech susłach znalazł się przy
leżącej jak martwa Zosi starając się pomóc lekarzom, choć ci zaczęli odciągać
go od ciała. Ale mimo to został. Aż do czasu zniknięcia jej w karetce.
-
Cześć Jowita.- Powiedział otrząsając się z nieprzyjemnych wspomnień witając się
z siedzącą przy łóżku Zosi kobietą.
-
Witaj bohaterze.- Odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
-
Bohaterze?
-
Nie czytałeś dzisiejszych gazet? Gdyby nie twoja interwencja Wiktoria
Szymborska by nie żyła.
-
Ach to.- Mrugnął tylko. Prawdę mówiąc to już dwa dni temu sam prezes Krezus
Banku dziękował mu, gdy zauważył go w banku (Arek akurat składał podanie o
kilkudniowy urlop by móc być przy Zosi) iż to właśnie dzięki jego pierwszej
pomocy Wiktoria nie umarła. A on był wtedy w stanie tylko skinąć głową. Bo
życie Szymborskiej niewiele go obchodziło: oczywiście byłoby mu przykro gdyby
umarła- tak samo jak z powodu śmierci każdego człowieka. Chciał tylko by jego
Zosia się obudziła.- Wciąż jesteśmy na czołówkach gazet co?
-
Kto jak kto, ale ty będziesz sławny. Dołączyli nawet jakieś zdjęcie na którym
widać twoją twarz. Niedługo będziesz rozchwytywany…- Jowita paplała starając
się im obydwojgu poprawić humor, ale wiedziała że to bezcelowe. Ona sama
patrząc na nieruchomą przyjaciółkę miała łzy w oczach, a w oczach Arkadiusza
dostrzegała ogromny smutek gdy teraz zbliżał się do jej łóżka. Potem pogładził
ją po policzku. Gdyby nie znała prawdy, dla kogoś postronnego mogłoby się
wydawać, że jest kimś więcej niż przyjacielem pacjentki.- Ach, i wiesz że nasza
szefowa się obudziła?
-
Hm?
-
Cruella. Złego diabli nie biorą. Zjawiła się tutaj koło południa. Jezu,
wyglądała makabrycznie z rany na gardle ciekła jej krew. A potem gdy zaczęła
wydawać z siebie jakich charchot…brr…dwójka pielęgniarzy musiała ją odciągać od
drzwi. Nie mam pojęcia dlaczego chciała odwiedzić Zosię.
-
W końcu obie uczestniczyły w wypadku: może chciała sprawdzić co z nią.- Odparł
Arek na odczepnego.
-
Albo jest jeszcze inny powód.
-
Niby jaki?- Może dziwny ton albo wymowne milczenie Jowity wzbudziły w nim
zainteresowanie.
-
A co jeśli część dziennikarzy się nie myli?
-
Co masz na myśli?
-
Arek, przecież one spadły obie: to jasne że nie stało się to przypadkiem.
-
Sugerujesz, że Wiktoria zepchnęła Zosię ze schodów? To niedorzeczne.
-
Ale tłumaczyłoby poczucie winy. A tobie co dziś powiedziała policja?
-
Nic, to ja musiałem odpowiadać na ich pytania a nie oni na moje.
-
Wiem, ale może ich pytania coś sugerowały?
-
Nie, po prostu z powodu poważnych obrażeń dwóch osób muszą zbadać tą sprawę dla
świętego spokoju. Nie mają nawet cienia podejrzeń, iż to mogłoby być coś innego
niż wypadek.
-
Może. Ale nie zastanawia cię co one robiły tam razem?
-
Nie wiem: pewnie spotkały się przypadkiem.
-
Nigdy nie wierzyłam w przypadki.
-
Jowita, to nie żadna powieść kryminalna.
-
Przecież wiem, nie rób ze mnie jakieś wariatki. Ale to mi się naprawdę nie
podoba.
***
Głęboki
ból sprawił, że znów odzyskała przytomność. Otworzywszy oczy zdała sobie
sprawę, że nachyla się nad nią wiele osób. Chciała je wszystkie odepchnąć nie
rozumiejąc co się dzieje, ale one nie pozwalały. W dodatku gardło znów piekło
niemiłosiernie. Czy to jest sen, pytała samą siebie w duchu. A może ja umarłam?
Tylko czemu w takim razie czuję ból? I dlaczego do cholery jestem tu gdy moje
ciało leży dwa piętra wyżej? Co się do diabła dzieje?! W natłoku myśli i bólu
czuła się coraz bardziej skonfundowana, zagubiona i samotna. Chciała zobaczyć
tatę, przytulić się do mamy, zapłakać na ramieniu Marysi, porozmawiać z
przyjaciółkami i Ksawerym którego przecież zostawiła na przyjęciu. Biedaczek, a
jak on się teraz musi czuć? I dlaczego nikogo przy mnie nie ma? Widocznie
musieli dać jej jakieś środki, bo poczuła ukucie w ramieniu a potem całe jej
ciało zwiotczało. Nie chciała tego, ale tuż przez zaśnięciem miała nadzieję, że
wszystko minie.
OSIEM
DNI PO WYPADKU
Kolejne
dwa dni spędziła albo przykuta do łóżka specjalnym pasem, albo nafaszerowana
lekami. Oczywiście wielokrotnie słyszała że to dla jej dobra.
-
Musi pani oszczędzać gardło pani Szymborska. W przeciwnym wypadku może nawet
dość do uszkodzenia strun głosowych…
Zosia
nawet wtedy kręciła głową próbując zapobiec nazywaniu siebie nazwiskiem
Cruelli. Jak oni mogą ją tak nazywać? I dlaczego w lustrze obija się jej twarz?
Czy to efekt działania leków? A może przeszczepili jej mózg? Gdy ponownie
odwiedził ją pan Stefan Adamczyk zaczęła nawet sądzić, że ma coś nie po kolei z
głową. Bo on też myślał, że ona jest Wiktorią zapewniając, że wszystko będzie
dobrze.
-
Zająłem się Aleksandrem, więc nie musisz się o niego martwić. Jest teraz ze mną
w moim mieszkaniu. Klucz miałem od portiera, mam nadzieję że się nie gniewasz
że go pożyczyłem. A sprawami banku też nie musisz się martwić: inwestorzy
rozumieją, że teraz nie jesteś w stanie przyjmować ich osobiście i życzą ci
dużo zdrowia. Zresztą wszyscy pracownicy Krezus Banku składają ci życzenia.
Mają nadzieję, że niedługo do nich wrócisz. Aha, i przywiozłem ci parę twoich
rzeczy. Wiem, że przez te rozcięte gardło bardzo cierpisz, ale może chociaż to
odrobinę umili ci rekonwalescencję.
Facet
mówił i mówił, a Zosia w myślach zastanawiała się kim u diabła jest Aleksander?
Jacy inwestorzy? I portier? Przecież ona wynajmuje mieszkanie razem z Arkiem i
Ksawerym, nie ma mowy…
-…podziękować
panu Żylińskiemu.- Słysząc nazwisko Arkadiusza Zosia wbiła spojrzenie prosto w
Adamczyka. Widocznie uznał to za przejaw zainteresowania, bo kontynuował:- Tak,
to dzięki niemu żyjesz. Gdyby nie zatamował krwawienia nie byłoby nas dzisiaj
tutaj. Jako jedyny zachował zimną krew za co mu zresztą osobiście
podziękowałem.
Dzięki
niemu żyjesz? Jako kto? Jako duch w ciele Wiktorii? A może naprawdę jestem
Wiktorią Szymborską z poplątaną piątą klepką? Może tylko wydaje mi się, że
jestem Zofią Niemcewicz?
Panika
znów zalała jej umysł. Drżącymi rękoma sięgnęła jeszcze po kartkę i długopis.
Mój
telefon, napisała.
-
Ach, rzeczywiście: wszystkie twoje rzeczy leżą w schowku. Mam poprosić
pielęgniarkę żeby je przyniosła?- Skinęła głową a potem w napięciu czekała
przez kilka minut. Dopiero po przyjściu jakiejś kobiety z damską torebką w
dłoni się ożywiła. Z powodu licznych skaleczeń na dłoniach miała problem z jej
otwarciem, więc po prostu wyrzuciła wszystko co w niej było na łóżku.-
Ostrożnie, pomógłbym ci gdybyś mnie poprosiła…
Zosia
nie zwracała uwagi na słowa Adamczyka: interesowała ją tylko zawartość komórki.
Ucieszyła się, gdy wreszcie złapała ją w swoje ręce. Ale szybko rozczarowała
nie będąc w stanie odblokować ekranu. No jasne,
w końcu to nie był jej telefon.
-
Jakiś problem? Ach, nie pamiętasz hasła?- Niepewnie skinęła głową jeszcze parę
razy próbując na chybi trafił narysować jakiś znak. Jak można się było
spodziewać, nadaremnie. Zła, zrzuciła telefon z łóżka tak że rozdzielił się na
kilka części.- Spokojnie. Tylko spokojnie. Zaraz powiem lekarzom o twoich
kłopotach z pamięcią. Może wtedy zrozumieją, że nie muszą zakuwać cię w
łańcuchy jak chorej.
Kłopoty
z pamięcią? Ale przecież ona pamiętała.
Wiedziała
skąd wzięła się jej mała blizna niedaleko łokcia (choć teraz niestety jej nie
miała), pamiętała pięćdziesiąte urodziny mamy, wesele Marysi i Ignacego.
Pamiętała
dzień gdy pisała maturę i po raz pierwszy złamała nogę.
Pamiętała
Bartosza Krawczyka i wspólne spacery z Ksawerym.
Pamiętała
wypady z przyjaciółkami do klubu karaoke i pogardliwy wzrok Wiktorii po tym jak
publicznie ośmieliła się jej przeciwstawić w pracy.
Do
cholery przecież pamiętała wszystko! Dlaczego więc teraz wydaje jej się, że
jest Cruella?! Co z nią nie tak? Albo dlaczego wszyscy do cholery starają się
jej wmówić, że nią jest?
***
Arek
stał przy łóżku Zosi wpatrując się w jej śpiącą twarz. Jednocześnie cały czas
trzymał jej bezwładną dłoń w swojej naiwnie licząc, że w którymś momencie może
go uścisnąć dając znak że go słyszy.
-
Zosiu, kochanie, obudź się w końcu.- Szeptał raz po raz. Mógł sobie na to
pozwolić: w końcu nikogo nie było teraz w pokoju. Poza tym odkąd dziewczyna
miała wypadek Arkowi nie w głowie była jakaś tajemniczość czy udawanie. Czekał
tylko na przebudzenie się Zosi tak aby razem mogli ogłosić to całej rodzinie.-
Śpisz już tak długo, dziś mija dziewiąty dzień. Wiem, że pewnie ty sobie
odpoczywasz, ale ja odchodzę od zmysłów. Chciałbym w końcu powiedzieć ci jak
bardzo cię kocham, ale jeśli się nie obudzisz to tego nie usłyszysz. No dalej,
nie rób mi znowu na złość. Może zasłużyłem na to by teraz przeżywać tak wielki
strach za to jak ostatnio cię traktowałem, ale z chęcią ci to wynagrodzę,
obiecuję. Nigdy więcej nie dam ci żadnym powodów do zwątpienia we mnie albo
moją miłość. Tylko nie karz mi dłużej czekać, błagam. Bo przez ciebie zwariuję.
I tak stale zadręczam się tym, że to przeze mnie poszłaś do tej piwnicy. Gdybym
tylko trochę zaczekał może…może udałoby się tego uniknąć. Ale z drugiej strony
nie zrozumiałbym, że to co czuję to miłość bo uświadomił mi to dopiero Karol.
Wiesz, miałaś całkowitą rację: to płytki facet który nie rozumie tego co nas
łączyło. I nie zamierzam dalej się z nim zadawać zwłaszcza po tym jak cię
nazwał. Od początku powinienem cię słuchać w tej kwestii; w ogóle bardzo często
powinienem cię słuchać. I od teraz będę, naprawdę. Dlatego po prostu musisz
otworzyć oczy. Musisz.
-
Przepraszam pana, przyszłam zmienić kroplówkę. – Monolog Arka przerwało
nadejście pielęgniarki. Wtedy dyskretnie wytarł oczy.
-
Proszę bardzo, już się odsuwam.
-
Nie szkodzi, proszę siedzieć: poradzę sobie z drugiej strony.- Rezolutna
pielęgniarka z wieloletnim doświadczeniem odmierzyła odpowiednią dawkę.-
Narzeczony?
-
Słucham?
-
Jest pan jej narzeczonym?
-
Jeszcze nie. Miałem…to znaczy wciąż mam nadzieję, że kiedyś tak się stanie.
-
Spokojnie, proszę być w dobrej myśli. Nie takich tutaj mieliśmy i budzili się
jak nowo narodzeni. Pańska dziewczyna po prostu musi trochę dłużej pospać i
tyle. Przyda jej się taki odpoczynek.
-
Oby miała pani rację.
-
Na pewno, kochaniutki na pewno.
-
Będzie tu pani jeszcze przez chwilę? Chciałem tylko iść na chwilę do bufetu po
coś do picia. A nie chciałbym by została sama.- Prawdę mówiąc nie to jej było w
głowie, ale z powodu smutku na twarzy tego młodego człowieka zgodziła się.
-
Proszę iść, zaczekam.
-
Bardzo dziękuję.- Gestem dała mu znak żeby wyszedł, a potem dokończyła swoją
pracę z zakładaniem kroplówki. Nie lubiąc bezczynności sprawdziła działanie
wszystkich urządzeń i stanu pacjentki. Ale gdy zabrała głos jej słowa nie były
już pełne optymizmu takiego jakim uraczyła Arka:
-
Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś obudzisz dziewczyno.
***
SZESNAŚCIE
DNI PO WYPADKU
Wariowała.
Nie
było innego wyjścia.
Albo
to oni chcieli z niej zrobić wariatkę.
Na
dodatek skierowali ją do psychiatry i to na polecenie samego Adamczyka. Cierpliwie
(a raczej niecierpliwie) czekała tylko aż z jej gardłem polepszy się na tyle by
w końcu mogła mówić a nie cicho warczeć.
Wielokrotnie
pisała na kartce papieru, że nie jest Wiktorią Szymborską tylko Zofią Niemcewicz,
starała się zawrzeć nawet parę szczegółów ze swojego życia, ale oni jej nie
słuchali. Wciąż nakazywali się uspokoić i nie denerwować. Ale jak miała być
spokojna gdy usiłowali wmówić jej, że jest kimś innych? To powodowało, że
świrowała jeszcze bardziej. I wiedziała, że jeśli tak dalej pójdzie to całkiem
zwariuje. Najgorsze było to, że stale ktoś jej towarzyszył, więc nie mogła nic
zrobić sama. Nie mogła wyjść z własnego pokoju nie wspominając już o szpitalu
by dowiedzieć się co dzieje się z jej ciałem, by spotkać kogoś z rodziny. Nie
mogła przekonać się, że ma rację w imię jej normalności co zakrawało na ironię.
Dopiero
dwa tygodnie po wypadku była w stanie coś powiedzieć choć gardło sprawiało jej
przy tym ból. Ale nie zważała na to uparcie powtarzając jedno zdanie jak
mantrę: Nie jestem Wiktorią. Ale im bardziej ona je powtarzała, tym bardziej
oni nie chcieli jej słuchać. Udało jej się uzyskać tylko tyle, że na dwa dni
przeniesiono ją na oddział psychiatryczny.
W
końcu się załamała. W zasadzie i tak długo trzymała się w ryzach. Czuła się
nieszczęśliwa, chora i samotna nie mogąc liczyć na nikogo. Długo płakała
wyrzucając pielęgniarki z pokoju i nie pozwalając się nikomu do siebie zbliżyć.
Ale nie chciała pozwolić na to by wciąż podawali jej ogłupiające leki. Tyle,
że jej działania były wprost proporcjonalne
do ich działań.
-
Proszę, nie chce żadnej strzykawki.- Chrypiała zaślepiona przez łzy i zmęczona
płaczem. Jednocześnie jakąś cząstką swojej świadomości wiedziała, że zachowując
się w ten żałosny sposób utwierdza tylko lekarzy w swojej niepoczytalności a
może nawet szaleństwie.- Błagam. Nie wiem co się stało, ale to nie ja. To nie
moja twarz. Zróbcie coś i mi pomóżcie.- W odpowiedzi na swoje błagania
niezmiennie słyszała:
-
Pani Szymborska proszę się uspokoić. Robimy to dla pani dobra. Pański ojczym…
Dalej
zwykle nie słuchała.
Ale
tym razem postanowiła zrobić coś innego.
-
Proszę przyprowadzić do mnie Marię Niemcewicz…co znaczy Grabarczyk.- Poprawiła
się, bo przecież jej siostra od trzech lat była mężatką.
-
Słucham?
-
Chcę się z nią widzieć. To moja…to siostra tej dziewczyny z którą spadłam ze
schodów.
-
Ale ja nie mogę…
-
Błagam. A jeśli naprawdę pani nie może to niech przyjdzie do mnie pan Adamczyk
i to załatwi.
-
Proszę dać rękę bym mogła podać leki.
-
Obiecuje pani?!
-
Pani Wiktorio...
-
Tak czy nie? Inaczej ich nie wezmę.- Z pewnością wyglądała wtedy jak główna
bohaterka egzorcyzmów Emily Rose ze spoconą ze zmęczenia bladą twarzą,
przekrwionymi z niewyspania oczami i charczącym głosem. Ale miała to gdzieś.
-
Dobrze obiecuję.- Pielęgniarka nie była głupia. Pacjentka była bardzo oporna, ale
jej ojciec za odpowiednią pieniężną rekompensatą sprawił, że i tak traktowano
ją wyjątkowo wyrozumiale: dostała osobną salę, przy jej łóżku stale czuwała
jakaś pielęgniarka albo stażystka a sam lekarz odwlekał odwiedziny policjantów
tłumacząc się słabym zdrowiem pacjentki. Jak dla niej Szymborskiej po prostu
kompletnie odbiło (o ile wcześniej wszystko było z nią w porządku). Ale mimo
wszystko postanowiła poinformować Adamczyka o prośbie córki.
Ale zaskoczenie co to miał być za gatunek opowiadania? Czyżby zamiana dusz ? Tylko nie mów że dusza Zosi będzie żyła w ciele Wiktorii i jeszcze Arek z nią będzie
OdpowiedzUsuńJestem sceptycznie nastawiona do tego. Przyzwyczaiłam się do Twoich opowiadań w jednym stylu i chyba takie wolałabym czytać. Co nie zmienia faktu, że piszesz świetnie, nie wiem jak to dalej potoczysz, ale będę czytać i mam nadzieję że kiedyś wrócisz do poprzedniego gatunku :-)
OdpowiedzUsuńNo cóż, mówiąc bardziej precyzyjnie to zmieniłam tylko niejako gatunek opowiadania dodając do niego element fantasy, mój styl pozostał ten sam :) No ale jeśli faktycznie z tego powodu opowiadanie nie przypadnie do gustu to trudno. Dogodzenie 100% czytelników jest niemożliwe. Ale mam nadzieję, że może z czasem przekonasz się do Nowego początku (tak jak ja przekonałam się stopniowo do książek fantasy).
UsuńPozdrawiam.
Nie napisałam że nie będę czytać opowiadania, jestem z Tobą od bardzo dawna i czytam każde Twoje opowiadanie jeszcze jak wstawiałaś części na quku. Mam wrażenie że chciałaś mi dopiec początkiem swojego komentarza zupełnie nie wiem dlaczego :-)
UsuńAbsolutnie nie! Nie miałam zamiaru ci dopiec jak się wyraziłaś :) Po prostu komentarz pisałam w drodze z pracy, będąc zgrzana, zmęczona i głodna (przyznasz, że zabójcza mieszanka), co sprawiło że pisałam rzeczowo a na koniec nawet nie przeczytałam tego co napisałam. Ale gdy zrobiłam to po twojej odpowiedzi muszę przyznać ci rację: użyłam nieco niefortunnego zwrotu co sprawiło, że mogłam zabrzmieć nieco "wrednie". Dlatego jeśli cię uraziłam to przepraszam :) Po prostu chodziło mi o to że czasami coś czego nie lubimy okazuje się po jakimś czasie znośne a potem nawet wręcz ulubione, ale oczywiście nie dla wszystkich (co widać w przypadku tej części opowiadania po komentarzach: jednym wątek fantasy przypadł do gustu, innym nie). Oczywiście bardzo chciałabym żeby za jakiś czas mimo początkowej niechęci opowiadanie ci się spodobało, ale nie obrażę się jeśli tak się nie stanie. Właśnie taki miał być sens mojego pierwszego komentarza :) Aha, no i bardzo liczę na twoje kolejne opinie następnych części- nawet jeśli- a raczej zwłaszcza- wciąż będziesz na "nie". Pozdrawiam jeszcze raz :)
UsuńNie lubię takiej tematyki opowiadania...:/ Szkoda, że nie piszesz tak, jak dawniej.
OdpowiedzUsuńTak jak napisałam wyżej, dogodzenie wszystkim czytelniczkom (czytelnikom) jest niemożliwe, dlatego pozostaje mi mieć nadzieję, że z czasem przekonasz się do tego opowiadania, a jeśli nie, to znajdziesz autorów takich które będą odpowiadać ci bardziej. Z mojej strony mogę dodać, że żadnych latających świń ani najazdu kosmitów w tym opowiadaniu nie przewiduję, więc gatunek fantasy ogranicza się tylko do jednego incydentu z tego rozdziału.
UsuńPozdrawiam :)
Jeżeli o mnie chodzi, to też jestem zawiedziona ;(
OdpowiedzUsuńA ja nie jestem zawiedziona. Wręcz przeciwnie. Spodziewałam się tego od momentu kiedy przeczytałam wróżbe z ciasteczka. I jestem bardzo ciekawa jak dalej potoczy się opowiadanie. Często jest tak że autor ma ochotę na odskocznie od swojego garunku i zrobienie czegoś innego. Także ja bede czekać niecierplowie na nowe rozdziały��
OdpowiedzUsuńMusiałam sobie przypomnieć tą wróżbę ale ta zamiana dusz to chyba nie na zawsze. Ja byłabym za cudownym wybudzeniem Zosi ale zgadza się że Wiktoria musiałaby odejść wtedy na zawsze. I wątek rozmowy to już teraz nie wiem czy to Wiktoria jako Wiktoria rozmawia z siostra Zosi czy Zosia. Kto wie jaki masz plan. To jednak trudny gatunek cokolwiek to jest :-) niestety dla mnie chyba za trudny bo na razie to poplątanie z pomieszaniem. Ale jak zawsze na świetnym poziomie pisarskim
OdpowiedzUsuńMusiałam przypomnieć sobie tą wróżbę bo wyleciała mi z głowy.. Super część, choć nie podejrzewałabym, że aż tak to się pogmatwa. Czekam z niecierpliwością na kolejne części :-) Natalia
OdpowiedzUsuńDodawałas ?
OdpowiedzUsuńNiestety nie miałam czasu na pisanie :( Ale postaram się, żeby coś pojawiło się jutrzejszego wieczora
UsuńCzy tylko dla mnie się nie wyświetla czy jeszcze nie wstawiłaś ?
OdpowiedzUsuńNie, tak jak uprzedzałam będę miała opóźnienie, ale myślę że już jutro uda mi się coś wstawić i może wtedy do niedzieli wrzucę kolejną część.
UsuńA ja jestem ZACHWYCONY tym opowiadaniem ! :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam autorkę :)