Kilka dni po rozwodzie, spacerując ulicami miasta
błądziłam bez celu wśród znanych i mniej znanych mi uliczkach Warszawy (pojechałam tam autobusem by odwiedzić grób swojego synka). Rozmyślałam
o swoim życiu zastanawiając się co mam teraz zrobić. Czułam się tak jakbym
przeżyła już wszystko co był w stanie ofiarować mi los. Bo moje szczęście, choć
krótkie było intensywne. Przeżyłam historię niczym z harlequinowskiego romansu
z Jackiem, potem pokochałam prawdziwą i dojrzałą miłością Łukasza, który stał się moim mężem. Następnie
urodziłam dziecko, któremu dane było żyć tylko kilkanaście miesięcy. A potem
twardo spadłam na ziemię i wszystko straciłam. Co gorszego jeszcze mogło mnie
czekać skoro straciłam najbliższe mi osoby? Właśnie tak podchodziłam teraz do
życia. Jak człowiek, który nie ma już nic do stracenia, którego los nie może
już niczym zaskoczyć. Nie ze strachem, a całkowitą rezygnacją. Bo przestałam
wierzyć w szczęśliwe zakończenia. Nie byłam w stanie wyrwać się z otchłani
melancholii choć ona i tak była stokroć lepsza od depresji i całkowitego
załamania jakie przeżyłam. Tyle, że każdy dzień był walką; walką o to by się
nie poddać. By po otworzeniu oczu uświadomić sobie że mój syn nie żyje i wstać
z łóżka. By potem przemyć twarz i się ubrać, by się uczesać i zjeść śniadanie. A
potem stwarzając pozory normalności udać że oglądam telewizję lub czytam
książkę by w końcu nadszedł upragniony wieczór i pora dnia oznajmiająca, że
teraz bez żadnych podejrzeń mogę wreszcie oddać się w objęcia Morfeusza. I choć
na chwilę zapomnieć o bólu który towarzyszy mi nieustannie w ciągu dnia.
Właśnie tak sobie mówiłam. Każdą czynność rozbierałam na
czynniki pierwsze a te na małe atomy by nie urosły do tak skomplikowanych, że
nie mogłabym sobie z nimi poradzić. Bo były dla mnie trudne. Tak oczywiste i
naturalne dla innych potrzeba umycia zębów dla mnie była kilkoma minutami
pocierania swoich ust szczoteczką przy jednoczesnym patrzeniu na własne odbicie
w lustrze. Patrzeniu na te martwe oczy jakby bez życia gdy już nie musiałam udawać,
na usta wygięte w podkówkę nawet jeśli usilnie starałam się by choć ich kąciki
znalazły się w górze. Przypominaniu sobie, że często w tym samym czasie kąpałam
również Kubusia by zaoszczędzić na czasie a on ze śmiechem próbował wyrwać mi
szczoteczkę z buzi…
Dlatego lubiłam spacerować. To pozwalało mojemu ciału
czymś się zająć, czymś co nie było bezsensownym leżeniem w łóżku i gapieniem
się w sufit jak zwykłam spędzać wolny czas. Tak jak dzisiaj. Mimo dość chłodnej
pogody, (było dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia) zdałam sobie sprawę, że
doszłam aż do ulicy rynku. Przypomniałam sobie wówczas o ślubie Beti i Krzyśka,
który miał się odbyć już za 48 godzin. A ja nawet nie byłam w stanie zmusić się
by wysłać im kartę z życzeniami.
- Miłość, praca i pieniądze. Cyganka prawdę ci powie.- W
końcu, po ponad kilkudziesięciu minutach marszu ocknęłam się słysząc dziwnie znajomy głos. Stanęłam jak wryta tuż przed starszą kobietą
ubraną w wyblakłą już czarną do ziemi suknię. Nie sądziłam, że ją pamiętam, ale
w chwili gdy ją ujrzałam od razu wiedziałam kim jest. Wyglądała tak samo jak ponad
trzy i pół roku temu: ta sama pomarszczona, niemal pomarańczowa twarz, dziwna
narośl na lewym policzku, wąskie blade usta. Nawet fryzurę miała tę samą z tym,
że szare kosmyki splecione w warkocz zdawały się być dłuższe.- No kochaniutka,
wywróżyć ci?- Przerwałam rozmyślanie na temat jej zewnętrznej aparycji, gdy
zorientowałam się że kobieta mówi do mnie. Zaraz potem monotonne, lekko śpiewne
słowa pojawiły się w mojej głowie niczym echo, a uczucie deja vu się nasiliło.
„Widzę ból, zrani cię głęboko
przez ciebie samą. Uważaj na dumę, ona może cię zgubić. I strach. A ten drugi
mężczyzna też jest niebezpieczny. On będzie próbował cię odzyskać, ale
spowoduje tylko ból. I widzę trzeciego
mężczyznę. Tak. Ten zrani cię najbardziej, choć to nie będzie jego wina.
Przysporzy ci też najwięcej radości. Ale gdy odejdzie zniszczy twój cały świat,
bo będziesz go kochać jak żadnego innego mężczyznę na świecie.
(…) to nie będzie jej kochanek.
To inny rodzaj miłości. Nie fizyczna. A mężczyzna jest jakiś dziwny…
Widzę śmierć. Nie, nie twoją
kochaniutka. Ale ona cię powoli zabije”
To właśnie te słowa ponad 3 lata temu powiedziała mi
staruszka patrząc w karty. Przepowiedziała, że zgubi mnie moja własna duma.
Że w moim życiu pojawi się trzeci oprócz Łukasza i Jacka
mężczyzna, którego będę kochać najbardziej na świecie i który nieświadomie mnie
zrani.
Teraz już wiedziałam, że chodziło o mojego synka, który
już nie żyje. I to jego dotyczyła też wróżba ze śmiercią.
- Panienko decydujesz się czy nie?- Powtórzyła staruszka,
przerywając magiczny zaśpiew. Wolno potrząsnęłam głową.
- Jakiś czas temu już mi pani wywróżyła.- Odezwałam się
suchym tonem, który nawet w moich uszach brzmiał obco.- I choć w to nie
wierzyłam, na moje nieszczęście wróżba się spełniła.- Bez słowa odeszłam dalej
nie czekając na jej odpowiedź, ale Cyganka i tak jej udzieliła.
- Wszystko jest zapisane w kartach, ale tak jak
przeszłości nie można zmienić, tak na przyszłość możemy wpłynąć. Musisz tylko
modlić się o wstawiennictwo Księżyca i gwiazd z twojego zodiakalnego znaku.
Jeśli je przebłagasz zmienisz swój los. Poza tym widzę u ciebie wielką aurę.
Ona jest oznaką siły.- Dodała biorąc w swoją pomarszczoną dłoń moją. A ja
miałam ochotę się roześmiać. Siły? Jakiej siły?- Tak, dużej siły.- Powtórzyła
jakby zdawała sobie sprawę z moich myśli- Widzę koniec, ale nie ostateczny. Ten
koniec jest początkiem czegoś nowego, tak jak każdy kij ma dwa końce. Ufaj
sobie i wsłuchuj się w swój wewnętrzny głos. I pamiętaj, że to ryba będzie
twoim wrogiem. Strzeż się ryby.- Jeszcze minutę temu powiedziałabym, że
bajdurzenia Cyganki są tylko groźnie brzmiącymi słowami. Jeszcze minutę temu
roześmiałbym się jej w twarz ironizując z jej „przepowiedni”. Jeszcze minutę
temu w ogóle nie zastanawiałabym się nad tym by traktować je poważnie. Bo
jeszcze minutę temu nie byłam świadoma, że to co wydarzyło się 3 lata temu
spełniło się co do joty. Dlatego teraz spytałam tylko bez śladu jakiejkolwiek
ironii:
- Ryby?
- Tak, ryby. Ryba nie jest w komitywie z rakiem, którym
jesteś. Ryba udaje przyjaciela, ale tak naprawdę myśli tylko o własnych
korzyściach. Strzeż się ryby.- Wyjaśniła, a ja w końcu zrozumiałam, że chodzi
jej o osobę będącą właśnie tym zodiakalnym zwierzęciem.- A jeśli chodzi o twoją
przyszłość to…
-…chyba nie chcę je znać.- Przerwałam jej szybko.-
Dziękuję i do widzenia.
- Do widzenia.- Usłyszałam tylko zanim puściłam się odruchowo pędem
w stronę centrum miasta, czyli tam gdzie dawniej mieszkałam. Zatrzymałam się dopiero wtedy gdy nie mogłam już dalej
biec. Ale wciąż słyszałam ten przeklęty głos, tę cholerną wróżbę sprzed trzech
lat:
„Będziesz musiała
być silna bo albo ty ją pokonasz, albo ona pokona ciebie. Bo wtedy będziesz
całkiem sama. I sama będziesz musiała walczyć o szczęście. Inaczej wszystko
przegrasz. Lub wszystko wygrasz. Nie bój się zaufać. Bo na razie przed tobą
jest tylko ciemność i cierpienie ”
Oto moja przyszłość: ciemność i cierpienie jak powiedziała
wróżka. I miała rację, bo tak jak i ja wiedziała, że po śmierci synka już nigdy
nie uda mi się tak naprawdę podnieść. Może i wstanę z klęczek, może nawet
zrobię parę kroków do przodu, ale nigdy już nie będę mogła iść normalnie. Iść
wyprostowana, z głową dumnie uniesioną do góry z odwagą przyjmującą to co
niesie życie. Bo już zawsze będę zgarbioną, załamaną życiem kobietą, dla której
każdy krok będzie walką. Dla której każdy dzień życia ze świadomością, że jej
własne się tak naprawdę już dawno
skończyło będzie katorgą. Znów moim umysłem zawładnęła niemoc i panika, a
zmęczony wysiłkiem organizm spazmatycznie łapał powietrze. Kontrola myśli nie
pomogła. Dopiero ostatnie zdanie z mojej przepowiedni sprawiło, że odzyskałam
nad sobą panowanie.
„Gdy zaufasz, może odnajdziesz
szczęście.”
Słysząc to rozejrzałam się dokładanie dookoła siebie, bo
byłam niemal pewna, że to Cyganka dobiegając za mną w to miejsce je wymówiła. Ale wokół mnie nie
było żywego ducha. A słyszane słowa pochodziły z mojej pamięci.
„Gdy zaufasz, może odnajdziesz
szczęście.”
Czy to znaczy, że była jeszcze dla mnie nadzieja? Że ten
koniec naprawdę był początkiem czegoś innego? Że czeka mnie jeszcze coś
dobrego? Jakoś trudno było mi w to uwierzyć. Ale mimo to uwierzyłam. Po raz
pierwszy od śmierci Kuby uwierzyłam. Niemal czułam jak wewnątrz mnie budzi się
nadzieja. Nadzieja na lepsze jutro, którą jak sądziłam pochowałam wraz z synkiem
w małej trumnie. I o dziwo sprawiła to okultystyczna wróżba, a nie coniedzielna
msza.
ROK PÓŹNIEJ
- Nie powinnaś tam iść, Karolina.- Odezwała się do mnie
mama. Ja byłam jednak całkowicie skoncentrowana na zakładaniu pantofli. Potem
zaczęłam wkładać żakiet. Nadal czarny tak jak reszta moich ubrań mimo iż dawno minął już okres stosownej żałoby po Kubusiu..- Karolciu,
proszę zostań. Po co chcesz tam iść? Znowu chcesz się katować?
- Chcę usłyszeć wyrok.
- Przecież pan Włodzimierz Kowalski z pewnością nam go
przekaże. Obiecał mi, że do mnie zadzwoni. Nie ma potrzeby być ty…
-… mamo proszę.- Przerwałam jej.- Chcę tam iść. Poza tym
nie będę sama.
- Jacek też z tobą idzie?
- Tak.- Przytaknęłam. Gdy nic nie odpowiedziała
spojrzałam na nią. Z jej miny mogłam wyczytać, że to również jej się nie
podoba. Bo jakiś czas temu wyjawiłam jej prawdę o Tomku czy raczej Jacku, która
stała się przyczyną naszego rozstania kilka lat temu. I choć wielokrotnie
powtarzałam, że już nie jest przestępcą ale świadkiem koronnym to i tak nie
akceptowała go w roli mojego przyjaciela. Sadziłam, że to właśnie jego uważa za
przyczynę mojego rozwodu z Łukaszem. Tak
samo zresztą jak państwo Kowalscy, z którymi od tego czasu praktycznie się ze
mną nie kontaktowali. Pani Mariola odwiedziła mnie kilka razy próbując
przekonać, że dla niej nadal będę córką, ale chyba sama w to nie wierzyła. Z
kolei pan Włodzimierz…on mnie wyraźnie potępił choć starannie starał się to
ukryć.
Przeglądając się w lustrze i głośno wzdychając
podeszłam do mojej rodzicielki i pocałowałam
ją w policzek.- Muszę tam iść, mamo. Muszę zobaczyć to na własne oczy.
- To ci zaszkodzi.
- Nie, pomoże. Być może po ponad półtora roku od śmierci
Kuby ostatniego z jego morderców spotka zasłużona kara. A ja chce przy tym być.
- Boję się. Boję się, że potem…
-…nic mi nie będzie. Wiem, że sprawiłam ci masę kłopotów
i cierpienia w ciągu tego czasu, ale obiecuję że od teraz będę silna. Tamto
załamanie się już nie powtórzy. Dlatego chcę zamknąć ten rozdział definitywnie.
Nie będę mogła spokojnie spać gdy nie usłyszę wszystkiego na własne uszy. To
będzie dla mnie jak oczyszczenie, jak…jak katarsis gdy po ponad półtora roku ci
przestępcy wreszcie zostaną skazani.
- Skoro tak to odbierasz, to idź. – Na pożegnanie jeszcze
objęłam ją mocno i wyszłam.
Podczas ostatecznego terminu rozprawy praktycznie przez
cały czas wpatrywałam się w siedzącego na ławie oskarżonych Radosława
Pajęczaka. Tylko on z całej czwórki jeszcze nie został skazany. Górski trafił
do więzienia na 15 lat z powodu odwieszenia mu wyroku warunkowego i dodaniu do tego kradzież auta oraz kilka
innych przestępstw jakich się dopuścił po wyjściu na wolność łącznie z nieumyślnym
zabójstwem Kuby. Pajęczak był dużo gorszy. O ile w tym pierwszym mogłam
dostrzec jakiekolwiek ślady człowieczeństwa o tyle ten mężczyzna wydawał mi się
być go pozbawiony. Jego wzrok był całkowicie obojętny jakby nie obchodziło go
to co dzieje się wokół niego, a cała postawa wyrażała jawne lekceważenie.
Zapewne, gdyby na początku rozprawy adwokat nie kazał mu pozbyć się gumy do
życia miałby ją w ustach aż do tej pory.
Gdy zeznawał zrozumiałam czemu mama tak bardzo się o mnie
bała. Bo gdy sędzia wyczerpawszy pulę pytań dotyczących jego innych przewinień
(w odróżnieniu od Górskiego nigdy nie siedział w więzieniu), zaczął pytać o
porwanie Kuby.
- Szef kazał porwać dzieciaka, to porwałem.- Zarówno jego
ton jak i samo znaczenie wypowiedzi było jawną kpiną. Ale gdy zaczął opisywać
szczegóły zrobiło mi się niedobrze.- Pierwszego dnia związaliśmy go by nie
uciekł. A poza tym stale wrzeszczał i płakał. A potem nie chciał jeść. Mówiłem
Górskiemu, żeby go do tego zmusił, bo ten szczyl zdechnie, ale on twierdził że
nic mu nie będzie. Był nam potrzebny żywy by zwabić Iriosa, to znaczy tego tajniaka.
- Ma pan na myśli Łukasza Kowalskiego?- Spytał sędzia.
- Tak.
- Proszę więc posługiwać się pełnymi nazwiskami a nie
pseudonimami.
- Tak, proszę pana…znaczy się, wysoki sądzie.
- A więc po co mieliście zwabić Łukasza Kowalskiego?
- Szef chciał się zemścić. On kręcił z jego córką.
- Proszę dokładnie opisać miejsce porwania. Kto
zorganizował porwanie i jak przebiegało krok po kroku.
- Przecież już w postępowaniu przygotowawczym mówiłem to
kilka razy…
- Niech świadek odpowiada na pytania.- Ciężko
westchnąwszy, Pajęczak zaczął opowiadać. A z każdym jego słowem moje serce
pokrywało się lodem. Wielu szczegółów nie znałam. Na przykład nie miałam
pojęcia o tym, że nie mając nic do picia poili Kubusia piwem. Dwuletniego
chłopca!
- W porządku?- Spytał szeptem w pewnym momencie siedzący
obok mnie Jacek. Zauważył co się ze mną działo.- Pamiętaj, że możemy w każdej
chwili wyjść.
- Nie. Chcę wysłuchać go do końca.
- To może nie być przyjemne.
- Wiem. Ale muszę przez to przejść.- Przez moment
mierzyliśmy się wzrokiem, aż w końcu wyczułam moment gdy ustąpił. Mocniej
ścisnął moją dłoń w pokrzepiającym geście.
- Dobrze, zostaniemy.
Tak więc zostaliśmy do końca. Aż w końcu odczytano wyrok
: Radosław Pajęczak został skazany na 25 lat więzienia. A ja poczułam prawdziwą
ulgę. Wychodząc z sali w pewnym momencie zauważyłam kobietę o długich blond
włosach. A właściwie to wyczuwając na sobie czyjś wzrok, to ja na nią
spojrzałam.
Bez słowa patrzyłyśmy na siebie prosto w oczy.
Zastanawiałam się po co ona tu dzisiaj przyszła. Chciała sprawdzić co się
stanie z jej przyjacielem Radkiem? A może jawnie kpiła z wymiaru
sprawiedliwości? Przecież dobrze wiedziała kto porwał Kubusia; że zlecił to
jednemu ze swoich ludzi jej ojciec. Byłam tego w 100% pewna. A jednak nic nie
powiedziała, a policja też nie miała na to żadnych dowodów.
- Co ona tu robi?- Spytał mnie Jacek najwyraźniej dopiero
zauważając Karinę Bajkowską w chwili gdy do mnie machnęła jakbyśmy były
przyjaciółkami a nie wrogami.
- Nie mam pojęcia. Ale najwyraźniej czegoś ode mnie chce.
- Nie podchodź do niej.
- Masz mnie za głupią? Nie mam zamiaru rozmawiać z tą
kobietą. Chodźmy już.- Pociągnęłam Jacka za dłoń w stronę wyjścia. Ale tuż przy
drzwiach nie oparłam się pokusie i się obejrzałam.
Karina patrzyła na mnie ironicznie, a jej wzrok mnie
prowokował:” No jak to, uciekasz przede mną? No, ale w końcu czego można się
spodziewać po kimś takim jak ty?” Ja jednak nie przyjęłam wyzwania.
- Sądziłem, że siedzi w więzieniu.- Znów podjął ten temat
Bończak gdy znaleźliśmy się na zewnątrz budynku sądu.
- Była przez jakiś czas w areszcie. Ale nic na nią nie
znaleziono, więc musieli ją wypuścić.
- To chyba jakaś kpina. Przecież to córka przestępcy. I
wiedziała o machlojkach ojca.
- Tak.- Powiedziałam z odrobinką melancholii
przypominając sobie wizytę w więzieniu gdy doskonale wiedziała o porwaniu
Kubusia, ale umyła od tego ręce. A poza tym orientowała się kim był Jacek i że
zdradził jej ojca. O w jego współpracy z Mochą również. Nie była niewinną
córeczką przestępcy, o nie. Doskonale wiedziała jak zarabia na życie jej ukochany tatuś.
Tatuś, który również teraz siedział w więzieniu. Tak samo z resztą jak wielki
pan i boss narkotykowy Mochowski. (Ten sam, dla którego dawniej dilował Jacek.)
Ale cała banda groźnych przestępców za kratami nie ucieszyłaby mnie tak bardzo
jak widok tej tandetnej blondynki w więzieniu.
- Wiesz czego od ciebie chciała?
- Nie mam pojęcia.
Nie widziałam jej od czasu…no od tamtej wizyty w więzieniu.
- Ach tak.- Skwitował to tylko i więcej nie powracał do
tematu tej kobiety.- Chcesz wracać do domu? A może masz ochotę na gorącą
czekoladę na poprawę humoru? Korzystając z okazji, że jesteśmy w mieście?
- Ty stawiasz?- Spytałam starając się przyłączyć do jego
wesołego tonu. Niestety, bezskutecznie. Bo jeszcze nie potrafiłam się śmiać.
Uśmiech wychodził mi całkiem szczerze, ale śmiech…od śmierci Kuby nic mnie już
nie bawiło. Bo on stale gościł w mojej duszy, sercu, głowie zaszczepiając w
niej smutek.
- Jasne.
- A więc skorzystam z tej niepowtarzalnej okazji.
Już kilkanaście minut później byłam w ciepłym mieszkaniu Jacka
w dłoniach trzymając gorący kubek brązowego płynu. Czułam się błogo rozluźniona
siedząc swobodnie na sofie przed telewizorem. Tak jak wiele razy wcześniej.
Odkąd Jacek przeprowadził się do Warszawy często go
odwiedzałam. Po śmierci Kuby rzadko widywałam się z moimi przyjaciółkami. Po
prostu nie czułam się dobrze w towarzystwie szczęśliwych matek. Zwłaszcza, że
Beti wciąż była w siódmym niebie z Krzyśkiem i swoimi córeczkami. Do dziś
pamiętam tę niezręczną ciszę która zapadła gdy spotkałam się z nią któregoś
dnia na mieście. Próbując zagaić normalną rozmowę opowiedziała z detalami jaki
prezent kupiła swojemu mężowi z okazji 2 rocznicy ślubu. A ja chcąc zażartować
życzyłam jej wszystkiego najlepszego. Tyle, że potem dodałam: i obyście doczekali
trzeciej i nie rozwiedli się po trzeciej tak jak ja z Łukaszem. Wówczas Beata spojrzała na
mnie jakbym co najmniej życzyła jej śmierci. A ja przeprosiłam ją i wymawiając
się ważnym spotkaniem pożegnałam.
Z kolei Krysia doczekała się pierwszego maleństwa:
urodziła jej się Ola, która teraz miała bodajże 9 miesięcy. Ale ja od czasu
śmierci Kuby, nie wiedzieć czemu nie pałałam miłością do dzieci. Choć do końca
tak nie było: po prostu nawet rozmowa o nich wyprowadzała mnie z równowagi.
Moja psychoterapeutka, do której nadal uczęszczałam na cotygodniowe spotkania
twierdziła, że po prostu zazdroszczę innym kobietom ich pociech, bo swoją
straciłam, ale ja nie byłam pewna czy to prawda. Bo przecież powinno być aż
odwrotnie: na widok dzieci powinnam się rozczulać, znajdować w nich pocieszenie
po stracie synka, a ja jeszcze bardziej się tylko denerwowałam.
Jedynie z Asią mogłam porozmawiać w miarę naturalnie nie
bojąc się poruszyć problemowego tematu. To znaczy mogłam, bo ostatnio
dowiedziałam się, że ona również jest przy nadziei. A ja nie wiedziałam czy się
z tego śmiać czy nie. Wszyscy: począwszy od moich przyjaciółek a skończywszy na
siostrze mieli dzieci lub się ich spodziewali. A ja musiałam zadowolić się
martwym synem. Inna sprawa, że być może tak mi się po prostu wydawało. W końcu Asia
miała już 32 lata i to był dla niej najwyższy czas na dziecko. Nawet jeśli ze
swoim Krystianem nie mieli jeszcze nawet ślubu. Poza tym istnieje chyba nawet
taka teoria, że ludzie smutni widzą wokół siebie samych szczęśliwych, single
zakochanych, a starsi- młodych. Więc może ta sama zasada działała w moich
przypadku, pomyślałam. Muszę o to koniecznie zapytać panią Górską na następnej
sesji.
- A więc jak się czujesz ze świadomością, że wszyscy
winni siedzą już za kratami?- Usłyszałam pytanie Jacka, który usiadł teraz obok
mnie na sofie.
- Wolna. I jednocześnie pusta. Ale to dobry rodzaj
pustki. Czuję się jak…jak skorektorowana kartka.
- Skorektorowana kartka?- Powtórzył zdezorientowany.
- Tak.- Spojrzałam na niego.- Bo wiesz, nie mogę
powiedzieć że jestem niezapisaną kartką. Zawsze będę pamiętała o przeszłości. I
ona zawsze będzie we mnie siedzieć. Dlatego widzę siebie jako zapisaną kartkę,
na której ktoś coś bezmyślnie napisał. A dziś poczułam tak jakby ktoś zmazał te
słowa korektorem.
- Czyli że możesz zacząć od nowa?- Zastanowiłam się
chwilę.
- Chyba tak.- Odparłam z wahaniem.- Ale nadal nie jest mi
łatwo.
- Powinnaś znaleźć sobie jakieś zajęcie: choćby iść do
pracy. Siedząc bezczynnie w domu masz tylko czas na myślenie i gdybanie.
- Sugerujesz, ze powinnam wreszcie zejść z garnuszka mamy
i ojczyma?
- Wiesz, że nie o to mi chodziło.
- Tak,. Ale…chyba nie dam jeszcze rady. Boję się.
- Karola, nie możesz tak do tego podchodzić. Czasami
lepiej od razu rzucić się na głęboką wodę.
- Może. Ale nie w moim przypadku.
- Wręcz przeciwnie.
- Chcesz się ze mną pokłócić, tak? A ta czekolada była
tylko próbą przekupstwa?- Spytałam usiłując nadać mojemu głosowi żartobliwy
ton.
- Jesteś niemożliwa.- Pokręcił głową upijając łyk swojej
czekolady. Potem poklepał mnie po ramieniu. – Ale i tak jesteś najdzielniejszą
kobietą którą znam.
- Nie, nie jestem.- Znów poczułam przypływ smutku,
dlatego oparłam głowę na ramieniu Jacka i zaczęłam patrzeć się w telewizor.- Jestem
słaba jak dziecko.
- Wiele osób na twoim miejscu by się załamało, a ty
próbujesz. Tylko to się liczy.
- Jakoś nie znam żadnego przypadku.
- No cóż…ja też nie, ale wiem że tak jest.- Wygięłam
kąciki ust w uśmiechu. Jacek był czasami taki rozbrajający. W jego towarzystwie
czułam się rozluźniona i bezpieczna. Bezpieczna, ale nie tak bardzo jak to
robiła cała moja rodzina. Bo Bończak nie próbował na siłę unikać tematu Kubusia
gdy o nim mówiłam; nie próbował udawać że nic się nie stało ani na siłę
wyciągać mnie do teatru czy kina. Nie namawiał też do zmiany kolorystyki
garderoby o której prawdę mówiąc się przyzwyczaiłam. Bo choć okres żałoby już
się dla mnie skończył to jednak czerń nadal pozostała. Nie dlatego, że na siłę
chciałam obnosić się ze swoim cierpieniem. Po prostu w czerni czułam się
dobrze, kolorowe rzeczy wiązały mi się z frywolnością i radością które dla mnie
już przecież nie istniały. Bo ja czułam się czarna również w środku. Poza tym
to nie było tak, że cały czas chodziłam w czerni. Ubierałam się również w
granaty i ciemne chłodne barwy, ale zdecydowanie unikałam pasteli. Jednak dla
mamy to i tak była czerń. „Jesteś jeszcze młoda”, tłumaczyła. „A ubierając się
tak wyglądasz jakbyś była podsuszoną czterdziestoletnią starą panną”
- Co pływa w twoim kubku?- Zainteresowałam się widząc
jakąś białą chmurkę w cieczy Jacka.
- Pianka.
- Co?
- Widziałem to ostatnio w filmie. Owocowe pianki w
czekoladzie lub kakao.
- Kto pije czekoladę z pianką?
- Ja. Jest naprawdę dobra. Przynieść ci?
- Nie, dziękuję.- Odpowiedziałam nie mogąc ukryć
niechęci.
- To naprawdę dobre.
- Raczej dziecinne.
- Chcesz powiedzieć, że jestem staruszkiem?
- Nie, ale dzieckiem też nie…- Droczyliśmy się tak ze
sobą całkowicie ignorując włączony film. A ja, choć się do tego nie przyznałam
zaczęłam w pewnym momencie rozważać jego
słowa. Czy byłam już gotowa na powrót do pracy? Na pewno nie na tak
odpowiedzialne stanowisko jakim byłam poprzednio pracując w banku jako
kasjerka. Ale coś lekkiego? Coś co przynajmniej zajmie moje ciało?
Tak, to był dobry pomysł. I kolejny krok ku powrotowi do
normalności jak to w duchu nazywałam. No i z pewnością mama ucieszy się z tego. Bo dużo rzeczy robiłam dla niej.
Wciąż pamiętałam jak bardzo się o mnie martwiła i
troszczyła po moim domniemanym samobójstwie. Jak wiele wycierpiała, gdy ja
egoistyczna w swoim cierpieniu nie dostrzegałam jak ją ranię. Dlatego nie
chciałam dłużej być dla niej udręką.
Gdy wróciłam do domu poinformowałam ją o swoich planach.
Tak jak się spodziewałam była zaskoczona, ale i…szczęśliwa. Widziałam w jej
oczach radość, niemal tak jakby powiedziała mi wprost: „nareszcie zaczęłaś żyć,
a nie wegetować.”
Tak jak sobie postanowiłam, tak się stało. Nie wybrałam
niczego ambitnego: zwykła praca na poczcie przy okienku i rozdawanie przesyłek.
Ale ta nieskomplikowana czynność bardzo mi pomogła. Bo w końcu w moim życiu
pojawił się jakiś cel. Stopniowo też zaczęłam zauważać rzeczy, na które już od
bardzo długiego czasu nie zwracałam uwagi: ludzi dookoła dla których teraz
musiałam być miła bo stanowili moich klientów, mój codzienny wygląd czy fakt że
własna matka musi mnie utrzymywać w wieku prawie 31 lat. To wywołało u mnie
poczucie wstydu: wstydu, którego już dawno nie czułam. Dlatego postanowiłam
podjąć następny cel w moim „powrocie do normalności”. A mianowicie wyprowadzić
się z domu. Do tego jednak musiałam oszczędzić trochę pieniędzy.
Początkowo zamierzałam wynająć jakieś mieszkanie na
obrzeżach miasta bym miała niedaleko do rodzinnej wsi, ale potem zmieniłam
zdanie. Postanowiłam znowu wrócić do stolicy i wynająć mieszkanie tam. To z
kolei wywoływało nowy problem: musiałam znaleźć sobie nową pracę.
Tu nieocenioną pomocą wykazała się dla mnie Patrycja,
która była moją dawną koleżanką w liceum a także sąsiadką w dzieciństwie. Dlatego
też znała fragment jakże żałosnej historii mojego życia. Teraz jednak
prowadziła w Warszawie małą kwiaciarnię, która właściwie wcale nie była taka
mała. Poszukiwała pracownicy (dawniej zajmowała się tym osobiście) z powodów
osobistych, którymi było- co nietrudno zgadnąć- dziecko. Jednak mimo to oferta
była świetna i z miejsca ją przyjęłam. No, może po kilkudniowym wahaniu. W
końcu zdawałam sobie sprawę ,że zaoferowano mi ją niejako z litości.
Gdy po trzech miesiącach nadeszła chwila rozstania mama z
łzami w oczach zapewniała mnie, że nie muszę
się wcale wyprowadzać, że tutaj nikt mnie nie wygania i że jeśli chcę
mogę zostać tu ile chcę. Ja jednak wyjaśniłam jej, że to jest mi potrzebne.
Wtedy zrozumiała, że ma to dla mnie znacznie większy sens niż tylko
wyprowadzka. Że jest również sprawdzianem nowego życia, testem który wykaże czy
to demony pokonają mnie czy ja je.
- A więc wszystkiego dobrego, kochanie. Gdy tylko
dojedziesz zadzwoń, a gdy tylko się lepiej zaaklimatyzujesz odwiedzę cię.– Potem,
gdy zjawił się już Jacek który pomagał mi wziąć wszystkie rzeczy (miał mnie
również zawieść do mieszkania, które- zbiegiem okoliczności- mieściło się
właściwie w tej samej dzielnicy co jego) zaskoczyła obejmując go na pożegnanie
tak samo jak mnie i szepcząc coś do ucha. Dopiero jakiś czas później gdy
byliśmy już w podróży spytałam go o to.
- Twoja mama dziękowała mi za to, że wyrwałem cię z tego
stanu.- Wyznał niechętnie.
- Ach. A więc w końcu cię zaakceptowała.
- Na to wygląda.- Ponieważ prowadził, mogłam bez trudu
obserwować jego twarz. Teraz zauważyłam, że ma jakiś dziwny wyraz.
- Powiedziała coś jeszcze?
- Wiesz, wydaje mi się, że ona sądzi iż jestem dla ciebie
kimś więcej niż przyjacielem.- Wyznał po chwili milczenia.
- O.- Powiedziałam tylko tę jedną sylabę, bo nie
wiedziałam co mam jeszcze powiedzieć.
- I kazała mi cię drugi raz nie
skrzywdzić.
- O Boże, nie powiedziała tego.
- Powiedziała. Mówiła, że nie chce abyś znowu przeze mnie
płakała.
- Czasami jest okropna.- Skomentowałam to mając nadzieję,
że nie będzie dłużej drążyć tego tematu.
- Bardzo cierpiałaś po naszym rozstaniu?
- Czemu teraz o to pytasz? Nie sądzisz, że to trochę
nieodpowiednia pora? Minęło już od tego okresu dużo czasu. Właściwie to już tak
prehistoryczne czasy, że ich nie pamiętam.
- Więc?- Drążył. Ciężko westchnęłam.
- Tak, wtedy chyba
też trochę mi odbiło. W końcu byłeś moim pierwszym chłopakiem, a podobno
pierwszą miłość zawsze się pamięta, nie? Poza tym teraz jest na to dowód.
- Jaki dowód?- Spojrzał na mnie znad kierownicy.
- No bo nawet po tylu latach my się przyjaźnimy.
- Aaa- Mrugnął tylko. Wydawał się być lekko rozczarowany,
ale może mi się tak tylko wydawało.
- Fajnie, że będziemy obydwoje mieszkać w Warszawie.
- No i bliżej przyjaciółek, co?
- Tak.- Westchnęłam ciężko uświadamiając sobie jak bardzo
je ostatnio zaniedbałam. Tym bardziej, że moim głównym powodem do zadowolenia
był fakt, że będę mogła teraz częściej odwiedzać Kubę na cmentarzu, bo został
pochowany właśnie w stolicy. Ale tego nie zamierzałam mówić Jackowi. - Może w
końcu uda mi się je przekonać, że zrobiłam kolejny krok ku normalności.
- Co zrobiłaś?- Spytał zaskoczony.
- Kolejny krok ku normalności.- Jacek roześmiał się.-
Hej, mówię poważnie. Sporządziłam sobie taką listę rzeczy które muszę zrobić by
zacząć żyć jak każdy człowiek. To znaczy…tak jak przed.
- Takich jak wyprowadzka i znalezienie pracy?
- Aha. Teraz na tej liście jest rezygnacja z sesji
terapeutycznych. A właściwie to już nie ma, bo zostawiłam Górskiej wiadomość na
poczcie głosowej.
- Brawo, już dawno ci powtarzałem że to nie jest
potrzebne.
- Ale było.
- Co w takim razie masz jeszcze na tej swojej liście?
- No cóż: wiele różnych rzeczy.- Ucięłam, bo on i tak by
tego nie zrozumiał. Dla mnie takie małe rzeczy jak zrobienie czegoś dla siebie,
kupienie ubrań w innym kolorze niż zimna beż czy czerń, uśmiech czy śmiech były
nadal trudne.
- Na przykład?
- Chociażby wyjście do kina.- Wymyśliłam na poczekaniu.
- Więc za to możemy zabrać się już na samym początku. Co
ty na to żebyśmy poszli w piątek do kina?
- O nie. To nie takie proste. Mówiłam ci, że nie mam na
to ochoty. Przynajmniej na razie.
- Czemu? Przecież zdajesz sobie sprawę, że to jest
problem bo zamieściłaś to na tej swojej liście. To tak prawie tak jakbyśmy
oglądali w domu film.
- Może. Ale wyjście do ludzi…nie mogę.- Nie chciałam mu
wyznać, że wiąże się to ze świadomością, że będę się dobrze bawić podczas gdy
mój syn tkwi gdzieś pod ziemią. Bo w każdej takiej chwili gdy zaczynałam się
choćby minimalnie odprężać i odcinać od przeszłości czułam się tak jakbym go
zdradzała.
- Okej. Więc w takim razie powiedz mi co jest na szczycie
tej listy…jak ją nazwałaś? Powrotu do normalności?
- Tak. I nie musisz się z tego nabijać.
- Muszę, bo jesteś normalna, a jakaś tam lista wcale nie
jest ci potrzebna aby to udowodnić. No więc?
- No więc…- urwałam, bo właśnie przypomniałam sobie co to
było. Chciałam się jeszcze raz mieć dziecko. Chciałam wziąć ślub, mieć dzieci i
nie bać się że za rok lub za dwa to się skończy. Chciałam mieć za męża nudnego
elektryka…albo raczej hydraulika (bo mimo wszystko elektrykowi grozi niebezpieczeństwo
porażenia prądem; hydraulik jakby nie patrzeć jest zdecydowanie bezpieczniejszy)
i nie zastanawiać się czy w tej chwili żyje lub ryzykuje życie czy jeszcze nie.
Chciałam by spędzał ze mną wieczory na grze w karty, oglądaniu telewizji i innych
banalnych czynnościach. Chciałam po prostu by przy mnie był. Z dala od
niebezpieczeństw świata, od jego pędu i zmienności. Potrzebna była mi opoka
nadająca jakąś stałość w życiu. Tego właśnie pragnęłam.
- Hej, powiesz mi wreszcie?- Drążył Bończak gdy ja na moment
zatopiłam się we własnych myślach. Zaraz jednak oprzytomniałam. Ale przecież
nie powiem mu prawdy…
- Chciałam skoczyć na bungie.- Skłamałam. Ale gdy Jacek
posłał mi rozbawione spojrzenie domyśliłam się, że mi nie uwierzył.
Kurdę, jestem w pracy, ale musiałam zerknąć do Ciebie!
OdpowiedzUsuńWieje dzisiaj optymizmem, no masz talent do pisania i dobrze Ci to wychodzi, juz pisałam to wcześniej, ale takie portrety psychologiczne pokazujesz, tak bardzo prawdziwe, tak głeboko wchodzisz w duszę, odsłaniasz myśli....., gratuluję.
Pozdrawiam
Ania
Świetne ale niech nie będzie z Tomkiem proszę....
OdpowiedzUsuńCzęść jak zwykle super. Zastanawiam się czy tą rybą, o której mówiła wróżka jest Jacek. Jeśli tak to coś mi się wydaje, że to jeszcze nie koniec problemów Karoliny, a zasługuje dziewczyna na szczęście po tym co przeszła. Ale wierzę, że wszystko poprowadzisz tak, że wszyscy na koniec będziemy zadowoleni :) roksana
OdpowiedzUsuńKiedy kolejna ? :>
OdpowiedzUsuńgenialna jak zwykle <3
OdpowiedzUsuńtak vardzo chciałabym, aby Karolina z Łukaszem się jeszcze zeszli :) Życzę im szczęścia i wiem, że mimo wszystko nadal się kochają
OdpowiedzUsuń