Choć
podczas ostatniej rozmowy z Arturem obiecałam sobie być silna, to jednak
wykonanie tego postanowienia w praktyce było bardzo trudne. W końcu zmarł mi
mąż którego kochałam. Na dodatek po jego śmierci wyszły na jaw tajemnice o
których nie miałam pojęcia: jego choroba, ogromna polisa na życie którą wykupił
prawie dwa lata temu a która teraz widniała na moim koncie, próba dominacji
jego biura architektonicznego przez Kamińskich, konieczność objęcia funkcji prezesa
czy wreszcie włączenie jako wspólnika biura Szymka. Wciąż nie mogłam sobie z
tym wszystkim poradzić, a kłębiące się we mnie emocje co i raz znajdowały
przejaw w moim zachowaniu. Nie będę was zanudzała szczegółami tego jak wielką
walką był każdy następny dzień, jak starałam się płakać dopiero wtedy gdy nikt
mnie nie widział, jak każdego wieczora oglądałam fotografie na których był
Mariusz czy płytę z naszego ślubu. Przypominanie sobie szczególnie tej
ostatniej wywoływało we mnie gorzkie rozżalenie. Bo teraz już lepiej rozumiałam
dlaczego mój zmarły mąż tak bardzo nalegał na długą i szczegółową relację
jeszcze sprzed samej ceremonii. I jego argumentację:
Powinnaś mieć kompletną pamiątkę z wesela; po latach miło będziesz patrzeć na swoje przygotowania oraz krzątaninę
przed weselem, na przywitanie gości.
TY
Będziesz patrzeć…
TY
Powinnaś mieć pamiątkę…
TY…
Te
słowa dobitnie uświadamiały mi, iż Mariusz doskonale wiedział że jego śmierć
rozdzieli nas prędzej czy później. I choć zrozumiałam to już w dniu gdy Artur
(a raczej Szymon) wyznał mi prawdę o jego chorobie to jednak sama świadomość
tego kłamstwa za każdym razem raniła niczym wymierzony w policzek cios pięścią.
Doszło więc do tego, że zamiast bólu i smutku czułam rozgoryczenie i złość, ale
te uczucia były bardzo spotęgowane, tak bardzo że…
No
bo prawdę mówiąc to byłam wściekła.
Byłam
wściekła na Mariusza, który mnie z premedytacją okłamał, choć jednocześnie
rozumiałam pobudki jakimi się kierował; na Artura, którego obwiniałam za
zostanie wdową, na siebie za to że jestem taka słaba, na szczęśliwych ludzi
dookoła za to że kłują w oczy swoją radością, na Boga za to że odebrał mi męża,
zły los, na fatum czy przeznaczenie… Tak więc najogólniej można powiedzieć, że miałam
żal do całego świata. Za to, że mimo tragedii jaką przeżyłam życie zdawało
toczyć się dalej. Za to, że Słońce i tak wzeszło na wschodzie i zaszło na
zachodzie po jego śmierci; że tramwaj nr 3 i tak podjechał pod ulicę przy
której mieszkałam, a godziny płynęły z taką samą szybkością. Że nie nastąpiła
żadna katastrofa, że żaden tajfun nie zmiótł jakiegoś państwa, że ludzie
śpieszyli się tak samo jak dawniej. Zupełnie tak jakby śmierć mojego męża nic
nie znaczyła. A przecież znaczyła. I to właśnie z tym nie mogłam się pogodzić.
No bo jak wszystko mogło toczyć się tak jak dotychczas?
Takie
myśli tylko jeszcze bardziej mnie dołowały, bo uświadamiały mi, że ja też
powinnam tak zrobić. Powinnam wziąć się w garść i żyć dalej nawet jeśli teraz
wydawało mi się to niewykonalne. A na razie to było dla mnie zbyt trudne.
Tyle
wspomnień jakie wywoływał widok pustego już bez Mariusza mieszkania.
Stosik
zdjęć z naszych licznych podróży oraz ważnych wydarzeń czy wygłupów
uwiecznionych w małych fotografiach.
Tak
wiele rzeczy i pamiątek, które mi o nim przypominały: każdy prezent jaki mi
podarował (choćby najdrobniejszy), każde słowo (zwłaszcza te świadczące o
głębokim uczuciu jakim mnie darzył), każdy jego uśmiech (który wrył się w moją
pamięć na zawsze) był realnym znakiem i dowodem że kiedyś mnie kochał, że kiedyś
przy mnie był. Próba wymazania tego wszystkiego po prostu była niemożliwa nawet
pomimo natłoku zajęć jakie narzuciłam sobie w ciągu kilku następnych dni po
wyjeździe Artura.
Najpierw
oczywiście skonfrontowałam jego słowa z lekarzem, ale choć okazało się że
Chojnacki miał rację i pęknięciu tętniaka nie można było zapobiec (potwierdziło
się również to, iż to ona była przyczyną śmierci mojego męża), to nie
zamierzałam go przepraszać. Moje relacje z Arturem od zawsze były skomplikowane
i gwałtowne: raz uważałam, że jestem bliska zakochaniu się w nim (to było na
samym początku gdy dopiero poznawałam Mariusza); innym razem że jest moim
przyjacielem, a jeszcze kiedy indziej prawie darzyłam nienawiścią. Najwyższy
czas z tym skończyć. Dlatego postanowiłam, że nawet jeśli wróci z Peru to i tak
nie nawiążę z nim kontaktu. Szczególnie po jego chamskiej odzywce przy końcu
naszej rozmowy. To pozwoliło mi przypomnieć sobie jaki potrafił być okrutny i
bezlitosny gdy jeszcze byliśmy stażystami. Jak kazał mi robić za siebie
projekty czy prezentacje, jaki potrafił być nonszalancki i egoistyczny. I w
końcu zrozumiałam, że być może Mariusz się mylił.
Być
może w Arturze nie było nic co warto byłoby lubić.
Być
może był po prostu facetem, który zawsze pozostanie wiecznym chłopcem; któremu
poprzewracało się w głowie z powodu dobrobytu. A dla dziewczyny, która do dnia
poznania Mariusza musiała o wszystko walczyć znajomość z kimś takim i
zrozumienie go było niemożliwe. Owszem, współczułam mu ale to wszystko. Oprócz
tego jednak miałam świadomość błędnego koła: w końcu sam mógł zmienić swoje
życie gdyby tylko chciał. A skoro nie chciał…nie było sensu płakać nad rozlanym
mlekiem albo nad samemu zepsutą zabawką, prawda? Zastanawiałam się też ile
czasu minie zanim Artur nie zwróci się po pomoc finansową do rodziców, bo na
razie ujął się honorem i dumą i tego nie zrobił. Najwyraźniej miał jeszcze
zapas gotówki od Mariusza. Gdy zacznie korzystać z rozrywek jakie oferuje Peru
na pewno szybko do nich zadzwoni. Albo to oni ściągną go do Polski gdy po
badaniach dziecka Alicji okaże się, że jest jego ojcem.
Po
odczytaniu testamentu oficjalnie stałam się dziedziczką męża. Właściwie
zostawił mi wszystko: pieniądze, lokaty, inwestycje, firmę której za zgodą
zarządu tymczasowo miałam przewodzić. Siostrze przekazał "tylko" 10% udziałów w swojej firmie, a matce niewielką
nieruchomość, która była warta jakieś 150 000 zł. W zasadzie nie było to
jej potrzebne, bo i tak zmarły mąż zabezpieczył ją należycie o czym
poinformowała mnie tuż po odczytaniu ostatniej woli Mariusza.
-
Przepiszę ją na ciebie.- Powiedziała.- Tobie bardziej się przyda.
-
Bardziej?- Spytałam totalnie zdziwiona. Bo nie dodałam, że całość majątku
Jastrzębskiego, łącznie z majątkiem biura architektonicznego oraz polisą na
życie jaką dostałam po jego śmierci, wyceniono na ponad milion złotych.
Musiałabym być wyjątkowo nierozważna by dzięki tym pieniądzom nie przeżyć
reszty swojego życia, nawet nie pracując, na godnym poziomie. Jej, gdy o tym
myślałam to naprawdę okazałam się prawdziwą ignorantką: no bo nawet w
przybliżeniu nie miałam pojęcia jak bardzo bogaty jest (a raczej był) mój mąż.
Nie lubiłam rozmawiać z nim o pieniądzach, ale dokładnie pamiętałam pierwszą
rozmowę podczas której kiedyś żartowaliśmy sobie z tego z Mariuszem. Wyraźnie
nie przyznał się wtedy co do stanu swoich finansów:
- Rzeczywiście mnie kochasz?
- Przecież ci to
powiedziałam.
- I nie ma znaczenia to czy byłbym miliarderem czy synem bezrobotnego żula?
- I nie ma znaczenia to czy byłbym miliarderem czy synem bezrobotnego żula?
- Raczej nie. Chociaż nie jesteś chyba miliarderem,
prawda?
- Nie, nie jestem. Do tego mi daleko.
- Super. Dysproporcje naszych portfeli wynoszą teraz
jakieś jeden do miliona zamiast miliarda.
- Milionerem też nie jestem.
- Hm, w takim razie mój stu tysięczniku czy nawet
dziesięcio tysięczniku.
Powiedział,
że nie jest milionerem a jak się okazywało, to jednak nim był. Boże, nie miałam
pojęcia że poślubiam kogoś takiego. Może po niemal dwóch latach małżeństwa to
wyda się trochę naiwne, ale ja naprawdę widziałam w Mariuszu tylko faceta.
Owszem, po ciuchach jakie nosił, wystroju i lokalizacji mieszkania czy faktu
posiadania własnego przedsiębiorstwa podejrzewałam, że musi być bogaty, ale nie
aż tak. Moja ignorancja w tym zakresie wynikała również z obaw jakie żywiłam
podejmując ten temat. Bo kwestie ekonomiczne były dla mnie tematem tabu takim
samym jak dla niego temat byłej dziewczyny Dominiki. Dlatego wymogłam na nim
małżeńską intercyzę choć poważnie się o to pokłóciliśmy; dlatego ubierałam się
raczej w sieciowych butikach niż wielkich domach towarowych ze spodniami o
wartości 800 zł na które nie mogłam zarobić z własnej pensji; dlatego na zakupy
spożywcze chodziłam do lokalnych sklepików dbając o jakość żywności, ale
jednocześnie nie sztuczne podwyższanie jej ceny poprzez markę. W dodatku
lubiłam raczej swojskość i klasykę; jeśli już, to Mariusz szalał w kuchni
przygotowując ośmiornicę, krewetki czy kawior. Ale wtedy to on kupował
składniki na swoje dania. Właściwie gdy teraz o tym mówię, te szczegóły wydają
się być raczej śmieszne, ale dla mnie były ważne. Bo we własnych oczach
chciałam mieć poczucie, że choć niewielką częścią wydatków dokładam się do
domowego budżetu. A mój mąż śmiał się ze mnie tylko żartując, że ma najbardziej
oszczędną żonę na świecie, która niewiele go kosztuje. A nawet dzięki której
sam zaczął oszczędzać.
-
Na starość staniemy się pomarszczonymi staruchami, którzy będą jedli spleśniały
chleb i popijali go wodą, bo zamienimy się w sknery.- Mówił gdy po raz kolejny
wspominałam mu o fantastycznej okazji czy przecenie dzięki której
zaoszczędziłam na pewnych wydatkach. A ja zwykle odpowiadałam mu coś w stylu:
-
I dobrze: wtedy przynajmniej będę mogła z całą prawdą powiedzieć, że śpię na
pieniądzach. Może nawet staniemy się milionerami?- A Mariusz nigdy nawet nie
zająknął się, że tak mało brakuje mu by to osiągnąć albo że już nimi jesteśmy.
Być może wyczuł moją niechęć w tym zakresie albo bał się, że wszelką pomoc
finansową odbiorę negatywnie przypominając sobie jego oskarżenia gdy jeszcze
nie byliśmy parą. Albo wypomnę w kłótni. Czyżby więc pani Agata robiła to
celowo? Sugerowała, że jestem zachłanna? I dlatego pragnęłabym dla siebie
zagarnąć całość majątku zmarłego męża nawet z posiadłością którą jej przepisał?
Kiedyś by mnie to wcale nie zdziwiło, ale teraz gdy się pogodziłyśmy naprawdę
byłam zbita z tropu.
-
No tak, Ewelinko.- Odpowiedziała mi poklepując mnie po ramieniu.- Oj, nie
musisz robić z tego wielkiej tajemnicy, kochana. I tak się domyśliłam.
-
Czego się mama domyśliła?- Ponowiłam pytanie używając zwrotu „mama” bo
poprosiła o to kilka dni temu. Ale choć minęło już wiele godzin, to określenie
to nadal brzmiało w moim ustach obco.
-
Wiem o moim wnuku.- Powiedziała z uśmiechem na ustach, a ja poczułam jak tracę
grunt pod nogami, bo z pewnością nie miała na myśli Moniki. Oczywiście tylko w
przenośni, ale widocznie w rzeczywistości również musiałam zbladnąć lub zrobić
nieciekawą minę, bo moja teściowa dodała z troską:- Spokojnie, kochanie. Chyba
nie zamierzasz mdleć? Kobiety w twoim stanie co prawda często miewają tę
dolegliwość, ale teraz to…
-
…na jakiej podstawie mama uważa, że jestem w ciąży?
-
Och, po prostu to wiem i widać jak bardzo zmizerniałaś. Tylko nie rozumiem
czemu wciąż trzymasz to w tajemnicy.
-
Bo nie ma żadnej tajemnicy.- Wyznałam.
-
Jak to? A więc powiedziałaś już o tym rodzinie? Monika wie?- Pytała z lekką
przyganą jakby czuła się pominięta. A mi z wielkim trudem udało się wyszeptać:
-
Nie ma żadnego dziecka.- Przy tym usilnie starałam się powstrzymać napływające
do oczu łzy, ale nie potrafiłam tego zrobić. Bo przecież tak bardzo tego
chciałam. Pragnęłam mieć syna lub córkę z chęcią posiadania graniczącą z
obsesją. I jeszcze mocniej żałowałam tego, iż tak się nie stało: tak bardzo
pragnęłabym mieć dziecko, które byłoby chociaż maleńką cząstką zmarłego męża,
iż sama myśl że się nie udało sprawiała mi wielki ból.- Ja też bardzo bym tego chciała,
ale…ale na pewno tak nie jest.- Przez dłuższą chwilę moja teściowa milczała;
patrząc w jej twarz wyraźnie widziałam malującą się tam konsternację. Widocznie
nie miała pojęcia jak się zachować i była zażenowana z powodu swojego nietaktu.
W końcu jednak chrząknęła pytając niepewnie:
-
Och. Jesteś pewna?
-
Niestety tak.- Potwierdziłam sucho.
-
Mój Boże, a ja sądziłam…Mariusz…przed swoją śmier…to znaczy przed wypadkiem gdy
spytałam kiedy w końcu zdecyduje się na powiększenie rodziny, zażartował że
może już całkiem niedługo się go doczekam. Początkowo, zupełnie to zignorowałam
zapominając o jego słowach, ale po pogrzebie zaczęłam łączyć fakty. No i pomyślałam,
że tylko czekaliście by to ogłosić, ale odejście Mariusza zburzyło wasze plany,
a ty potem bałaś się powiedzieć prawdę…- Słuchając jej pełnego żalu głosu coś
zapiekło mnie w gardle. Bo nieświadomie dosypywała soli na moje rany.
Zwłaszcza, że paplała dalej próbując pokryć zmieszanie:- … ale to nic nie
szkodzi, wiesz? Choć zawsze bardzo pragnęłam wnuków. Po rozwodzie Moniki z
Wiktorem straciłam wszelką nadzieję, bo Mariusz po rozstaniu z Dominiką nie
chciał nawet umawiać się na randki. Poza tym ma już swoje lata. Wiesz, początkowo
myślałam nawet, że dziecko to jest powód waszego ślubu, a potem gdy okazało się
że nie to…zresztą to już nieważne. Teraz sądziłam, że znajdę pocieszenie w tym
maluchu. Nawet jeśli to byłaby dziewczynka. A on nigdy nawet nie istniał. Boże,
Boże…no tak, w końcu wyglądasz na chudszą…ale mimo wszystko…Boże.
-
Przykro mi.- Powiedziałam cicho, choć wcale nie musiałam. Ale miałam już dość
jej lamentów, nieskładnych zdań którymi tylko zaogniała mój ból. Wiedziałam, że
gdy jeszcze raz wypowie imię Boga, to ja zacznę krzyczeć. Bo ja czułam się z
tym równie źle jak pani Agata, a może nawet gorzej. W końcu przez ostatnie
miesiące naprawdę chciałam zostać mamą. Na dodatek z niejaką goryczą
uświadomiłam sobie coś jeszcze:- To dlatego po śmierci Mariusza i jego
pogrzebie była mama dla mnie taka miła. Dlatego w ogóle pozwoliłaś mówić do
siebie „mamo”.- Nic na to nie odpowiedziała, spuściła tylko głowę co starczyło
mi za odpowiedź. Uśmiechnęłam się na poły ironicznie, na poły smutno. To
dziwne, że choć nasz rozejm trwał dopiero niecałe dwa tygodnie jakie minęły od
czasu śmierci Mariusza, a kłóciłyśmy się przecież od ponad 2,5 lat, to jednak
mimo wszystko zabolała mnie poznana teraz prawda. Dlatego nieco drętwo i
mechanicznie dodałam chcąc zostać sama:- Przepraszam, nie najlepiej się czuję.
Zamówię mamie…to znaczy pani taksówkę do domu.- Poinformowałam ją, a potem
wstałam i wyjęłam z kieszeni komórkę szukając właściwego numeru.
-
Ewelinko, to nie tak.
-
W porządku, rozumiem.
-
Nie, nie rozumiesz. Ja…ja…- Czekałam, ale nie dodała nic więcej. Ani słowa
zaprzeczenia. Nawet przeprosin. Dlatego ponownie wybrałam numer taksówki
zamawiając ją na najszybszą godzinę. Gdy skończyłam pożegnała się ze mną jak
gdyby nigdy nic. Potem podniosła się z kanapy informując, że na transport
poczeka na zewnątrz. A ja nawet nie stałam się odwodzić ją od tego zamiaru
proponując by posiedziała w moim mieszkaniu tutaj. Chciałam po prostu zostać
sama.
Kiedyś
w chwilach smutku odwiedziłabym panią Kasię czy pana Andrzeja w ośrodku, ale
nie miałam ochoty słuchać słów współczucia i litości choć by szczerych. Dlatego
wybrałam towarzystwo pani Basi. I już pół godziny później wyszłam z domu
wstępując do kwiaciarni. Już na jej grobie pomyślałam jak dawno tutaj nie byłam
o czym świadczył spory nieporządek panujący na marmurowej płycie. Gdy się z nim
uporałam, usiadłam na ławeczce obok po prostu wpatrując się w kamienny krzyż na
którym wyryto jej zdjęcie. Emanowała na nim spokojem i dobrocią, które to cechy
niewątpliwie były tymi które ją charakteryzowały. I które- zwłaszcza ta
pierwsza- były mi teraz potrzebne.
Potem
odwiedziłam babcię, a na końcu rodziców. Na odwiedzenie grobu męża jeszcze nie
było mnie stać. Podjęłam próbę zrobienia tego sądząc, że będzie mi łatwiej, ale
już z daleka widząc pieczarę moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nie
potrafiłam zrozumieć czemu wcześniejsze wizyty ukochanych przeze mnie osób w
miejscu ich spoczynku napawały mnie spokojem i poczuciem bliskości z nimi, a
wizja oglądania nagrobku Mariusza przerażeniem i bólem. Może musiało jeszcze
minąć trochę czasu, myślałam wychodząc z cmentarza. Może po prostu musiałam oswoić się z jego
śmiercią, może…Przerwałam swoje myśli słysząc dźwięk komórki. Właśnie wsiadałam
do autobusu mającego zawieść mnie z powrotem do własnego mieszkania (tak,
autobusem, mimo iż było mnie stać na taksówkę, ale wydawanie pieniędzy zmarłego
męża wydawało mi się być czymś niewłaściwym), więc spokojnie mogłabym odebrać,
ale tego nie zrobiłam. Bo wiedziałam po co Szymon dzwonił. Od wielu dni męczył
mnie sprawami biura, nie rozumiejąc iż nie jestem na nie gotowa. Było to tym
bardziej dziwne, że Tomasz Kamiński obudził się w końcu ze śpiączki i wyglądało
na to, że w pełni odzyska sprawność po wypadku jaki spowodował mój mąż. Widmo
szantażu jego ojca straciło więc na wartości. Dlaczego więc ten cholerny
Bralczyk nie mógł dać mi choć chwili spokoju? Naprawdę sądził, że pierwszą
rzeczą jaką zrobię po śmierci Mariusza będzie przejęcie zarządzania jego
przedsiębiorstwem i sprawdzenie ile jest warte? Przecież ja z trudem myślałam o
tym co na siebie włożyć czy pamiętać o tym by coś zjeść a nie zastanawiać się
nad przyszłością. Owszem, chciałam zająć się- a przynajmniej rozwiązać problemy
biura architektonicznego- ale nie teraz gdy wciąż jeszcze nie mogłam przeboleć
jego straty. Czemu więc Szymek nie mógł dać mi trochę czasu? Romek i Joanna też
pracowali dla Mariusza, a nie zadręczali mnie tak jak on. Nie wspominając już o
sekretarce czy innych pracownikach. Dlatego odrzucałam jego połączenia za każdym
razem.
Powinnam
jednak wiedzieć, że ktoś kto konsekwentnie wybiera twój numer co godzinę nie
podda się tak łatwo. Ale to nie tłumaczyło faktu, że wieczorem zjawił się w
moim mieszkaniu z dużą teczką. Ani dlaczego mu otworzyłam. Chyba zrobiłam tak tylko
z powodu wielkiego zdziwienie jakie poczułam widząc go przez judasza za
drzwiami.
-
Nie chciał Mahomet do góry, to przyszła góra do Mahometa.- Przywitał mnie nawet
nie czekając aż go zaproszę. Skubany, jakim cudem dostał się na klatkę by móc
zapukać pod moje drzwi?
-
Czego chcesz?- Spytałam go beznamiętnie. Pytanie może i było obcesowe, ale
jeszcze przed śmiercią Mariusza po prostu pogodziliśmy się z tym, że nie
zostaniemy przyjaciółmi ani nawet kolegami, bo po prostu się nie lubimy. To był
naturalnie duży eufemizm: prawda była taka iż jego nie dało się lubić, choć
pewnie wiele osób mówi tak o drugiej stronie obarczając ją winą. Ale tak
właśnie było. Szymon Bralczyk był wyniosły, sztywny, milczący a jego spojrzenie
jakby pełne pogardy. A przynajmniej tak mi się wydawało gdy na mnie patrzył.
Zupełnie jakbym była jakoś brzydko pachnącym bezpańskim psem który nagle stanął
mu na drodze. Albo nie, raczej natrętnym komarem próbującym upić jego krwi,
którego nawet nie warto odpędzać. Jakby rozmowa a nawet kontakt ze mną była go
niegodna. Ale tak w końcu zachowują się bogacze, pomyślałam z ironią. A już po
kontaktach z Arturem przekonałam się, że mój mąż nie umiał wybierać sobie
przyjaciół.
-
To chyba jasne. Dlaczego nie odbierałaś moich telefonów?
-
Bo nie chciałam.- Odpowiedziałam szczerze. Wyraźnie go tym zirytowałam.
-
Przecież mówiłem ci, jakie to ważne. Jeśli dalej będziesz prowokować Władysława
Kamińskiego odmawiając spotkań to…
-…posłuchaj,
mówiłam żebyś kazał mu się po prostu odpieprzyć a nie wymyślał jakieś wymówki i
usprawiedliwienia z powodu mojej nieobecności.
-
A ja mówiłem ci, że jako prezes musisz w końcu się z nim zobaczyć. To sprawa
być albo nie być biura.
-
Zbytnio dramatyzujesz.
-
Naprawdę nic cię to nie obchodzi?
-
Prawdę mówiąc to nie.
-
Nie powinienem się dziwić. W końcu pewnie zależy ci na jak najszybszym
spieniężeniu firmy, co? Najchętniej jeszcze sama sprzedałabyś ją Kamińskiemu.-
Ta była właściwie prawda: zarządzanie tak dużym przedsiębiorstwem nie było
czymś co potrafiłabym robić ani nauczyć się w ciągu kilku dni, ale pogarda i
ironia wybrzmiewająca w słowach Bralczyka nie pozwoliła mi tego przyznać. W
jednej chwili zrozumiałam co sugerował: wcale nie chodziło mu o moje
umiejętności w tym zakresie (a raczej ich brak). Szymek po prostu miał mnie za
młodą interesowną wdowę, która teraz dzięki pieniądzom zmarłego bogatego
mężusia może w końcu bez przeszkód je wydawać. I nie ma zamiaru zawracać sobie
głowy bawieniem się w bizneswoman, bo może na tym tylko stracić. Złość
spowodowana niesłusznym, choć niewypowiedzianym oskarżeniem zapiekła mnie żywym
ogniem. Miałam już dość sugerowania, że wreszcie wyszłam na swoje, że miałam
szczęście korzystając ze śmierci męża, że mogę zacząć od nowa. A już
szczególnie od kogoś kogo nigdy nie lubiłam. Jednakże zamiast wybuchu gniewu i
obelżywych określeń po prostu zrobiłam cyniczną minę i patrząc mu prosto w oczy
odpowiedziałam:
-
No cóż, tak byłoby najlepiej. Pieniądze mi się przydadzą, a z pewnością gdy to
ja zaczęłabym zarządzać biurem, znacznie straciłoby na wartości. Lepiej
ulokować je w czymś pewniejszym, co nie grozi krachem na przykład lokacie.-
Niesmak widoczny na twarzy Szymka dał mi niemal perwersyjną satysfakcję. Ma
mnie za interesowną? Proszę bardzo: w końcu mu to udowodniłam. Może teraz się
odczepi.
-
Skoro tak ci na nic zależy to z pewnością zainteresuje cię informacja, że może
być warte jeszcze więcej. Tylko musisz trochę w tym pomóc.- Niemal wycedził
przez zęby. Mimo złości wciąż upierał się przy swoim. Dlatego ponownie
spróbowałam:
- Nie mam zamiaru rządzić żadną firmą ani
dzierżyć tytułu prezesa.
-
To będzie tylko teoretyczna nazwa. W praktyce będzie rządził ktoś inny.
-
Ty?- Spytałam słodkim głosikiem.
-
Między innymi.- Tym razem jego głos był mniej wrogi. Co nie znaczyło, że
zmienił co do mnie nastawienie; po prostu zdołał opanować się na tyle by nie
okazywać żadnych uczuć. W tym był bardzo podobny do Mariusza…
Myśl
o zmarłym mężu sprawiła, że moje oczy stały się wilgotne, ale szybko odpędziłam
niechciane łzy kilkakrotnie mrugając powiekami. Potem, gdy podniosłam głowę
zauważyłam że Szymon uważnie mi się przypatruje widocznie czekając na jakąś
reakcję w odpowiedzi na swoje słowa. A że chciałam zostać sama zamierzałam go
wkurzyć tak by jak najszybciej sobie poszedł. Ostatecznie.
- Guzik mnie to obchodzi. Mam tyle forsy, że
nie muszę pracować do końca życia.
-
No tak, słyszałem że rzuciłaś pracę w Smart jewellery. No ale po co miałabyś
się dalej tam męczyć? W końcu stać cię na to by nic nie robić. – Skwitował
ironicznie ponownie wbijając mi szpilę. Bo rzeczywiście: zaledwie wczoraj złożyłam
wypowiedzenie choć państwo Chojnaccy starali się przekonać mnie bym tego nie
robiła. W końcu miałam jeszcze kilka tygodni niewykorzystanego urlopu, który
mógłby teraz pomóc mi dość do siebie. Ale ja po prostu nie mogłam dalej tam
pracować. Zwłaszcza po tym jak praktycznie znów wygoniłam Artura za granicę do
czego nie przyznałam się jego rodzicom. I
trudno było skupić mi się na czymkolwiek. Miałam jednak gdzieś zdanie Szymka. W
końcu sama pomogłam mu w wykreowaniu takiego wizerunku. Dlatego potwierdziłam:
-
Właśnie.
-
W takim razie nie będę dłużej przeszkadzał. Informuję cię tylko, że nie dam ci
sprzedać udziałów biura komuś innemu niż mnie a już na pewno nie tej szumowinie
jaką jest Kamiński. Może dla ciebie to jest nic, ale dla mnie firma Mariusza to
coś co jest dla mnie ważne, bo dla niego też było. I nie wiem czy dziękować ci
za to, iż do końca nie zdawał sobie sprawy kogo poślubił czy żałować że nie
zorientował się wcześniej jaka jesteś naprawdę. Ale musiałaś być naprawdę dobra
skoro nawet teściowa i Monika ci uwierzyły. Do widzenia.- Dodał kierując się ku
drzwiom. A gdy wyszedł z ulgą je za nim zamknęłam. Jezu, nie znosiłam tego
typa. Nie miałam pojęcia co zrobię z biurem architektonicznym, ale na pewno nie
sprzedam mu swojego większościowego pakietu udziałów. Już raczej oddam komuś za
bezcen tylko po to by go zirytować i zezłościć. Na przykład Monice. Ona z
pewnością miała o tym większe pojęcie niż ja.
W
swoim postanowieniu dzielnie wytrwałam dwa dni realizując resztę
niezałatwionych spraw nieżyjącego męża (choć niezwiązanych z jego firmą),
odwiedziłam również państwa Chojnackich. Mówię, że dwa dni, bo po tym czasie po
raz kolejny ktoś złożył mi wizytę. Tym razem byli to Asia z Romanem, pracownicy
biura Mariusza, wyraźnie niepewni i czujący się nieswojo. I choć nigdy nie
udało mi się z nimi zaprzyjaźnić, to wydawali się być o niebo lepsi niż nadęty
Szymek.
Przede
wszystkim traktowali mnie z szacunkiem a nie jak robaka. Po drugie przyjmowali
ton pokory a nie roszczenia. Po trzecie, wyłożyli mi sprawę jasno i wyraźnie: nawet
jeśli chcę sprzedać firmę męża, to i tak powinnam przedtem się w niej pojawić.
-
Udziałowcy nie mają pojęcia jak się zachować. Tak samo jak kilka innych
pracowników. Chociażby przedłużenie umowy z firmą sprzątającą do czego wymagany
jest twój podpis. Nie wspominając już o sekretarce która nie wie czym się
zajmować i jak tłumaczyć twoją nieobecność. Tak samo jak klienci, którzy
niepokoją się o swoje zapoczątkowane już zlecenia; z kolei nowi nie wiedzą czy
biuro będzie jeszcze działać czy nie, dlatego liczba zleceń spadła. A gdy
przychodzą do nas w celi złożenie zamówienia na nowy projekt nie mamy pojęcia
co im odpowiadać…- Mówił Roman przejętym głosem. Asia wtórowała mu wtrąceniami
lub smutnym spojrzeniem. Na końcu wykazała się znacznie większą wrażliwością
niż jej kolega bo dodała:
-
Wiem, że jest ci bardzo ciężko choć pewnie tylko ty sama wiesz jak bardzo.
Wbrew temu co mówi Szymon wiem, że tak jest, bo go kochałaś. I wiem też, że ta
firma jest ostatnim co zaprząta twoją głowę. Ale błagam, upoważnij chociaż
kogokolwiek do podejmowania za ciebie decyzji jeśli ty nie jesteś na to gotowa.
Jeśli tego nie zrobisz to Kamińscy nas zrujnują. Księgowy już się wycofał.
-
Co to znaczy?- Spytałam.
-
Zmył się.- Wyjaśnił mi Romek.- Jak tylko okazało się, że przedsiębiorstwo jest
zagrożone z powodu śmierci jego właściciela złożył wymówienie żądając hojnej
odprawy. Na szczęście wymagała twojego podpisu, więc jeszcze jej nie
zrealizował, choć wyraźnie miał chęć sam zostać sobie szefem.
-
Boże, więc przez pół miesiąca nikt nie prowadzi działu księgowości?
-
Księgowaniem zajmuje się pomocnik. Dodatkowo…- Urwał jakby nie był pewny czy mi
to powiedzieć. Ale ja już odzyskałam pełne zainteresowanie.
-
Dodatkowo?- Zachęciłam go.
-
Wiktor Krajewski.
-
Były mąż siostry Mariusza?- Upewniłam się.
-
Tak. To on był głównym księgowym zanim rozwiódł się z Moniką.
-
Ach tak.- Mrugnęłam tylko zastanawiając się jak wiele jeszcze dowiem się o
rodzinie mojego męża i nim samym niemal po dwóch latach małżeństwa. Potem
zadałam im jeszcze kilka pytań na temat biura; na koniec obiecałam szybką
reakcję. A po ich wyjściu zadzwoniłam do Moniki. Miałam zamiar ostro ją złajać,
ale gdy czekałam na połączenie zdałam sobie sprawę, że to bez sensu. W końcu
sama odcięłam się od spraw biura zrzekając się ich najpierw na rzecz Artura a
potem Moniki i Szymka. Czemu więc teraz poczułam złość? Na szczęście gdy Monia
odebrała już się jej pozbyłam:
-
Wpadnij do mnie jak najszybciej. Musimy pogadać.
Tego
dnia mogę z całą stanowczością przyznać, że nastąpił we mnie przełom. Zdałam
sobie sprawę, że Szymon miał rację co do kondycji biura architektonicznego, a
wyjaśnienia siostry Mariusza pozwoliły mi zrozumieć jak wielkie groziły jej
problemy. Zwłaszcza gdy przyszła z Wiktorem, który z kolei zajął się
wyjaśnianiem mi kwestii finansowych. Gdy pod koniec ich wywodu gdy to
zauważyłam skwitowała to nawet żartobliwie:
-
A wątpiłaś w to, że w biurze dzieje się bardzo źle? Przecież sam fakt, że
znoszę towarzystwo byłego męża mówi sam za siebie.- Powiedziała nie krępując
się, iż Krajewski doskonale ją słyszał, choć udawał że tak nie było pytając
mnie:
-
Chcesz zjawić się w biurze jutro?
-
Chyba nie mam wyjścia. Małostkowość z jaką traktowałam Szymona nie powinna być
usprawiedliwieniem mojej ignorancji. Mam nadzieję, że mi pomożecie?
-
Jasne, że tak.- Potwierdziła. - Swoją drogą to coś ty mu ostatnio nagadała? Ma
cię za interesowną harpię.
-
Po prostu mnie wkurzył; poza tym jak wiesz nigdy się zbytnio nie dogadywaliśmy.
Dlatego teraz liczę na was.- Powtórzyłam.
Jak
postanowiłam i obiecałam, tak zrobiłam. Przywdziewając na siebie czarny sweter
i dzianinowe spodnie, a także robiąc pierwszy od wielu dni makijaż poczułam się
zdecydowanie pewniej i silniejsza. Właściwie wydało mi się zabawne jak taki
niewielki zabieg może wpłynąć na czyjąś pewność siebie. I tak, wjeżdżając na
dziewiąte piętro wieżowca nie musiałam walczyć ze łzami, krępować się
spojrzeniami jakie rzucali mi przechodzący ludzie czy sam Szymon gdy wparowałam
do jego gabinetu rozkazując mu zaznajomienie mnie dokładnie z bieżącymi
sprawami czym nie był zachwycony. Dlatego też moje orzeczenie zakończyłam
słowami:
-
Posłuchaj, wiem że mnie nie znosisz; ja też nie darzę cię sympatią, ale skoro
Mariusz ci ufał to widocznie miał swoje powody. Ale skoro mamy razem
współpracować przez jakiś czas to musimy zachowywać się jak profesjonaliści.
Liczę na to, że nie będziesz ze mną walczył na każdym kroku tak jak dotychczas
i powstrzymasz się od komentarzy na mój temat. Ja ze swojej strony obiecuję
zrobić wszystko, by biuro odzyskało to co straciło przez śmierć mojego męża.
Mam tylko jeden warunek.
-
Jaki?
-
Nie chcę o nim rozmawiać w jakikolwiek sposób oprócz innego niż zawodowy czy
nawiązać do naszego małżeństwa. Nie chcę słuchać twoich opinii czy subiektywnych
stwierdzeń na ten temat. Możesz mieć mnie za diabła prywatnie, ale tutaj łączą
nas tylko interesy. Jasne?
-
Umowa stoi.- Przypieczętowaliśmy ją uściskiem dłoni, któremu towarzyszyło
zacięte spojrzenie zarówno z mojej, jak i jego strony. Potem Bralczyk kazał mi
podpisać kilka najbardziej wymagających dokumentów dokładnie wyjaśniając mi co
i po co podpisuję. Następnie zalecił rozmowę z sekretarką Mariusza co
natychmiast zrobiłam. Przedtem jednak przywitałam się z Asią i Romanem których
spotkałam na korytarzu. W oczach tej pierwszej wyraźnie widziałam nadzieję.
Kalina
Niemcewicz była młodą kobietą przed trzydziestką, którą mój mąż zatrudnił
jeszcze przed naszym ślubem. Była prawdziwą profesjonalistką, ale wobec mnie
była wyjątkowo powściągliwa przez co zrozumiałam iż nie darzy mnie szacunkiem;
na przykład gdy wpadałam z niezapowiedzianymi wizytami do biura Mariusza.
Sądziłam, że może się w nim podkochuje, ale ta teoria szybko upadła gdy mąż
mimochodem przyznał mi kiedyś, że Kalina bardzo zdziwiła się iż poznaliśmy się
gdy sprzątałam u niego biuro. Zrozumiałam więc, że po prostu mi zazdrości i
uważa za nowobogacką niewartą miana żony prezesa dużej firmy. Zwłaszcza gdy
nawet teraz wyjaśniła mi co działo się pod moją nieobecność podkreślając
konieczność przedłużenia umowy ze sprzątaczkami. W innych okolicznościach
zażartowałabym, że sama zacznę latać z miotłą tak jak kiedyś, ale teraz dałam
sobie z tym spokój. Po prostu zrobiłam to co do mnie należało.
Potem
odwiedziłam dział księgowości oficjalnie każąc Wiktorowi sporządzić sobie umowę
zatrudnienia. Uważałam, że skoro dawniej pracował dla biura architektonicznego,
to teraz wdrożenie się w jego specyfikę będzie dużo łatwiejsze. Zwłaszcza że
Monika przestała widzieć w tym przejaw zdrady.
Po
wielu godzinach byłam zmęczona, a nie załatwiłam nawet dziesiątej części
niezbędnych spraw. Na razie jednak musiałam się z tym wstrzymać, bo Szymon po
uporaniu się z najpilniejszymi obowiązkami kazał mi się do siebie zgłosić.
Oczywiście tematem przewodnim miała być sprawa Władysława Kamińskiego.
-
Umówię wasze spotkanie na jutro.
-
Jutro? Tak szybko? Przecież nie zdążę przeczytać umowy którą proponuje a co
dopiero jej zrozumieć.
-
To i tak nieistotne, bo chcemy ją w całości odrzucić, prawda?- Wyraźnie mnie
sprawdzał, bo choć na początku dnia gdy tu przybyłam przyznałam, że nie
sprzedam biura, to jednak Bralczyk nadal we mnie wątpił. Teraz
zrozumiałam, że nie przemyślałam tego
jak utwierdzałam go w przekonaniu o swojej interesownej naturze. Ale na
tłumaczenia było za późno. W końcu rano obiecaliśmy sobie o tym nie rozmawiać.
-
Tak.- Potwierdziłam.
-
A więc twoim celem będzie po prostu zwodzenie go i udawanie naiwnej aż do czasu
gdy nasi prawnicy opracują ewentualną linię obrony i przekonają się jak bardzo
Mariusz przyczynił się do zranienia jego dzieci prowadząc auto świadomy swojej
choroby. Dlatego im mniej wiesz, tym lepiej.
-
Nie rozumiesz, że nie mogę tego zrobić jeśli niczego nie rozumiem? W ten sposób
jest mi trudniej, bo nieświadomie mogę dać się zapędzić w kozi róg.-
Perswadowałam. On konsekwentnie odmawiał mi szczegółów; dopiero po kilku
minutach wyraźnego wahania Szymon powiedział:
-
Wiesz, że Tomasz Kamiński odzyskał przytomność, prawda?- Gdy skinęłam głową
kontynuował:- Ale mimo wszystko nie wyszedł z wypadku bez szwanku. Stracił
pamięć. Lekarz twierdzi, że to tylko czasowe, ale mimo to stanowi poważny
argument oskarżający Mariusza. Nie wspominając o Mai Kamińskiej, która straciła
w tym wypadku dziecko. Dlatego Władysław Kamiński może wytoczyć Mariuszowi
proces z powództwa cywilnego, bo przed karnym już nie odpowiada. Z racji tego
że nie żyje, Kamiński prawdopodobnie będzie chciał walczyć o pieniądze, które
najpewniej to ty będziesz musiała mu zapłacić jako żona Mariusza co z pewnością
cię zainteresuje. Dodatkowo wyraźnie sugerował wplątanie w sprawię media. A te
łatwo mogą zostać zmanipulowane przez co stracimy klientów oraz udziałowców. W
końcu Mariusz zataił przed nimi ważny fakt jakim była jego choroba. Niektórym
inwestorom nie podoba się również decyzja o objęciu prezesostwa przez jego żonę
czyli ciebie która jest zwyczajnym laikiem i obraża ich już samą swoją
nieobecnością. Jak widzisz gdy Kamiński spełni swoje groźby ruina i bankructwo
staną się pewnością.
-
Czego żąda by do tego nie dopuścić? Wciąż mowa o wykupie i wchłonięciu?
-
Tak, ale próbowałem mu perswadować proponując umowę czasową. Nie chciał się na
nią zgodzić, ale mój argument mówiący, że niechętni pracownicy nie będą
pracować tak jak powinni pod marką Kamińskich, wyraźnie go zaalarmował. W końcu
postanowił, że porozmawia z tobą podejmując ostateczną decyzję.
-
I naprawdę sądzisz, że jeśli wykażę się całkowitą ignorancją nie doleję oliwy
do ognia?
-
Nie wiem, ale to może pozwolić nam uzyskać czas.
-
Czas na co? Przecież nie masz żadnego planu.
-
Ale w przeciwieństwie do ciebie przez ostatnie dwa tygodnie o nim myślę.
-
Skoro nie wymyśliłeś niczego mądrego do tej pory to nagle nie natchnie cię
olśnienie.
- Posłuchaj, to ja studiowałem architekturę. I
przez ostatnie lata praktycznie na spółkę zarządzałem z Mariuszem biurem.
-
Ja też studiowałam.
-
Ale w przeciwieństwie do mnie masz podstawy tylko teoretyczne, bo w Smart
jewellery pracowałaś w dziale statystyk do działań marketingowych. Nie masz
pojęcia o finansach przedsiębiorstwa…- Jezu, kłótnie z tym facetem doprowadzały
mnie do szewskiej pasji. W dodatku nic do niego nie docierało: po prostu każdy
mój pomysł był dla niego zły i każdy negował. Pod koniec dnia nie doszliśmy
więc do konsensusu, dlatego wróciłam do domu. Nawet towarzysząca mi Monika nie
potrafiła poprawić mi humoru. Poza tym wyraźnie nieświadoma mojej ostatniej
rozmowy z jej matką spytała żartobliwie czy nie doprowadziła mnie do
wściekłości w której w końcu wygarnęłam jej prawdę. A że nie odpowiedziałam jej
w żaden sposób uświadomiła sobie, że najwyraźniej w jej słowach tkwiło ziarno
prawdy. Niechętnie wyjaśniłam jej wtedy co zaszło między mną a teściową podczas
jej wizyty choć mówienie o planowaniu dziecka Mariusza przychodziło mi z
trudem. Ale z ulgą zauważyłam, że dzięki temu było mi łatwiej.
Nazajutrz
byłam cała w nerwach z powodu spotkania z osławionym Władysławem Kamińskim aż
do dwunastej, czyli czasu gdy mieliśmy się spotkać. Niestety, mężczyzna
kwadrans po, za pośrednictwem sekretarki poinformował o swojej nieobecności.
Następny termin który zaproponowałam stanowczo odrzucił podczas telefonicznej
rozmowy.
-
Wyraźnie się na tobie odgrywa.- Skwitował to Szymon. A ja choć nie znałam
jeszcze Kamińskiego to poczułam do niego antypatię.
Z
tego powodu, miałam wolne dwie godziny, które choć z pewnością mogłam
spożytkować na rozwiązywanie bieżących spraw biura, to jednak postanowiłam
spędzić inaczej. Mianowicie udałam się do szpitala w którym leżał Tomasz
Kamiński.
Właściwie
nie miałam pojęcia co ja tam robię. Na miejscu spytałam się pielęgniarki o jego
stan, a raczej próbowałam, bo gdy nie skłamałam iż należę do jego rodziny, ta
nie chciała udzielić mi żadnych informacji. Na szczęście wskazała mi salę pod
którą leżał. Poszłam tam z mieszanymi uczuciami nie chcąc właściwie rozmawiać z
człowiekiem który stracił pamięć. W końcu co miałam mu powiedzieć: „No witam
panie Tomaszu. Jestem żoną tego faceta, przez którego omal nie stracił pan
życia. Chciałam prosić by powstrzymał pan ojca przed wnoszeniem przeciwko mnie
oskarżenia i próbami szantażu…” Tak, to na pewno był genialny pomysł.
Zatopiona
we własnych myślach, nagle spostrzegłam że znajduję się pod wskazaną salą.
Przed nią stały dwie kobiety z których jedna była w zaawansowanej ciąży oraz
jakiś młody mężczyzna trzymający za rękę tę drugą. Na krzesełku nieco dalej
siedziała jakaś ładna dwudziestokilkuletnia dziewczyna która zerkała na nich
niespokojnie wyraźnie przysłuchując się każdemu słowu. I nagle dotarło do mnie,
że…Mariusz nieświadomie zniszczył tym ludziom życie. Może zniszczył to za duże
słowo, ale w końcu wsiadając do samochodu wiedział, że jest chory, a mimo to
podejmował śmiertelne ryzyko. Choć sam zapłacił za to najwyższą cenę to jednak
pozbawił jakiejś kobiety uroków macierzyństwa a mężczyznę prawie zabił. I nie
miało znaczenia czy byli to nadęte snoby czy uczciwi i dobrzy ludzie. Zło zawsze zostanie złem.
-
Boże, coś ty narobił.- Szepnęłam cicho szybko odchodząc spod Sali gdy
zauważyłam, że trójka nieznajomych zaczęła zwracać na mnie uwagę. Z całego
serca żałowałam swojego przyjścia tutaj, żałowałam zobaczenia smutnej twarzy
cierpiącej kobiety na szpitalnym krzesełku, niepokoju w tonie głosu tej w
stanie błogosławionym czy pełnego ekspresji w oczach ciemnej brunetki. Bólu, do którego przyczynił się mój zmarły
mąż.
Przez
kilka następnych dni to wspomnienie mnie zawzięcie prześladowało przez co i tak
w połączeniu z wcześniejszym brakiem skupienia spowodowało, iż Szymon z
pewnością miał mnie za kretynkę gdy musiał wielokrotnie wyjaśniać te same
kwestie. Ale walcząc z wewnętrzną niechęcią konsekwentnie próbował wprowadzić
mnie w tajniki zarządzania biurem architektonicznym nawet mimo mojego
osobistego oporu. Dodatkowo wyraźnie uspokoiłam radę nadzorczą robiąc wrażenie
kompetentnej choć nieco zbolałej młodej wdowy dzięki czemu widmo wycofania się
któregoś z nich spadło. I choć to nie był problem (miałam dość gotówki by w
razie takiej sytuacji pokryć ewentualne braki kapitału własnego), to jednak
cieszył mnie ten mały sukces.
Któregoś
dnia, odważyłam się wejść do gabinetu zmarłego męża, który do tej pory stał
pusty. Walczyłam ze sobą by się przemóc i pozwolić Szymkowi zarządzać nim
właśnie z tego miejsca (mówię zarządzać, bo choć teoretycznie to do mnie
należał tytuł prezesa, to praktycznie robiłam to co kazał mi Bralczyk), aż w
końcu go o tym poinformowałam. Zdziwiłam się gdy na początku odmówił, ale moja
argumentacja była niepodważalna. W końcu tylko w ten sposób mogłam dać mu swoje
poparcie i pokazać, że z jego decyzjami trzeba się liczyć. Dlatego też teraz
stałam tam razem z Szymonem porządkując ostatecznie wszystkie drobiazgi, które
ominęła sprzątaczka czy zbierając resztę dokumentacji klientów. W pewnej chwili
Szymek zauważył, że pozostała jeszcze szuflada, która była zamknięta na klucz.
Zaprzeczyłam gdy spytał mnie o niego, bo go nie posiadałam. Dlatego wyszedł na
chwilę wracając po kilku minutach z wykałaczkami. I szczerze mnie zadziwił gdy
zaczął nimi majstrować przy zamku. Widząc moją minę spytał:
-
No co? Masz jakiś pomysł by otworzyć to inaczej?
-
Prawdę mówiąc nie. Tyle, że nie sądziłam iż masz takie zdolności.
-
Wielu rzeczy o mnie nie wiesz.- Skwitował tę uwagę wyglądając na wyraźnie
zadowolonego z siebie tak jakby fakt, iż umie wyłamywać zamki był powodem do
chwały a nie czymś wstydliwym. A jakoś nie pasowało mi to do idealnego
wizerunku napuszonego pawia jakim był. No cóż, może i miał trochę prawdy i mało
o nim wiedziałam. W końcu Mariusz też przypadkowemu obserwatorowi mógł wydać
się nudnym gościem w garniturku podczas gdy się go poznawało okazywał się być
zabawnym i rezolutnym człowiekiem.- Jest.- Zawołał Szymek gdy udało mu się
otworzyć szufladę. Wtedy zdziwił mnie ponownie pytając:- Chcesz otworzyć?
-
Nie, ty to zrób.- Odpowiedziałam mile połechtana faktem, że mnie o to zapytał.
A przynajmniej zanim nie dodał:
-
W takim razie uważnie patrz, by w razie czego nie oskarżyć mnie o kradzież
czegokolwiek.- Nic na to nie odpowiedziałam, choć odruchowo postąpiłam tak jak
o to prosił.
Jednak
w zamkniętej szufladzie nie było nic cennego: klucze które rozpoznałam jako
zapasowe do jego samochodu, trochę wolnej gotówki (na oko jakieś trzy lub
cztery tysiące), karteczki z jakimiś adnotacjami, mały notesik, kilka
długopisów oraz…małą ramkę na zdjęcia w której była umieszczona moja
fotografia. Gdy Szymon ponownie wyszedł zabierając ze sobą jakiś znaleziony tam
projekt zbliżyłam się do niej i nie mogłam przestać się w nią wpatrywać. Dokładnie
pamiętałam ten moment gdy cyknął mi zdjęcie swoim telefonem: oglądaliśmy
wieczorem jakąś komedię co chwila żartując i śmiejąc się z kreacji postaci.
Podczas przerwy reklamowej Mariusz uznał, że chciałby zamknąć mój śmiech w
małym pudełeczku, które mógłby otwierać w biurze gdyby tylko naszła go na to
ochota. Zażartowałam wtedy, że każę wyrzeźbić figurkę przestawiającym mnie w
realnej wielkości i podaruję mu ją na święta jako prezent. On odparł, że jedna
ja w zupełności mu wystarczę i zamiast tego wyjął komórkę prosząc mnie o
uśmiech. Nie musiał tego robić, bo i tak byłam bardzo rozbawiona, więc moje
usta już były skierowane ku górze. Dodatkowo jednak posłałam całusa w kierunku
migawki. Potem kazałam mu zrobić drugie zdjęcie przestawiające nas razem. Nie
miałam jednak pojęcia, że wywołał te pierwsze i trzyma w zamkniętej na klucz
szufladzie swojego biurka.
-
Fajnie, że ten projekt się znalazł, bo do programu komputerowego nie wszystko
było naniesione, więc musiałbym powtórnie go tworzyć. Nie mam pojęcia dlaczego
Mariusz zamknął go w swoim biurku: widocznie musiał zrobić to odruchowo gdy…-
Widząc co robię spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Szybko odłożyłam więc ramkę
czując się jak idiotka. Bo znów zachciało mi się płakać. Czułam jak moje oczy
zachodzą łzami, które tylko dzięki sile zaparcia udało mi się pokonać. –
Patrzyłaś w notes? Było tam coś ważnego?
-
Nnie wiem.
-
W takim razie zobaczę.- Odsunęłam się od wyjętych właśnie rzeczy z ulgą by
Szymek mógł je sprawdzić. Nie było tam jednak nic związanego z jego pracą, więc
Bralczyk mi je oddał ze słowami: – Pewnie będziesz chciała to zachować.- W
odpowiedzi chciałam rzucić coś niedbałym tonem o tym, że jakieś zapiski mnie
nie interesują, ale nie udało mi się wydobyć z siebie głosu.- Wiesz, czasami
płacz i krzyk pomaga.
-
Słucham?
-
Tłamszenie w sobie złych emocji tylko je potęguje. Przy mnie nie musisz udawać
dzielnej.
-
Wcale nie udaję. I nie mam ochoty płakać.
-
Czyżby?- Spytał cicho a moje oczy znów zwilgotniały. Cholerny, Bralczyk
pomyślałam.
-
Tak. I w ogóle to dlaczego jesteś dla mnie taki miły? To jakaś nowa forma
ataku?
-
Nie. I wcale nie jestem miły. Po prostu coś zrozumiałem.
-
Niby co takiego?
-
Mariusz się nie pomylił. Kochałaś go,
choć nie rozumiem czemu starałaś się tak usilnie przekonać mnie że jest
inaczej.
-
I zrozumiałeś to bo wpatrywałam się w swoją fotografię?
-
Nie tylko. Jestem uważnym obserwatorem. Widziałem jak na każdą wzmiankę o mężu
reagowałaś nadmierną sztywnością i powagą tak jak teraz. Przez miniony tydzień
byłaś bardzo dzielna. Przepraszam jeśli czasami byłem za ostry. Po prostu też
jest mi ciężko. Mariusz…on wiele dla mnie znaczył, nawet nie wiesz jak wiele. Gdyby
nie on nie byłbym tym kim jestem. Dlatego sądząc, że ożenił się z interesowną
kobietą scyzoryk sam otwierał mi się w kieszeni.
-
Nie lubiłeś mnie już wcześniej zanim na ten temat skłamałam.- Zauważyłam.
-
Bo od początku tak też myślałem. Do tej pory pamiętam jak Mariusz spotkał się
ze mną cały w skowronkach opowiadając o zwariowanej sprzątaczce. Początkowo
sądziłem, że po prostu widzi w tobie jeszcze jedną ofiarę losu gotów jej pomóc,
ale z czasem zrozumiałem że to nie litość wybrzmiewała z jego słów. A już kilka
tygodniu później przybity opowiadał jak wyrolowałaś go kręcąc na boku z Arturem
nie mając pojęcia, że jest jego kuzynem. Dlatego wkurzyłem się gdy jeszcze
później wyjaśnił, iż było to zwyczajne nieporozumienie. Uważałem cię za sprytną
manipulatorkę szukającą dzianego sponsora.
-
Mówił ci o tym wszystkim?
-
Tak i nie tylko. Ale nie ma sensu zawstydzać cię teraz tymi wszystkimi
szczegółami; dość powiedzieć, że z rozwojem waszego związku byłem na bieżąco.
-
Ale i tak miałeś mnie za nic: nawet gdy Mariusz się do mnie przekonał i
poślubił.
-
Po prostu wciąż uważałem, że przy najbliższej okazji wyrolujesz go i wystąpisz
o rozwód.
-
Jak? Przecież mieliśmy podpisaną intercyzę.
-
To mnie uspokajało, ale wiedziałem że mój przyjaciel nigdy nie puściłby cię z
torbami. Zwłaszcza, że był w tobie tak mocno zakochany. Dlatego teraz szczerze
cię przepraszam.
-
W porządku, to niepotrzebne. Doskonale wiem, że łączą nas tylko interesy: wcale
nie musimy się przyjaźnić. Ponadto masz mnie za gorszą od siebie i to też
rozumiem.
-
Gorszą?
-
Skoro rozmawiamy szczerze nie musisz niczego udawać. Dla kogoś śpiącego w
złotej kołysce niezamożna sierota musi wydawać się kimś żenująco żałosnym.
-
Złotej kołysce? Jezu, ty tak serio?- Ku mojemu zaskoczeniu Bralczyk szczerze
się roześmiał.- Jeśli już chcesz wiedzieć to nie miałem żadnej kołyski, bo
moich rodziców nie było na to stać. I jeśli ty byłaś niezamożną sierotą to ja
byłem wręcz ubogim synem faceta który miał pociąg do alkoholu oraz ciężko
chorej matki. Wiesz, że ostatnie dwa lata przed uzyskaniem pełnoletności mój młodszy
brat spędził w ośrodku zastępczym?
-
Nie miałam pojęcia, że w ogóle masz brata.- Odparłam kręcąc głową. Nie dodałam,
że jakoś nie wierzyłam w jego rewelacje.
-
No więc teraz już wiesz, ale to nie jest rozmowa na teraz.
-
Masz rację, choć swoją drogą wyjaśniła się przynajmniej kwestia twojej
doskonałej znajomości otwierania zamków.
-
Nie aż tak doskonała. A wracając do tematu Kamińskiego…wiesz, że jutro musisz
być wyjątkowo silna? Nie wiem do czego ten drań się posunie by zmusić cię do
sprzedaży, ale na pewno szybko przekona się o twojej wrażliwości i będzie
chciał grać na uczuciach do zmarłego męża. Nie mówię tego od tak sobie i by cię
zranić: po prostu chcę cię na to przygotować.
-
Wiem i…dziękuję. Ale poradzę sobie z Kamińskim. Nawet jeśli będę musiała z nim
walczyć.